﻿<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	xmlns:itunes="http://www.itunes.com/dtds/podcast-1.0.dtd"
xmlns:rawvoice="http://www.rawvoice.com/rawvoiceRssModule/"
>

<channel>
	<title>Kocham Książki</title>
	<atom:link href="http://kochamksiazki.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://kochamksiazki.pl</link>
	<description>Strona o książkach</description>
	<lastBuildDate>Fri, 18 May 2012 06:00:27 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.2</generator>
<!-- podcast_generator="Blubrry PowerPress/4.0" -->
	<itunes:summary>Strona o książkach</itunes:summary>
	<itunes:author>Kocham Książki</itunes:author>
	<itunes:explicit>no</itunes:explicit>
	<itunes:image href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/plugins/powerpress/itunes_default.jpg" />
	<itunes:subtitle>Strona o książkach</itunes:subtitle>
	<image>
		<title>Kocham Książki</title>
		<url>http://kochamksiazki.pl/wp-content/plugins/powerpress/rss_default.jpg</url>
		<link>http://kochamksiazki.pl</link>
	</image>
		<item>
		<title>&#8222;Zaginione wrota&#8221; &#8211; pierwszy fragment i trailer</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/18/zaginione-wrota-pierwszy-fragment-i-trailer/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/18/zaginione-wrota-pierwszy-fragment-i-trailer/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 18 May 2012 06:00:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fragmenty książek]]></category>
		<category><![CDATA[Wieści]]></category>
		<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[Orson Scott Card]]></category>
		<category><![CDATA[Prószyński i S-ka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=6061</guid>
		<description><![CDATA[Niedawno, bo 15 maja br., miała miejsce premiera nowej książki Orsona Scotta Carda Zaginione Wrota. U mnie książka już trafiła do kolejki &#8222;koniecznie do przeczytania&#8221;, ale nie wytrzymałem i zajrzałem...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_6065" class="wp-caption alignleft" style="width: 220px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/Card-Orson-Scott-zaginione-wrota.jpg"><img class="size-medium wp-image-6065" title="Orson Scott Card, &quot;Zaginione Wrota&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/Card-Orson-Scott-zaginione-wrota-210x300.jpg" alt="Orson Scott Card, &quot;Zaginione Wrota&quot;" width="210" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Orson Scott Card, &quot;Zaginione Wrota&quot;</p></div>
<p>Niedawno, bo 15 maja br., miała miejsce premiera nowej książki Orsona Scotta Carda <em>Zaginione Wrota</em>. U mnie książka już trafiła do kolejki &#8222;koniecznie do przeczytania&#8221;, ale nie wytrzymałem i zajrzałem do środka. Okazała się na tyle interesująca, że postanowiłem z Wami się podzielić jej fragmentami, które mamy dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka. Pierwszy dzisiaj, drugi jutro.</p>
<blockquote><p>Orson Scott Card zabiera czytelników w kolejną niezwykłą podróż!</p>
<p>Rodzina Northów to klan magów przebywający na wygnaniu w naszym świecie. Żyją oni w stanie kruchego rozejmu z innymi klanami do czasu, gdy narodziny Dana rozniecają na nowo płomień wojny. Bowiem Danny jest pierwszym od tysiąca lat magiem wrót, które bronią rodzinie Northów i jej wrogom dostępu do wspólnej ojczyzny, świata Westil. Niestety chłopiec nie zdaje sobie sprawy z wielu spraw. A to może doprowadzić Northów do katastrofy…</p>
<p><em>Orson Scott Card opowiada historie jak nikt inny!</em></p>
<p style="text-align: right;">„The Seattle Times”</p>
</blockquote>
<p><strong>Orson Scott Card</strong> (ur. 1951) – jeden z najbardziej popularnych autorów science fiction. Debiutował w wieku 26 lat opowiadaniem Gra Endera, które zostało później rozbudowane do rozmiarów powieści. Zapoczątkowała ona kultowy cykl. Do najsłynniejszych utworów autora należą ponadto: cykl o Alvinie Stwórcy, Glizdawce czy saga Powrót do domu. Zaginione wrota to pierwsza część nowej serii młodzieżowej autora.</p>
<p><strong>Autor:</strong> Orson Scott Card<br />
<strong>Tytuł:</strong> Zaginione wrota<br />
<strong>Tytuł oryginału:</strong> The Lost Gate<br />
<strong>Tłumaczenie:</strong> Tomasz Wilusz<br />
<strong>Data wydania:</strong> 15.05.2012 r.<br />
<strong>ISBN:</strong> 978-83-7839-151-7<br />
<strong>Oprawa:</strong> miękka<br />
<strong>Format:</strong> 140 x 205 mm<br />
<strong>Liczba stron:</strong> 448<br />
<strong>Cena detaliczna:</strong> 36,00 zł</p>
<p style="text-align: center;"><strong>Fragment nr 1</strong></p>
<p>Inne dzieci znielubiły go i albo z niego drwiły, albo w ogóle nie chciały z nim rozmawiać, jako z drekką. „Nie jesteś jednym z nas”, mówiły – często dokładnie tymi słowami. W czasie wolnym nie zabierały go na swoje eskapady; nie wybierały go do swoich drużyn; nigdy mu nie mówiły, kiedy jedna z ciotek rozdawała ciastka albo inne przysmaki; i zawsze musiał sprawdzać, czy nie ma w swojej szufladzie pająków, węży albo psich kup. Szybko się do tego przyzwyczaił i wiedział, że nie może o tym powiedzieć żadnemu z dorosłych. Co by mu to dało? Jak dobrze by się bawił, gdyby jakiś dorosły zmusił pozostałe dzieci, żeby zabrały go ze sobą? Jakie psikusy płatałyby po tym, jak dostałyby w skórę za umazanie kupą jego czystych ubrań?</p>
<p>Dlatego w owym idyllicznym świecie duszków i duchów, bogów i mówiących zwierząt Danny był bardzo samotny.</p>
<p>Znał wszystkich; wszyscy byli z nim spokrewnieni. Jednak kazano mu wstydzić się za wszystko, co robił dobrze, a jeszcze bardziej za to, czego robić nie potrafił, i nawet tych kuzynów, którzy traktowali go życzliwie, postrzegał tak, jakby ich życzliwość była litością. Któż bowiem mógł szczerze lubić chłopca tak mało wartego, przez którego linia rodu Northów, już osłabiona, słabła coraz bardziej, a on był z nich wszystkich najsłabszy.</p>
<p>Ironia polegała na tym, że Danny od urodzenia wychowywany był osobno, a nie z innymi dziećmi – ale z dokładnie przeciwnego powodu. Jego ojciec, Alf, Brat Skały z darem do czystych metali, znalazł sposób, jak wniknąć do żelaza, z którego zrobione są maszyny, i sprawić, by działały prawie bez tarcia i bez konieczności smarowania. Była to tak pożyteczna i dotąd niespotykana umiejętność, że wybrano go na głowę rodziny i, co za tym idzie, mianowano Odynem, Danny jednak mówił do niego z szacunkiem „Baba”.</p>
<p>Matka Danny’ego, Gerd, była tylko trochę mniej nadzwyczajna; magini światła, nauczyła się zmieniać barwę załamanych promieni światła tak, by różne rzeczy stawały się niewidoczne, chowały się w cieniu bądź świeciły jasno jak słońce. Stary Gyish, ówczesny Odyn, przez wiele lat nie pozwalał na ślub Alfa i Gerd w obawie, że połączenie dwu tak potężnych gałęzi rodu zaowocowałoby wydaniem na świat kogoś strasznego – maga wrót, którego Northom nie wolno było już nigdy mieć, albo zaklinacza ludzi, którego wszystkie rodziny przysięgły unicestwić.</p>
<p>Kiedy jednak Gyish ustąpił po ostatniej przegranej wojnie i mag maszyn Alf został mianowany Odynem na jego miejsce, rodzina niemal jednogłośnie wyraziła zgodę na to małżeństwo. Jego owocem był Danny, dziecko, które jak żadne od wielu pokoleń zasługiwało na miano królewicza.</p>
<p>Wszyscy dorośli rozpieszczali Danny’ego we wczesnym dzieciństwie. Był złotym chłopcem i wiele się po nim spodziewano. Od małego inteligentny, szybko nauczył się czytać, biegle opanował wszystkie języki Northów, miał zręczne palce, biegał i skakał jak sportowiec, był aż nazbyt ciekawy i prawie każdego potrafił rozśmieszyć. Jednak w miarę jak dorastał, te cechy nie mogły przysłonić jego zupełnego braku harmonii z którąkolwiek z magii rodziny.</p>
<p>Danny próbował wszystkiego. Uprawiał ogródek u boku kuzynów obeznanych z ziołami, drzewami i trawami – tych, którzy jako dorośli magowie mieli dopilnować, by farmy Northów pozostały tak zadziwiająco urodzajne jak dziś. Jednak rośliny wysiane jego ręką wschodziły słabo, nie potrafił też wyczuć tętniącego pulsu drzewa.</p>
<p>Wałęsał się po lesie z tymi, którzy znali się na zwierzętach – tymi, którzy, jeśli tylko zdołają ustanowić głęboką więź z wilkiem, niedźwiedziem czy (kiedy z niczym większym się nie uda) wiewiórką lub wężem, zostaną Przyjaciółmi Oka albo Braćmi Szpona i będą przemierzać świat w zwierzęcej postaci, gdy tylko zechcą. Jednak wszelkie stworzenia uciekały przed nim, warczały lub wręcz brały się do gryzienia, nie znalazł więc wśród zwierząt przyjaciół.</p>
<p>Próbował zrozumieć, co to znaczy służyć kamieniowi, wodzie, wiatrowi czy elektryczności przeszywającej powietrze błyskawicy. Jednak kamienie siniaczyły mu palce i poruszały się na jego wezwanie, tylko kiedy je rzucał; wiatr jedynie kołtunił mu włosy; a z burz i stawów wychodził przemoczony, zmarznięty i bezsilny. Nie był cudownym dzieckiem, przeciwnie, jeśli chodzi o magię, uczył się powoli. Gorzej niż powoli. Nie robił żadnych widocznych postępów.</p>
<p>A mimo to, pomijając samotność, nie narzekał na los. Długie wędrówki po lesie sprawiały mu przyjemność. Jako że nie przyciągał drzew ani zwierząt, po prostu biegł, szybki i niestrudzony. Na początku biegał tylko w obrębie osady, bo inaczej drzewa strzegące granic pochwyciłyby go i podniosły alarm, sprowadzając dorosłych Strażników Nasion i nawet wujka Poota, aktualnie jedynego Żywicznika w rodzinie – a oni nie daliby mu odejść.</p>
<p>Jednak ostatniej zimy – może dlatego, że drzewa były uśpione i mniej czujne – znalazł trzy różne trasy, które pozwalały mu obejść drzewa wartowników z daleka. Zdawał sobie sprawę, że jako prawdopodobny drekka jest obserwowany – nigdy nie wiedział, czy nie śledzi go zewnętrzne ja któregoś z dorosłych. Dlatego za każdym razem docierał do tych tajnych przejść inną drogą. Chyba nikt nigdy go nie widział, kiedy przekraczał granicę ziemi Northów. A przynajmniej nikt nigdy mu tego nie zarzucił.</p>
<p>Znalazłszy się na swobodzie, biegł i biegł w pierwszym lepszym kierunku. I jakże był szybki! Pokonywał wiele kilometrów, a mimo to zdążał na kolację do domu. Zatrzymywał się, dopiero gdy napotykał szosę, ogrodzenie, dom, fabrykę lub miasto, po czym pod osłoną lasu, chaszczy albo krzaków patrzył, jak suszłacy żyją swoim życiem, i myślał: Z natury jestem jednym z tych ludzi bez żadnych magicznych darów ani mocy, żyjących z pracy rąk albo ze słów płynących z ust.</p>
<p>Z jedną małą różnicą: suszłacy nie wiedzieli, że są pozbawieni wszystkiego, co na świecie szlachetne. Nie mieli poczucia utraconej spuścizny. Rodzina Northów ignorowała ich, zupełnie się nimi nie zajmowała. Gdyby jednak Danny spróbował odejść, wszelkie tajemnice rodziny byłyby zagrożone. Wszystkie opowiadane ciemnymi nocami historie o zdrajcach, o wojnach między westiliańskimi rodami kończyły się tym samym morałem: każdy, kto przeciwstawi się rodzinie i bez zezwolenia ucieknie z osady, zostanie odnaleziony i zabity.</p>
<p>W tym okresie swojego schyłku Northowie może nie mieli tyle mocy co w czasach, zanim Loki zamknął wrota, przed wiekami wojen z pozostałymi rodami. Byli jednak niezrównanymi myśliwymi. Nikt nie mógł im uciec. Danny wiedział, że ilekroć opuszczał osadę, brał swoje życie we własne ręce. Był szalony, że to robił. Jednak poza osadą czuł się wolny. Świat był tak wielki, tak pełen ludzi, którzy jeszcze nim nie gardzili.</p>
<p>Nie mają talentów jak nasze, a mimo to budują drogi, fabryki, budynki. Musimy sprowadzać ich maszyny, żeby klimatyzować nasze domy. Łączymy się z ich internetem, żeby czytać wiadomości i pisać e-maile do zaufanych zwiadowców, których rodzina wysyła w świat. Jeździmy samochodami, które kupujemy od nich. Jakim prawem czujemy się lepsi? Wszystkie te rzeczy są poza zasięgiem naszej mocy i kiedy westiliańskie rody władały światem jako bogowie Frygijczyków, Hetytów, Greków, Celtów, Persów, Hindusów, Słowian i oczywiście wikingów, życie zwykłych ludzi było okropne, brutalne i krótkie – a nasze wymagania wobec nich czyniły je jeszcze okropniejszym, krótszym i brutalniejszym.</p>
<p>Świat byłby lepszy, gdyby takich bogów w ogóle nie było. Braliśmy wszystko, co chcieliśmy, bo mogliśmy, zabijaliśmy każdego, kto wchodził nam w drogę, obalaliśmy królów i osadzaliśmy na tronie ich następców, wysyłaliśmy naszych uczniów na podboje – za kogo myśmy się uważali? W dawno zaginionym świecie Westil, gdzie talent miał każdy, może byłoby to sprawiedliwe, bo wszyscy mieliby mniej więcej równe szanse. Jednak tutaj w Mittlegardzie – na Ziemi – gdzie tylko kilka westiliańskich rodów posiadało takie moce, to było nie w porządku.<br />
<iframe src="http://www.youtube.com/embed/T3OCRWTtkAw" frameborder="0" width="560" height="315"></iframe></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/18/zaginione-wrota-pierwszy-fragment-i-trailer/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Spotkanie ze Stefanem Szczepłkiem</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/spotkanie-ze-stefanem-szczeplkiem/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/spotkanie-ze-stefanem-szczeplkiem/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 17 May 2012 10:00:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Wieści]]></category>
		<category><![CDATA[spotkania autorskie]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>
		<category><![CDATA[Wydawnictwo Marginesy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=6058</guid>
		<description><![CDATA[Przekazujemy informację od Wydawnictwa Marginesy o spotkaniu ze Stefanem Szczepłkiem autorem książki Deyna. Stefan Szczepłek jest dziennikarzem sportowym, znawcą futbolu oraz autorem biografii Kazimierza Deyny. Rozmowę poprowadzi Mirosław Żukowski. Spotkanie...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_5684" class="wp-caption alignleft" style="width: 230px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/03/szczepłek-stefan-deyna-mala.jpg"><img class="size-medium wp-image-5684" title="Stefan Szczepłek, &quot;Deyna&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/03/szczepłek-stefan-deyna-mala-220x300.jpg" alt="Stefan Szczepłek, &quot;Deyna&quot;" width="220" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Stefan Szczepłek, &quot;Deyna&quot;</p></div>
<p>Przekazujemy informację od Wydawnictwa Marginesy o spotkaniu ze Stefanem Szczepłkiem autorem książki <em>Deyna</em>.</p>
<p>Stefan Szczepłek jest dziennikarzem sportowym, znawcą futbolu oraz autorem biografii Kazimierza Deyny. Rozmowę poprowadzi Mirosław Żukowski. Spotkanie będzie połączone z promocją książki Stefana Szczepłka pod tytułem „Deyna”.</p>
<p>Miejsce: Warszawa, we &#8222;Wrzeniu Świata&#8221; przy ul. Gałczyńskiego 7.</p>
<p>Czas: 18.05.2012 o godz. 19:00</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/spotkanie-ze-stefanem-szczeplkiem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nieprzyzwoita premiera!</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/nieprzyzwoita-premiera/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/nieprzyzwoita-premiera/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 17 May 2012 08:00:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Premiery]]></category>
		<category><![CDATA[Wieści]]></category>
		<category><![CDATA[Bellona]]></category>
		<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Monica Garcia Massague]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=6053</guid>
		<description><![CDATA[Wiecie jaki jest najstarszy zawód świata? Pewnie tak&#8230; Ale nie o o tym jest książka, która dzisiaj trafia do księgarń. Temat bardzo bliski, chodzi bowiem o&#8230; burdele. Wydawnictwo Bellona proponuje...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_6055" class="wp-caption alignleft" style="width: 219px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/massague-monica-garcia-historia-burdeli.jpg"><img class="size-medium wp-image-6055" title="Monica Garcia Massague, &quot;Historia burdeli&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/massague-monica-garcia-historia-burdeli-209x300.jpg" alt="Monica Garcia Massague, &quot;Historia burdeli&quot;" width="209" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Monica Garcia Massague, &quot;Historia burdeli&quot;</p></div>
<p>Wiecie jaki jest najstarszy zawód świata? Pewnie tak&#8230; Ale nie o o tym jest książka, która dzisiaj trafia do księgarń. Temat bardzo bliski, chodzi bowiem o&#8230; burdele. Wydawnictwo Bellona proponuje nam intrygującą porcję lektury&#8230; historycznej.</p>
<blockquote><p>Burdel, kolorowy domek, łaźnia, klasztor, szkoła dla panienek, dom rozpusty, dom o złej sławie, dom diabła, dom zuchwały, dom tolerancji, dom publiczny, zamtuz, dom radości, dom dziwek, dom stręczycielstwa, lupanar, dom rozkoszy, dom prostytucji, dom schadzek, dom złego prowadzenia się, to tylko niektóre z wielu nazw odnoszących się do tego samego miejsca.</p>
<p>Nie wdając się w moralne osądy, spisana została w tej publikacji historia instytucji, która przetrwała tysiąclecia, zmieniając się i przybierając inny status w zależności od epoki. Pomimo to zawsze zachowywała formę uzależnioną od świadczonych przez nią usług.</p>
<p><strong>Historia burdeli nie jest historią prostytucji. </strong>Najstarszy zawód świata wykonywany był wewnątrz i poza murami domu publicznego. Oczywiście dzieje płatnego seksu toczą się równolegle z historią tych małych przedsiębiorstw, które powstały w świątyniach i rozmnożyły się pod ochroną władzy (każdego rodzaju) w granicach społecznej tolerancji. Jednakże burdele mają własne dzieje, które ukazują społeczne zwyczaje, socjologiczne osobliwości, a nawet alternatywny kodeks wartości etycznych.</p></blockquote>
<p><em>Historia burdeli</em><br />
Monica Garcia Massague<br />
Wydawca: Bellona<br />
EAN 9788311122505<br />
168 stron<br />
format 165&#215;235 mm<br />
oprawa miękka</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/nieprzyzwoita-premiera/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Cała prawda o Marlenie Dietrich &#8211; fragment książki</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/cala-prawda-o-marlenie-dietrich-fragment-ksiazki/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/cala-prawda-o-marlenie-dietrich-fragment-ksiazki/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 17 May 2012 06:00:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fragmenty książek]]></category>
		<category><![CDATA[Wieści]]></category>
		<category><![CDATA[Biografia]]></category>
		<category><![CDATA[Charlotte Chandler]]></category>
		<category><![CDATA[Prószyński i S-ka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=6047</guid>
		<description><![CDATA[Po nieco skandalizującej biografii Elizabeth Taylor pióra Davida Breta nakładem Prószyńskiego i S-ki ukazała się kolejna książka poświęcona legendzie kina – „Marlena Dietrich” Charlotte Chandler. Mamy dla Was, na zachętę,...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_6050" class="wp-caption alignleft" style="width: 220px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/Chandler-Charlotte-Marlena-Dietrich.jpg"><img class="size-medium wp-image-6050" title="Charlotte Chandler, &quot;Marlena Dietrich&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/Chandler-Charlotte-Marlena-Dietrich-210x300.jpg" alt="Charlotte Chandler, &quot;Marlena Dietrich&quot;" width="210" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Charlotte Chandler, &quot;Marlena Dietrich&quot;</p></div>
<p>Po nieco skandalizującej biografii Elizabeth Taylor pióra Davida Breta nakładem Prószyńskiego i S-ki ukazała się kolejna książka poświęcona legendzie kina – „Marlena Dietrich” Charlotte Chandler. Mamy dla Was, na zachętę, krótki fragment tej książki.</p>
<blockquote><p>Życie Marleny Dietrich jest jednym z najbardziej bajkowych w historii Hollywood. Rozpoczęła karierę w rodzinnym Berlinie jako modelka, potem aktorka estradowa i filmowa kina niemego, stała się gwiazdą po międzynarodowym sukcesie „Błękitnego Anioła”. Następnie przyjechała do Ameryki i została jedną z największych gwiazd Hollywoodu. Grała w odnoszących ogromne sukcesy obrazach: „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Blond Wenus”, „Destry znowu w siodle” i wielu innych, które zapewniły jej pozycję międzynarodowej gwiazdy. Dietrich szczerze rozmawiała z Chandler o swoim niekonwencjonalnym prywatnym życiu: chociaż nigdy nie rozwiodła się z mężem, Rudim Sieberem, miała liczne głośne romanse, o których on doskonale wiedział (sam miał wieloletnią kochankę za zgodą żony). W drugiej połowie lat siedemdziesiątych po wypadkach, które odbiły się na jej zdrowiu, Dietrich zaszyła się samotnie w swoim mieszkaniu w Paryżu, komunikując się ze światem zewnętrznym niemal wyłącznie za pomocą telefonu.</p>
<p>Charlotte Chandler wykorzystała rozmowy z osobami, które dobrze znały aktorkę, w szczególności zaś fascynujące, szczere wywiady, jakie w połowie lat 70. przeprowadziła z gwiazdą w jej paryskim mieszkaniu.</p></blockquote>
<p><em>Chandler potrafi tak przeprowadzić wywiad, by ludzie dostarczali jej więcej informacji, niż spisują w swoich wspomnieniach&#8230;</em></p>
<p style="text-align: right;">„Los Angeles Times”</p>
<p>Charlotte Chandler jest autorką wielu biografii reżyserów i aktorów, między innymi Groucho Marxa, Federico Felliniego, Billy’ego Wildera, Alfreda Hitchcocka, Ingrid Bergman, Mae West i Katharine Hepburn.</p>
<p>ISBN: 978-83-7839-145-6<br />
Tytuł oryginału: Marlene: Marlene Dietrich, a Personal Biography<br />
Data wydania: 10.05.2012<br />
Format: 163mm x 234mm<br />
Liczba stron: 320<br />
Cena detaliczna: 39,90 zł<br />
Wyd. Prószyński i S-ka</p>
<p><a href="http://selkar.pl/aff/kochamksiazki/marlene_dietrich_chandler_charlotte_p_216220.html"><span style="text-decoration: underline;"><strong>Książkę można taniej nabyć w księgarni internetowej!</strong></span></a></p>
<p style="text-align: center;">
<p style="text-align: center;"><strong>Fragment książki <em>Marlena Dietrich</em> Charlotte Chandler</strong></p>
<p>– Wie pani, nie musiałam zostawać aktorką filmową – wyznała mi Marlena. – Istniały inne rzeczy, które mogłam robić z równym powodzeniem. Jestem doskonałą szwaczką. Naprawdę potrafię szyć i cenię szwaczki, zwłaszcza te najlepsze. Tym w studiu przynosiłam upieczone własnoręcznie ciastka. Szanuję porządny szew. Dla mnie najważniejsze było to, że mogłam naprawiać swoje ubrania i szyć swoje stroje. Moja matka nauczyła mnie perfekcyjnie równego ściegu oraz sztuki stosowania go w taki sposób, by osiągnąć najrozmaitsze efekty. Mój ścieg był niemal jak haft. Ta umiejętność okazała się bezcenna, kiedy znajdowałam się w trasie, a moje kostiumy, sukienki i bielizna potrzebowały naprawy. Zazwyczaj nie było nikogo, kto szył równie dobrze jak ja, i zajmowanie się tym sprawiało mi przyjemność. Czasami zajmowałam się ubraniami innych członków obsady. Dziękuję ci, mamo. Mogłam też być modystką. Robię cudowne kapelusze.</p>
<p>– Ale czy sądzi pani, że byłaby szczęśliwa, zajmując się całe życie robieniem kapeluszy? – zapytałam.</p>
<p>– Dlaczego nie? Ale nie wiem tego, ponieważ nie tak potoczyło się moje życie. Pamiętam, jak marzyłam, kiedy byłam bardzo zajęta, żebym mogła zatrzymać się na chwilę i zrobić kapelusz, jednak być może gdyby to było moje jedyne zajęcie i miałabym się tym zajmować całe życie, znienawidziłabym kapelusze. Człowiek nie wie, dopóki czegoś nie wypróbuje. Nic nigdy nie jest dokładnie takie, jak to sobie wyobrażałaś. Ale mogę powiedzieć pani jedno. Nie muszę występować na scenie lub w filmach, żeby czuć się szczęśliwą. Jest wiele osób, które czują to inaczej – wszystkie nadzieje i marzenia pokładają w karierze, która może być krótkotrwała lub też nigdy się nie rozwinąć. Największym szczęściem było dla mnie zawsze moje kochane dziecko i rodzina. Mogłam przestać pracować w jakimś momencie, ale uznałam, że jestem na to zbyt biedna. Podatki, sama pani wie. I co niby miałabym robić? Siedzieć w domu i ściubolić na drutach? Myślę, że byłabym wspaniałą pielęgniarką. Uwielbiam pomagać ludziom, którzy potrzebują opieki, sprawiać, że lepiej się czują. Lubię mieć przekonanie, że na coś się przydaję, że dokładam swoją cegiełkę. Obserwowanie, jak zdrowieją, to cudowne uczucie, a wiem, że mam wyjątkowy dar sprawiania, by stan innych się poprawiał.</p>
<p>– Mam piękną biżuterię, żałuję, że nie mogę jej pani pokazać. Nie jest tego zbyt wiele, za to wszystko najwyższej jakości. Pokazałabym pani, ale trzymam te rzeczy w banku. Teraz już ich nie noszę, ponieważ prowadzę inne życie i prawda jest taka, że nie stać mnie na ubezpieczenie. Nie jestem pozbawiona środków do życia, ale trzeba płacić ogromne sumy, jeśli mieszka się samotnie w mieszkaniu i nie ma zbyt wielu osób, które chroniłyby twój dobytek, zwłaszcza biżuterię. A nawet jeśli ma się taką ochronę, trzymanie precjozów w domu, gdzie można się nimi cieszyć, jest bardzo kosztowne, nawet jeśli nie wynosi się ich na zewnątrz. Przyznaję, chciałabym poprzymierzać tę biżuterię, sama dla siebie, tu, w swoim apartamencie. Lubię na nią patrzeć i jej dotykać. Lubię czuć jej dotyk na skórze. Pamiętam, jak wygląda, ale czasami nie pamiętam, jakie to uczucie. Sprawiało mi przyjemność noszenie biżuterii w filmach i w teatrze. Ludzie teatru są wspaniali i nigdy nic nie zginęło. Mam nadzieję, że spędzę w tym mieszkaniu resztę swoich dni, nie wspominając już o nocach. Ono bardzo mi odpowiada. Gdy tylko je zobaczyłam, wiedziałam, że będzie dla mnie odpowiednie. Nie za duże, nie za małe. Zajmowanie się nim nie jest zbyt wielkim obciążeniem. I mogłam je wynająć, nie musiałam kupować. Zawsze miałam za dużo pudeł i już nie daję rady ich chować, nawet przed sobą. Przyzwyczaiłam się do nich, ale to irytujące, gdy przyjmuję u siebie gości, co nie zdarza się zbyt często. Obserwuję ich miny. Widzę własny rozgardiasz ich oczami. Unikają ponownego spojrzenia w tym kierunku, ja podobnie.</p>
<p>Osobiście uwielbiam świadomość, że wszystkie te rzeczy są tutaj, bezpieczne: to moje wspomnienia. Muszę tylko je przejrzeć, ale zawsze szkoda mi na tę robotę czasu. To oznaczałoby podejmowanie decyzji, co wyrzucić, co jest po prostu śmieciem. Zawsze boję się pozbyć czegoś, czego będę później potrzebowała, a nie uda się już tego znaleźć. Jednak muszę coś z tym zrobić, żeby nie obciążać tą selekcją Marii. Nie będzie chciała tego robić. Jest moją córką. To dla niej niemożliwe. Nie mieszka w Paryżu i ma swoją własną rodzinę. Zatrzymuje się w rozkosznym Plaza Athénée, ale to bardzo kosztowne. Mam teraz więcej czasu niż kiedyś, lecz mniej energii. Jedyne, co można zrobić z takim problemem jak przeglądanie rzeczy, to wyrzucić go z głowy. Życie to nieustanna walka, walka o zachowanie iluzji. Ludzie bardzo chętnie uświadamiają ci prawdę, ale to ich prawda, nie twoja. Z pewnością nie moja. Iluzje są delikatne i trzeba je chronić. Rzeczywistość, którą ludzie chętnie przyjmują, jest zazwyczaj czymś negatywnym i często stanowi sposób na to, żebyś czuła się równie źle jak oni. Ale ja nie chcę być taka poważna. Kiedy byłam dzieckiem, tak małym, że nie pamiętam nawet, ile dokładnie sobie liczyłam lat, wiem tylko, że to było dawno temu, pewnie skończyłam wtedy pięć lub sześć, miałam przeczucie. Chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam, co znaczy to słowo. (…)</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/17/cala-prawda-o-marlenie-dietrich-fragment-ksiazki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Kuba i Mela. Dodaj do znajomych&#8221; &#8211; fragment</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/16/kuba-i-mela-dodaj-do-znajomych-fragment/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/16/kuba-i-mela-dodaj-do-znajomych-fragment/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 16 May 2012 06:00:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fragmenty książek]]></category>
		<category><![CDATA[Wieści]]></category>
		<category><![CDATA[Henryk Sawka]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura dla dzieci]]></category>
		<category><![CDATA[Maciej Orłoś]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=6030</guid>
		<description><![CDATA[Prezentujemy dziś coś dla dzieci. Mamy fragment bardzo przyjemnej i wesołej książki Macieja Orłosia i Henryka Sawki, pt. Kuba i Mela. Dodaj do znajomych. Mamy nadzieję, że lektura fragmentu zachęci...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_6033" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/orlos-maciej-sawka-henryk-kuba-i-mela-mala.jpg"><img class="size-medium wp-image-6033" title="Maciej Orłoś, Henryk Sawka, &quot;Kuba i Mela&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/orlos-maciej-sawka-henryk-kuba-i-mela-mala-300x294.jpg" alt="Maciej Orłoś, Henryk Sawka, &quot;Kuba i Mela&quot;" width="300" height="294" /></a><p class="wp-caption-text">Maciej Orłoś, Henryk Sawka, &quot;Kuba i Mela&quot;</p></div>
<p>Prezentujemy dziś coś dla dzieci. Mamy fragment bardzo przyjemnej i wesołej książki Macieja Orłosia i Henryka Sawki, pt. <em>Kuba i Mela. Dodaj do znajomych</em>. Mamy nadzieję, że lektura fragmentu zachęci Was do przeczytania całości <img src='http://kochamksiazki.pl/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> </p>
<blockquote><p>Dowcipna wizja świata według Kuby i Meli, dwojga inteligentnych i niepokornych dzieci Macieja Orłosia. Kuba, lat jedenaście, i Mela, lat siedem, przeżywają to wszystko, co przeżywają ich rówieśnicy – przygody w szkole, w domu i na wakacjach. Wydarzenia opisywane są z dziecięcej perspektywy, bawią i uczą nie tylko najmłodszych, ale również ich rodziców.</p>
<p>Z niewymuszonym humorem i rozbrajającą szczerością Maciej Orłoś w krótkich epizodach opisuje kolejne przypadki rodzinne &#8211; wyprawę za miasto, zakończoną fiaskiem naukę gry w popularną karciankę, czy spowodowany serią niefortunnych SMSów konflikt na linii tata – dyrektorka. Na książkę „Kuba i Mela” składa się dwadzieścia osiem krótkich rozdziałów, których lektura sprawi przyjemność całej rodzinie. Każdy epizod opatrzony jest graficznym komentarzem Henryka Sawki. Maciej Orłoś skonsultował treść książki z dziećmi, gwarantujemy więc, że wszystkie opisane w niej przygody naprawdę miały miejsce!</p>
<p>Książka dedykowana jest dzieciom oraz rodzicom i znakomicie nadaje się do wspólnej lektury.</p></blockquote>
<p style="text-align: center;"><strong>Fragment</strong></p>
<p>DŁUGI WEEKEND</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Bardzo lubię jeździć z rodzicami samochodem na ferie albo na wakacje, albo w ogóle gdzieś daleko. Jest wtedy tak fajnie, bo wszyscy jesteśmy razem, możemy pobyć ze sobą przez dobrych kilka godzin. I nigdy nie jest nudno. Opiszę wam, tak dla przykładu, naszą niedawną wyprawę do rodziny we Wrocławiu, na długi weekend. Ta rodzina, ze strony mamy – czyli wujek, ciocia i ich córka – ma duży dom i czasem tam jeździmy na kilka dni. No więc zaczęło się od tego, że tata postanowił założyć bagażnik na dach, żeby zmieściły się wszystkie bagaże. I wcześnie rano, czyli około dziesiątej (zdaniem mamy o dwie godziny za późno) tata zszedł na parking pod naszym blokiem, żeby zamocować ten bagażnik. Wrócił po godzinie, umorusany i bardzo zły, i oświadczył, że on ma dość tych bagażników, bo nigdy nie wiadomo, jak je przymocować i tak dalej. Mama też już była trochę zła, bo czekaliśmy długo na tatę, gotowi, spakowani, i nie wiadomo było, co robić, bo tata uprzedził, że dopóki nie wróci, to mamy siedzieć i czekać. No, ale nieważne – zeszliśmy, zapakowaliśmy bagaże na dach. Było przy tym trochę nerwów, bo mama przygotowała tyle tych toreb i walizek, że tata nie mógł domknąć i zamknąć bagażnika na dachu. Jedna walizka, ogromna, trafiła do bagażnika z tyłu, a przy tym też było zabawnie, bo tata ledwo tę walizkę tam zmieścił i gderał, że po co w ogóle produkuje się takie walizki, skoro one nie mieszczą się w zwykłych bagażnikach zwykłych samochodów zwykłych ludzi takich jak my?! I jeszcze dodał, że po co mama bierze tyle rzeczy w tylu torbach i walizach na zaledwie kilka dni?! Mama się wtedy zdenerwowała i posprzeczali się trochę, a mnie i Meli (moja siostra, gdyby ktoś z was nie wiedział; bardzo fajna, ale czasem mnie potwornie wkurza), też się dostało, bo jak rodzice się sprzeczali, to my zaczęliśmy się kłócić o to, kto pierwszy będzie oglądał DVD, i wtedy tata kazał nam natychmiast się uspokoić, bo nigdzie nie pojedziemy, ponieważ on ma już tego wszystkiego dosyć. Ja się uspokoiłem od razu, ale Mela, oczywiście, zaczęła chichotać i to była przesada. Na szczęście, rodzice nie zwrócili uwagi na jej chichoty, bo jeszcze kończyli kłótnię o bagaże. W końcu wszystko było gotowe i już około dwunastej wyruszyliśmy. Co prawda, mieliśmy wyjechać rano, tak ustalali rodzice dzień wcześniej, ale uważam, że dwunasta po południu to jeszcze wcale nie jest tak źle. Mniej więcej przy pierwszym skrzyżowaniu ze światłami Mela poprosiła o kanapkę. Jakby nie mogła poczekać, przynajmniej aż wyjedziemy z miasta. Nie, ona musi natychmiast! Ja przy okazji też poprosiłem o kanapkę, bo jak Mela ma dostać, to dlaczego ja niby miałbym być gorszy – bez przesady! Mama nie mogła jednak dać nam kanapek, bo okazało się, że tata wsadził torbę z wałówką do bagażnika na dachu. Mama, na szczęście, nie skomentowała tej wtopy, i słusznie – i tak widać było, że tata jest wściekły. Zatrzymał się na przystanku autobusowym, wrzucił światła awaryjne, wysiadł i zaczął dobierać się do bagażnika. Po kilku minutach usłyszeliśmy trąbienie tuż za naszym samochodem – okazało się, że trąbił autobus, który pewnie chciał zatrzymać się na przystanku. I to jak trąbił! – na maksa, bez przerwy. Usłyszeliśmy tylko, jak tata krzyczy:</p>
<p>– Chwileczkę, chyba widzi pan, że nie mogę odjechać?!</p>
<p><span id="more-6030"></span>Po tych słowach ponownie rozległo się trąbienie, ale jeszcze głośniej niż przedtem, bo autobus podjechał maksymalnie blisko. Na szczęście, tata uporał się wreszcie z bagażnikiem, z którego, na szczęście, zdołał wyciagnąć torbę, i na szczęście była to właściwa torba, ta z wałówką. I na szczęście odjechaliśmy z przystanku, bo nie dało się już wytrzymać tego trąbienia. Mama wręczyła Meli kanapkę, mnie też, i nagle zrobiło się naprawdę miło i przyjemnie. Jechaliśmy ulicami Warszawy, mijaliśmy centrum, podziwialiśmy wysokie biurowce, Mela i ja jedliśmy pyszne kanapki, mama powiedziała do taty, żeby już się tak nie denerwował, żeby się uspokoił, wyluzował, bo przecież musi nas bezpiecznie dowieźć na miejsce. I jeszcze mama zażartowała: powiedziała do nas, żebyśmy byli grzeczni, bo nie wie, czy wiemy, ale kierowcy nie wolno denerwować.</p>
<p>– Będziecie grzeczni?! – zawołała mama.</p>
<p>– Taaak! – odpowiedzieliśmy chórem.</p>
<p>Nawet tata się uśmiechnął. Kończyliśmy jeść kanapki i mama powiedziała, że teraz ja mam pograć na psp, a Mela obejrzy film na DVD. Próbowałem protestować – bo uważam, że to niesprawiedliwe, że Mela zawsze pierwsza robi najfajniejsze rzeczy, i powiedziałem, no dobrze – krzyknąłem, że dlaczego ona pierwsza?! Wtedy Mela zaczęła wrzeszczeć, że ona nie ma psp, a ja mam i mogę sobie coś robić, kiedy ona ogląda DVD, a ona co miałaby robić, kiedy ja oglądam?!</p>
<p>Ja odpowiedziałem, no dobrze – odkrzyknąłem – że nic mnie to nie obchodzi, jestem starszy i dlatego mam psp! Wtedy mama krzyknęła, że mamy natychmiast się uspokoić i będzie tak, jak ona, czyli mama, mówi: Mela będzie oglądać DVD, a ja będę grał na psp.</p>
<p>Trudno, dałem za wygraną. Sięgnąłem do swojego plecaka i… stwierdziłem, że, niestety, psp w nim nie ma. Przypomniałem sobie, że leżało na moim biurku. Miałem je zabrać, ale przez to czekanie na tatę – po prostu zapomniałem. Nie moja wina, zdarza się. Powiedziałem rodzicom, że nie wziąłem psp i nie wiem, co teraz.</p>
<p>Przez chwilę w samochodzie panowała cisza, a potem mama powiedziała, że to jest po prostu skandal – że całą noc ładowałem baterię do psp, że tata kupił mi specjalnie na tę podróż nową grę (to prawda, kupił, fifę 2011), że już nie mogłem się doczekać, żeby pograć (to prawda, nie mogłem), a teraz okazuje się, że nie wziąłem tego piekielnego psp z domu! Nic nie powiedziałem, zachciało mi się płakać. Mela zaczęła mnie pocieszać, mówiła coś w rodzaju: „Nie martw się, Kuba, to psp jest strasznie głupie”, a tata nagle zawrócił i… pojechaliśmy do domu, po psp.</p>
<p>Mniej więcej pół godziny później byliśmy znów na trasie wylotowej do Wrocławia, tyle że ja już miałem psp i sobie grałem. Tata jeszcze nic nie mówił (zawsze potrzebuje sporo czasu, żeby ochłonąć, jak go coś zdenerwuje), ale kiedy wyjechaliśmy z Warszawy, zjechał na stację benzynową i próbował uruchomić takie przenośne urządzenie do oglądania filmów na DVD, żeby Mela mogła obejrzeć film („Piękną i Bestię”, nie wiem, jak ona może to w kółko oglądać). Tata kupił ten sprzęt specjalnie na tę podróż. Ale sprzęt nie chciał działać.</p>
<p>Przez kilkanaście minut tata strasznie kombinował i nic z tego nie wychodziło. Baterie na pewno były naładowane, płyta odpowiednio włożona, przyciski działały, ale ekran był wciąż czarny. Tata się denerwował, że nowy sprzęt i od razu problemy, że co to jest, co za szmelc teraz produkują?!. Wtedy mama powiedziała, że może jej się uda. Tata wręczył jej to przenośne DVD, z tekstem „akurat”, i pojechaliśmy dalej. Po chwili mama powiedziała, że z tyłu, na obudowie, jest przecież nalepka z napisem „By uruchomić to urządzenie po raz pierwszy, odklej tę nalepkę”. Więc mama odkleiła nalepkę i rzeczywiście – okazało się, że wszystko działa i jest OK.</p>
<p>Mama przez dłuższą chwilę śmiała się, że tata jest genialny, a tata też się śmiał, ale moim zdaniem jakoś tak trochę sztucznie. No, tak czy inaczej, jechaliśmy sobie, Mela zaczęła oglądać „Piękną i Bestię”, ja grałem na psp, mama słuchała muzyki na iPodzie, a tata prowadził i nic nie mówił przez następne pięćdziesiąt kilometrów. Tylko co pewien czas gwałtownie hamował, wtedy wszyscy nagle lecieliśmy do przodu, ale byliśmy oczywiście w pasach, więc nikomu nic się nie stało. Tata hamował, bo były fotoradary, jasna sprawa, doskonale to rozumiem, też bym tak robił na jego miejscu – po co płacić mandaty i zbierać punkty? Ale mamie się to nie podobało i za którymś razem po takim hamowaniu, kiedy akurat piła kawę i ta kawa wylała jej się na spodnie, powiedziała, żeby tata nie hamował bez przerwy tak ostro. Była zła i trudno się dziwić, bo nikt nie lubi oblewać się kawą, co nie.</p>
<p>Wtedy tata wygłosił wykład na temat hamowania, fotoradarów, polskich dróg, dziur w nawierzchni, kolein od tirów, złośliwej policji i tak dalej. I podsumował to tak, że ktoś musi stosować się do przepisów drogowych i musi hamować, niezależnie od tego, czy ktoś akurat pije kawę czy nie. Bo bezpieczeństwo jest najważniejsze. Mama odpaliła na to, że oczywiście, skoro musi hamować, niech hamuje, ale bez takiego szarpania, i w ogóle można przecież jechać płynnie.</p>
<p>Ta dyskusja rodziców trwała jeszcze chwilę, potem tata znów nic nie mówił, ale jechał wolniej niż wcześniej. Po jakimś czasie mama zapytała, dlaczego tak wolno jedzie, a tata odpowiedział – spokojnie, choć przecież mógłby się zdenerwować i wcale bym się mu nie dziwił – że jest kierowcą, odpowiada za nasze bezpieczeństwo i będzie jechał tak, jak uważa za stosowne. Mamę trochę zatkało i słuchała dalej muzyki na iPodzie.</p>
<p>W pewnym momencie tata poprosił, żebym przyciszył psp, a Mela (która wciąż oglądała „Piękną i Bestię”), żeby założyła słuchawki, bo jest straszny hałas od tych wszystkich urządzeń, a on chciałby posłuchać radia, w końcu jemu, jako kierowcy, też się coś od życia należy. Mela powiedziała, że nie wie, gdzie są słuchawki, bo skąd ma wiedzieć. Wtedy ja ściszyłem psp, zastopowałem grę i zacząłem szukać słuchawek w futerale od tego sprzętu DVD, ale nigdzie ich nie było, więc powiedziałem tacie, że słuchawek nie ma i trudno. Wtedy tata zwrócił się do mamy, żeby pożyczyła dziecku (czyli Meli) słuchawki, bo on chce posłuchać radia. Mama nie zareagowała (może nie słyszała, bo zawsze ma na full muzykę w iPodzie), tylko patrzyła przed siebie i słuchała muzyki. Wtedy tata włączył radio, w dodatku bardzo głośno. Mela zaczęła krzyczeć, żeby ściszył, bo ona nie słyszy, co mówią w filmie, a mama zdjęła swoje słuchawki i zaczęła krzyczeć, żeby tata ściszył, bo jej zakłóca słuchanie muzyki. A ja też się zdenerwowałem, bo nagle zrobił się straszny hałas, więc zacząłem krzyczeć, żeby przestali krzyczeć.</p>
<p>I tak przez chwilę wszyscy oprócz taty krzyczeliśmy, a tata nic nie powiedział, tylko wyłączył radio. No i jechaliśmy dalej, w milczeniu. Po kolejnych pięćdziesięciu kilometrach Mela skończyła oglądać film i powiedziała, że ona teraz chce posłuchać „Legend polskich” na audiobuku, a ja mogę sobie pooglądać swój film. Mama się zgodziła i włączyła Meli „Legendy”. Tata coś zamruczał pod nosem, ale nie usłyszałem dobrze co, a mama dała mi słuchawki, żebym mógł pooglądać film, i żebym nie zagłuszał filmem „Legend”. Założyłem sluchawki, włączyłem film („Magiczne drzewo”), ale po kilkunastu sekundach sprzęt się wyłączył. Okazało się, że wyczerpały się baterie!</p>
<p>Wtedy zaczęło się szukanie ładowarki do DVD, takiej, którą można podłączyć do prądu w samochodzie. Na szczęście ładowarka się znalazła i podałem ją mamie – żeby włożyła końcówkę do ładowania. Ale okazało się, że końcówka nie pasuje do zapalniczki, i że w naszym samochodzie nie ma odpowiedniego wejścia do takiej ładowarki. W związku z tym zacząłem domagać się, żebyśmy się zatrzymali i podładowali ten sprzęt DVD na jakiejś stacji albo w restauracji. Mama powiedziała, że dobrze, bo i tak najwyższa pora, żeby się zatrzymać i zjeść obiad. Tata się na szczęście zgodził i zjechał na parking przed jakąś karczmą.</p>
<p>Było w niej nawet dość przyjemnie – pusto, miła kelnerka, dobry barszczyk (uwielbiam barszczyki) i pierogi z mięsem (uwielbiam pierogi), czysta toaleta. Co prawda mama zrobiła tacie wykład na temat zdrowego odżywiania się i tata w końcu odłożył sztućce i przerwał – w połowie mniej więcej – jedzenie golonki z pieczywem, i widziałem, że był zły, ale na szczęście po raz kolejny opanował nerwy. Potem wsiedliśmy znowu do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę. A kiedy ruszyliśmy, mama powiedziała, że jeszcze jest daleko do Wrocławia, więc Mela może dalej słuchać „Legend”, a ja mogę wreszcie obejrzeć sobie mój film. Wtedy uprzytomniliśmy sobie, że zapomnieliśmy naładować w karczmie ładowarkę do DVD. No to był szczyt wszystkiego! Zacząłem domagać się, żebyśmy się zatrzymali gdzieś i żebym mógł sobie naładować ładowarkę, ale tata powiedział, że mowy nie ma, że skoro nie dbam o swoje sprawy, to teraz mogę słuchać „Legend” razem z Melą albo pograć na psp, albo popatrzyć przez okno i popodziwiać widoki.</p>
<p>Nie będę ukrywał – wpadłem w histerię, zdarza mi się to czasem – wtedy buczę, lecą mi łzy i jestem obrażony na cały świat. A kiedy wpadłem w histerię, to Mela zaczęła wrzeszczeć, że ona słucha „Legend” i żebym natychmiast przestał, bo ona nic nie słyszy. Ja na to, że mam gdzieś jej legendy i że ona obejrzała sobie film, a ja nie mogę, więc niech nie będzie taka mądra! Do tego włączyła się mama. No i zaczęła się awantura, ale nie trwała długo, bo tata nagle powiedział „cholera” i gwałtownie zaczął hamować. Okazało się, że zatrzymała nas policja drogowa. No więc tata musiał wysiąść z samochodu i wsiąść do radiowozu. Siedział tam dość długo, wreszcie wrócił i pojechaliśmy dalej. Ale zanim ruszyliśmy, mama zapytała:</p>
<p>– No i jak?</p>
<p>Tata powiedział tylko:</p>
<p>– Czterysta złotych, sześć punktów – i dodał jeszcze: – cholera, zawsze stoją tak, że ich nie widać.</p>
<p>A potem, przez mniej więcej sto kilometrów, nie mówił nic. My też. Oboje z Melą trochę się zdrzemnęliśmy, a jak się obudziliśmy, mama dała nam po herbatniku. Było już blisko Wrocławia, ale tata zjechał na stację, bo zapaliła mu się lampka rezerwy paliwa. Tata tankował, a my byliśmy w świetnych humorach, bo było fajnie – podróż była super, jak zwykle, a może nawet bardziej niż zwykle. Uwielbiam to nasze podróżowanie samochodem. I trochę mi było smutno, że już jesteśmy blisko celu i podróż się skończy. A skończyła się nietypowo.</p>
<p>Kiedy wyruszyliśmy ze stacji, dosłownie po kilkuset metrach samochód nagle szarpnął kilka razy, pyrknął, zarzęził i tata stanął na poboczu. To teraz już w skrócie wam opowiem. Okazało się, że tata na stacji wlał do baku przez pomyłkę benzynę zamiast olej napędowy. Z przejęciem tłumaczył, że nigdy mu się coś takiego nie zdarzyło. No, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda?</p>
<p>Staliśmy na tym poboczu chyba godzinę. W końcu przyjechał wujek i zabrał nas, to znaczy mamę, Melę i mnie, no i część bagaży. A tata został i czekał na lawetę. Biedny tata. Dotarł do domu, to znaczy do domu wujka i cioci późnym wieczorem. Powiedział, że samochód został w warsztacie i że musi go odebrać w poniedziałek, a może dopiero we wtorek, bo przecież jest długi weekend i nikt nie pracuje. I że prawdopodobnie będą musieli wymienić silnik.</p>
<p>To oznaczało, że długi weekend przedłuża nam się o jeden dzień, a może nawet o dwa! I że do szkoły pójdziemy dopiero we wtorek, a może nawet w środę! Byliśmy zachwyceni. Mamie zresztą też się to podobało. W ogóle wszyscy byli w świetnych nastrojach. No, może oprócz taty. Przez cały długi weekend siedział głównie przed telewizorem, oglądał jakieś głupie filmy akcji i prawie w ogóle się nie odzywał. Czasami go zupełnie nie rozumiem.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>WYMARZONY DZIEŃ</p>
<p>Pewnego dnia przyjechała do nas ciocia Magda, moja mama chrzestna, z Wrocławia, takiego miasta w Polsce. Przyjechała specjalnie z okazji moich urodzin, które mam w kwietniu. Dla mnie urodziny są bardzo ważne. Myślę o nich już wiele miesięcy wcześniej.</p>
<p>Wieczorami zawsze pytam tatę, ile jeszcze dni zostało, i tata musi mi powiedzieć, ile jest dni do dnia urodzin i ile do przyjęcia urodzinowego, bo na ogół nie dzieje się to jednocześnie. I tata liczy i mi mówi. Przy okazji czasem kłócimy się, ile skończę lat. Trudno to obliczyć, bo jeśli mają być, na przykład, moje ósme urodziny, to tata twierdzi, że skończę osiem lat, a ja uważam, to znaczy uważałam, że skończę siedem i dopiero zacznę osiem. A tata na to, że – no właśnie – nie będę już miała siedmiu tylko osiem, pełne osiem. Do końca tego nie kapuję, ale nieważne.</p>
<p>Ważne, że tym razem prosiłam tatę, żeby liczył też, ile dni zostało do przyjazdu cioci, czyli mojej mamy chrzestnej. Czekałam na jej przyjazd, bo obiecała, że jak przyjedzie, to jeden dzień poświęcimy na same przyjemności dla mnie, z okazji moich urodzin. Że po prostu zrobi wszystko, co będę chciała, oczywiście w granicach rozsądku, jak zaznaczyła mama.</p>
<p>Byłam już od dawna dobrze przygotowana na przyjazd cioci, a dobrze przygotowana to znaczy, że ułożyłam plan dnia, czyli po kolei co chcę, żebyśmy robiły. No, ale właśnie okazało się, że nie „robiły”, tylko „robili”, bo mój brat Kuba, który chodzi do czwartej klasy, oczywiście też zapragnął wziąć udział w tym dniu spełniania marzeń.</p>
<p>Tłumaczyłam mu, że to ma być MÓJ dzień, więc będzie się nudził i niech lepiej załatwi ze swoją mamą chrzestną taki sam dzień dla niego, z okazji jego urodzin. Ale – nie! Uparł się, a rodzice powiedzieli, że może wziąć udział w tym dniu, ale pod warunkiem, że nie będzie zabierał głosu, tylko grzecznie chodził tam, gdzie JA chcę.</p>
<p>Kuba się zgodził na te warunki, więc trudno, nie było wyjścia – powiedziałam, że OK, niech już z nami idzie. Ale wracam do tego mojego planu, bo pewnie jesteście ciekawi, co wymyśliłam. Tylko jeszcze opowiem, jak tata mnie przestraszył. Powiedział mi, że ciocia zaproponowała mi taki plan dnia: rano – wspólne odrabianie lekcji, w południe – ciocia czyta mi na głos lekturę szkolną, o 14 – spacer dookoła bloku, 15 – uroczysty obiad – szpinak, marchewka, brukselka i kości pieczonego kurczaka, o 16 – wspólne zmywanie naczyń, o 17 – oglądanie w telewizji filmu na temat historii Polski, 18 – gram dla cioci na flecie, 19 – wieczorynka, 20 – mycie głowy i do łóżka. Już się chciałam popłakać, ale w ostatniej chwili zorientowałam się, że tata żartuje, bo tak się podejrzanie uśmiechał. Ale na chwilę się obraziłam, bo co to za głupie żarty. A mój plan był taki:</p>
<p>– wstajemy i gram z ciocią w simsy</p>
<p>– po dwóch godzinach idziemy na basen potem do sklepu zoologicznego obejrzeć zwierzątka i kupić chomika</p>
<p>– następnie idziemy na pizzę</p>
<p>– pluskamy się w fontannach</p>
<p>– kupujemy mnóstwo ślicznych sukienek, innych ubrań, biżuterię i szpilki</p>
<p>– kupujemy dużo zabawek typu petszopy</p>
<p>– robimy piżama party dla moich koleżanek z okazji moich urodzin – oczywiście z ciocią.</p>
<p>Spisałam ten plan na kartce, mama mi pomagała, bo ja już piszę, ale czasem mi literki wychodzą trochę krzywo, a chciałam, żeby to ładnie wyglądało i żeby ciocia mogła wszystko dokładnie odczytać. No i oczywiście, mama powiedziała, że nie zgadza się na chomika. Mogłam się tego spodziewać! Ciągle to samo – jak tylko coś mówię o chomiku, to rodzice od razu protestują, że nie chcą mieć żadnego chomika ani świnki morskiej,</p>
<p>że ewentualnie mogą się zgodzić na rybki. Ale ja nie chcę rybek! Chcę chomika, i to od dawna, a oni ciągle to samo. Więc była awantura, popłakałam się, powiedziałam, że to oszustwo, bo ciocia Magda powiedziała, że zrobi dokładnie, DOKŁADNIE to, na co mam ochotę, a tu znowu słyszę, że jeśli chodzi o chomika, to mowy nie ma. Bo ciocia sobie pojedzie, a to my (czyli rodzice) zostaniemy z tym chomikiem i co wtedy?!. Takie gadanie, w kółko to samo. W końcu postanowiłam, że trudno, odpuszczę tego chomika, bo jak nie, to nie. Gdybym miała innych rodziców, to może by mi pozwolili, ale mam tych rodziców i nic na to nie poradzę. Więc nie wpisaliśmy chomika na listę.</p>
<p>A potem tata, jak zobaczył tę kartkę z listą dla cioci, to się przyczepił do fontanny. Powiedział, że w kwietniu to chyba za zimno, żeby się pluskać w fontannie, a mama, oczywiście, przyznała mu rację. Więc trochę się poawanturowałam, ale w końcu też odpuściłam, bo co tam, w fontannie będzie można się popluskać w dniu dziecka, na przykład. Tata zaproponował, żeby zamiast fontanny wpisać wizytę w teatrze, ale stanowczo zaprotestowałam, bo niedawno byliśmy w teatrze z klasą, na „Ani z Zielonego Wzgórza” i uważam, że nie muszę tak często chodzić do teatru. Tak w ogóle lubię teatr i przedstawienie o Ani było fajne, naprawdę. Ale w dniu urodzin wolę porobić z ciocią coś innego. Poza tym Kuba, jak usłyszał o teatrze, to bardzo zaprotestował – że on nie będzie chodził na sztuki dla małych dzieci!</p>
<p>Jak ciocia Magda przyjechała, to od razu wręczyłam jej kartkę z listą rzeczy do zrobienia następnego dnia, w dniu moich urodzin, ciocia się uśmiechnęła i powiedziała, że bardzo jej się podoba. Ciocia to jest fajna, nie to co rodzice!</p>
<p>No i następnego dnia rano, to była sobota, jak tylko wstałam, po śniadaniu, powiedziałam cioci, że pora na pierwszy punkt programu, czyli grę w simsy. Tata poprosił jednak, żebym cioci nie popędzała, bo jeszcze pije kawę, i że nie ma co się spieszyć, i zdążymy wszystko zrobić.</p>
<p>– Wcale nie – zaprotestowałam – nie ma dużo czasu, bo lista jest długa i to są moje urodziny!</p>
<p>– Ja gram pierwszy w simsy – powiedział na to Kuba, on zawsze jest taki.</p>
<p>– Kubusiu – powiedziała na szczęście mama – to są Meli urodziny, więc niech ona gra pierwsza.</p>
<p>– A dlaczego on niby ma w ogóle grać?! – zapytałam i byłam już zdenerwowana, bo bez przesady, to ja miałam grać z ciocią, a nie Kuba.</p>
<p>– Dobrze, ty grasz pierwsza, a potem Kuba też chwilę pogra, bo umówiliśmy się, że on też będzie uczestniczył w twoim dniu.</p>
<p>Zgodziłam się, nie było wyjścia, i grałam z ciocią w simsy. Ciocia nie miała pojęcia o simsach, więc jej wszystko pokazałam, to znaczy, jaką mam rodzinę, w jakim domu mieszka – i ciocia nawet się wciągnęła. I kupiłyśmy razem chomika w sklepie zoologicznym dla mojej rodziny! Nie mogę mieć prawdziwego chomika, to niech przynajmniej oni mają, dobre i to! Po jakimś czasie pojawił się Kuba i powiedział, że teraz on, więc trudno, ustąpiłam mu miejsca przy naszym komputerze i patrzyłam na jego rodzinę. Nawet było ciekawie i miło.</p>
<p>Potem ciocia spojrzała na zegarek i powiedziała, że trzeba iść na basen, więc pojechaliśmy na basen, ten, na którym uczyłam się pływać, na Żoliborzu, bardzo fajny. Taki nowoczesny, ze zjeżdżalnią i jacuzzi, i w dodatku jest tam taka restauracja, gdzie można zjeść pizzę, a pizza to następny punkt programu (skoro wykreśliliśmy kupowanie chomika), więc prosto z basenu można pójść na pizzę! Dobrze to wymyśliłam, prawda? Tata nas zawiózł na ten basen i umówiliśmy się, że wróci za dwie godziny i zawiezie</p>
<p>do sklepu z sukienkami. No, ale jak tylko weszliśmy do budynku z basenem, to się okazało, że są jakieś zawody i w ogóle basen jest zamknięty tego dnia. To nie było miłe, naprawdę, co za pech.</p>
<p>– Trudno, Melciu, nie martw się, zamiast basenu będziemy dłużej w sklepie z sukienkami, a teraz chodźmy na pizzę – powiedziała ciocia Magda i uśmiechała się do mnie tak miło, że nawet nie zdążyłam się popłakać.</p>
<p>No więc poszliśmy na górę do tej małej restauracji i zamówiliśmy pizzę. Kuba – pepperoni, ciocia – hawajską, a ja – margaritę, bo najbardziej lubię margaritę.</p>
<p>– A czego się państwo napiją? – zapytał pan kelner.</p>
<p>– Poprosimy wodę – powiedziała ciocia – bez gazu.</p>
<p>– O, nie, ja nie chcę wody, ciągle piję wodę i chyba raz mogę napić się coli – zaprotestował Kuba, jak to on.</p>
<p>– Rodzice prosili, żeby wam nie kupować żadnych napojów gazowanych – powiedziała ciocia.</p>
<p>– Oj, ciociu, z okazji urodzin Meli to chyba możemy, najwyżej nic nie powiemy rodzicom. – Kuba nie odpuszczał.</p>
<p>– Ale ja wolę wodę! – powiedziałam, bo naprawdę wolę wodę.</p>
<p>– To sobie pij tę swoją wodę, a ja wolę colę!</p>
<p>– No dobrze, Kuba, zamówię ci colę, ale niech to pozostanie naszą tajemnicą, OK? – ciocia ustąpiła.</p>
<p>– Tylko niech ona nie wypapla, bo ona to jest takim kapusiem, ciociu, mówię ci, wszystko wygaduje rodzicom! – powiedział Kuba i to nie było przyjemne.</p>
<p>– Wcale że nie! – krzyknęłam, bo mnie naprawdę wnerwił, bo wcale nie jestem żadnym kapusiem!</p>
<p>– No dobrze, dobrze, dzieci, tylko spokojnie, nie kłóćcie się, niech będzie miło – powiedziała ciocia.</p>
<p>– To co w końcu państwo zamawiają? – zapytał kelner.</p>
<p>Ciocia zamówiła wodę bez gazu dla mnie, colę bez lodu dla Kuby, a dla siebie kawę bez mleczka. I wyobraźcie sobie, że jak kelner tylko przyniósł te napoje, to Kuba od razu, OD RAZU wylał połowę coli na swoje spodnie i koszulę! Ale z niego niezdara! Bo po prostu zahaczył rękawem o słomkę. Ciocia natychmiast zaczęła go wycierać serwetkami, ale niestety – plamy po coli nie znikają, więc ciocia była zdenerwowana, bo pewnie od razu pomyślała, co powie tata, jak zobaczy Kubę w mokrych spodniach. No więc poszli razem do łazienki i tam ciocia najpierw wycierała spodnie i koszulę Kuby wodą, a potem suszyła suszarką. Dobrze, że była suszarka, mieli szczęście. To dlatego, że na basenach jest mnóstwo suszarek, żeby ludzie mogli się suszyć po kąpieli.</p>
<p>No a potem strasznie długo czekaliśmy na pizzę. Straaasznie długo. I jak w końcu ten kelner przyniósł te nasze pizze, to okazało się, że przyniósł trzy pepperoni. A tylko Kuba zamawiał pepperoni, więc nie było wesoło. Ciocia powiedziała kelnerowi, że miała być jedna pepperoni, jedna hawajska i jedna margarita, ale on się upierał, że zamówiliśmy trzy pepperoni i powiedział, że może oczywiście wymienić, ale to potrwa, bo jest dużo zamówień.</p>
<p>Ciocia znowu się trochę zdenerwowała, tym razem na tego kelnera, ale wszyscy zjedliśmy te pepperoni, bo wcale nie chciało nam się znowu czekać! I wiecie co, okazało się, że to były najgorsze pizze, jakie jedliśmy w życiu! Spalone, z małą ilością sera i w ogóle bez smaku. No, po prostu totalna porażka! I nawet Kuba nie zjadł całej pizzy, mimo że on jest strasznym żarłokiem i zawsze zjada wszystko, co ma na talerzu, wszystko, mówię wam!</p>
<p>A potem przyjechał tata i zawiózł nas do Arkadii, to takie duże centrum handlowe w Warszawie. I poszliśmy do Zary, bo tam są najfajniejsze sukienki dla dziewczyn. No i tam naprawdę było fajnie. Kuba się co prawda strasznie nudził i bez przerwy pytał, czy długo jeszcze, ale i tak było fajnie. Przymierzyłam chyba dziesięć sukienek! Były genialne, wszystkie mi się podobały! Ale ciocia powiedziała, że możemy wziąć dwie. No to wzięłyśmy dwie, ale przypomniałam cioci, że na liście oprócz sukienek są jeszcze inne ubrania, szpilki i biżuteria.</p>
<p>– Ale takie małe dziewczynki jak ty nie noszą szpilek – powiedziała ciocia i zaczęła się śmiać.</p>
<p>– Ale ciociu, ja mam już osiem lat! – zaprotestowałam.</p>
<p>– No tak, wiem, ale przecież nie produkują szpilek w twoim rozmiarze!</p>
<p>– Długo jeszcze? – zapytał znowu Kuba.</p>
<p>– To niech mi ciocia kupi większe i ja poczekam! – powiedziałam, ale ciocia nic, tylko się śmiała.</p>
<p>– Mogę ci kupić jakieś fajne lakierki do tych sukienek, ale to nie są szpilki – powiedziała w końcu.</p>
<p>Wtedy postanowiłam, że trudno, odpuszczam te szpilki, niech będą lakierki, dobre i to, ale za to może ciocia kupi mi więcej innych ubrań. I zauważyłam takie piękne letnie spodenki z naszywkami, a obok nich wisiały super bluzki w różnych kolorach, idealne na lato, takie przewiewne i z różnymi napisami, na przykład pamiętam jeden, bo bardzo mi się spodobał: I am the best! I zaczęłyśmy obie z ciocią oglądać te bluzki i wtedy, nagle… zrobiło mi się niedobrze.</p>
<p>Nie zdążyłam nawet pomyśleć, bo po prostu było mi bardzo niedobrze i zaczęłam wymiotować! Strasznie wymiotowałam! Prosto na te bluzki! Ale zamieszanie się zrobiło! Jak już przestałam wymiotować, to zobaczyłam przy sobie ciocię i kilka innych kobiet, chyba z obsługi tego sklepu.</p>
<p>No więc ciocia kupiła jedenaście bluzek, wszystkie, które pobrudziłam przez to wymiotowanie, większość nie w moim rozmiarze, to znaczy cztery były akurat dobre dla mnie, dwie były trochę za duże, ale to przecież nie problem, bo jak urosnę, to będą dobre, a najgorzej było z resztą, bo to były bluzki dla dziewczynek w wieku pięciu-sześciu lat. Ale ciocia powiedziała, że weźmie te małe ze sobą do Wrocławia i da znajomym, którzy mają córkę, na którą te bluzki będą pasować.</p>
<p>Kuba, jak zobaczył, że wymiotuję, to zaczął się śmiać, głupek jeden. Czy ja się śmieję, jak on na przykład puści bąka?! No, czasem się śmieję, ale tak w ogóle, to jak można się śmiać, jak ktoś jest chory i wymiotuje?! A poza tym, to on się chyba cieszył, że wymiotowałam, bo dzięki temu mogliśmy już skończyć zakupy, a on mógł już wreszcie przestać się nudzić. Mama mówi, że wszyscy faceci są tacy jak Kuba, to znaczy nie znoszą zakupów. Nie potrafię tego zrozumieć.</p>
<p>Jak wróciliśmy do domu, to mama trochę się zdenerwowała na mój widok, no i po tym, jak ciocia jej opowiedziała o naszej przygodzie w sklepie. Zmierzyła mi gorączkę i okazało się, że nie mam gorączki, ale że jestem blada i muszę poleżeć i odpocząć. Wtedy się popłakałam, bo przecież po sklepie z ubraniami mieliśmy iść prosto do Smyka po petszopy! A mama powiedziała, że mowy nie ma, że najwyraźniej się zatrułam i nigdzie już dziś nie wychodzę!</p>
<p>Ciocia mnie pocieszała i postanowiła, że pójdzie sama do Smyka i kupi mi petszopy, i że zrobimy sobie takie piżama party, że hej. Potem zasnęłam, a jak się obudziłam, to ciocia wróciła już ze Smyka z petszopami. Okazało się, że poszła tam z Kubą. Bo Kuba niby miał jej doradzić, których petszopów jeszcze nie mam. No i kupili mi centrum ratunkowe oraz świetlicę, w sumie było tam sześć figurek, ale tylko dwóch jeszcze nie miałam – jeżozwierza i dalmatyńczyka, a resztę już miałam. Gdybym poszła z nimi do tego Smyka, to na pewno wybrałabym inne zestawy i figurki, ale nic nie mówiłam, żeby cioci nie robić przykrości, a poza tym pomyślałam, że najwyżej powymieniam się z koleżankami, bo na przykład Jin-sil i Marysia też zbierają petszopy. A najbardziej zadowolony był Kuba, bo wrócił ze Smyka z bardzo fajnym zestawem lego city – prom kosmiczny. No, widziałam, że był zachwycony. I od razu zamknął się w pokoju i zaczął składać ten swój prom.</p>
<p>Pobawiłam się trochę z ciocią tymi nowymi petszopami, potem znowu zasnęłam, a wieczorem przyszły moje dwie najlepsze koleżanki – Marysia i Jin-sil, bo wcześniej zostały zaproszone na piżama party i miały u nas nocować. Niestety, nic już dalej nie pamiętam. To znaczy pamiętam tylko, że mama postawiła na stole tort ze świeczkami, że wszyscy mi zaśpiewali sto lat. Nie wiem, czy tort był dobry, bo i tak nie mogłam go zjeść, bo przecież się źle czułam przez tę okropną pizzę! No więc zaśpiewali mi sto lat, a potem już nie wiem, co się działo, bo obudziłam się następnego dnia. Mama mi wszystko opowiedziała.</p>
<p>A było tak: po torcie Marysia i Jin-sil wróciły do swoich domów, bo ja spałam i nie było mowy o żadnej piżama party, prosiły, żeby mnie bardzo pozdrowić, rano ciocia Magda wyjechała z powrotem do Wrocławia, a Kuba leżał w łóżku i był chory, bo chyba zjadł za dużo mojego urodzinowego tortu. Wtedy pomyślałam, że oliwa zawsze sprawiedliwa. Tak się śmiał, jak wymiotowałam w tym sklepie! Ciekawe, jak by się czuł, gdybym ja się śmiała, że się zatruł tortem. Ale się z niego nie śmiałam. Pomyślałam tylko, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">DŁUGI WEEKEND</span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Bardzo lubię jeździć z rodzicami samochodem na ferie albo na wakacje, albo w ogóle gdzieś daleko. Jest wtedy tak fajnie, bo wszyscy jesteśmy razem, możemy pobyć ze sobą przez dobrych kilka godzin. I nigdy nie jest nudno. Opiszę wam, tak dla przykładu, naszą niedawną wyprawę do rodziny we Wrocławiu, na długi weekend. Ta rodzina, ze strony mamy – czyli wujek, ciocia i ich córka – ma duży dom i czasem tam jeździmy na kilka dni. No więc zaczęło się od tego, że tata postanowił założyć bagażnik na dach, żeby zmieściły się wszystkie bagaże. I wcześnie rano, czyli około dziesiątej (zdaniem mamy o dwie godziny za późno) tata zszedł na parking pod naszym blokiem, żeby zamocować ten bagażnik. Wrócił po godzinie, umorusany i bardzo zły, i oświadczył, że on ma dość tych bagażników, bo nigdy nie wiadomo, jak je przymocować i tak dalej. Mama też już była trochę zła, bo czekaliśmy długo na tatę, gotowi, spakowani, i nie wiadomo było, co robić, bo tata uprzedził, że dopóki nie wróci, to mamy siedzieć i czekać. No, ale nieważne – zeszliśmy, zapakowaliśmy bagaże na dach. Było przy tym trochę nerwów, bo mama przygotowała tyle tych toreb i walizek, że tata nie mógł domknąć i zamknąć bagażnika na dachu. Jedna walizka, ogromna, trafiła do bagażnika z tyłu, a przy tym też było zabawnie, bo tata ledwo tę walizkę tam zmieścił i gderał, że po co w ogóle produkuje się takie walizki, skoro one nie mieszczą się w zwykłych bagażnikach zwykłych samochodów zwykłych ludzi takich jak my?! I jeszcze dodał, że po co mama bierze tyle rzeczy w tylu torbach i walizach na zaledwie kilka dni?! Mama się wtedy zdenerwowała i posprzeczali się trochę, a mnie i Meli (moja siostra, gdyby ktoś z was nie wiedział; bardzo fajna, ale czasem mnie potwornie wkurza), też się dostało, bo jak rodzice się sprzeczali, to my zaczęliśmy się kłócić o to, kto pierwszy będzie oglądał DVD, i wtedy tata kazał nam natychmiast się uspokoić, bo nigdzie nie pojedziemy, ponieważ on ma już tego wszystkiego dosyć. Ja się uspokoiłem od razu, ale Mela, oczywiście, zaczęła chichotać i to była przesada. Na szczęście, rodzice nie zwrócili uwagi na jej chichoty, bo jeszcze kończyli kłótnię o bagaże. W końcu wszystko było gotowe i już około dwunastej wyruszyliśmy. Co prawda, mieliśmy wyjechać rano, tak ustalali rodzice dzień wcześniej, ale uważam, że dwunasta po południu to jeszcze wcale nie jest tak źle. Mniej więcej przy pierwszym skrzyżowaniu ze światłami Mela poprosiła o kanapkę. Jakby nie mogła poczekać, przynajmniej aż wyjedziemy z miasta. Nie, ona musi natychmiast! Ja przy okazji też poprosiłem o kanapkę, bo jak Mela ma dostać, to dlaczego ja niby miałbym być gorszy – bez przesady! Mama nie mogła jednak dać nam kanapek, bo okazało się, że tata wsadził torbę z wałówką do bagażnika na dachu. Mama, na szczęście, nie skomentowała tej wtopy, i słusznie – i tak widać było, że tata jest wściekły. Zatrzymał się na przystanku autobusowym, wrzucił światła awaryjne, wysiadł i zaczął dobierać się do bagażnika. Po kilku minutach usłyszeliśmy trąbienie tuż za naszym samochodem – okazało się, że trąbił autobus, który pewnie chciał zatrzymać się na przystanku. I to jak trąbił! – na maksa, bez przerwy. Usłyszeliśmy tylko, jak tata krzyczy:</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Chwileczkę, chyba widzi pan, że nie mogę odjechać?!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Po tych słowach ponownie rozległo się trąbienie, ale jeszcze głośniej niż przedtem, bo autobus podjechał maksymalnie blisko. Na szczęście, tata uporał się wreszcie z bagażnikiem, z którego, na szczęście, zdołał wyciagnąć torbę, i na szczęście była to właściwa torba, ta z wałówką. I na szczęście odjechaliśmy z przystanku, bo nie dało się już wytrzymać tego trąbienia. Mama wręczyła Meli kanapkę, mnie też, i nagle zrobiło się naprawdę miło i przyjemnie. Jechaliśmy ulicami Warszawy, mijaliśmy centrum, podziwialiśmy wysokie biurowce, Mela i ja jedliśmy pyszne kanapki, mama powiedziała do taty, żeby już się tak nie denerwował, żeby się uspokoił, wyluzował, bo przecież musi nas bezpiecznie dowieźć na miejsce. I jeszcze mama zażartowała: powiedziała do nas, żebyśmy byli grzeczni, bo nie wie, czy wiemy, ale kierowcy nie wolno denerwować.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Będziecie grzeczni?! – zawołała mama.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Taaak! – odpowiedzieliśmy chórem.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Nawet tata się uśmiechnął. Kończyliśmy jeść kanapki i mama powiedziała, że teraz ja mam pograć na psp, a Mela obejrzy film na DVD. Próbowałem protestować – bo uważam, że to niesprawiedliwe, że Mela zawsze pierwsza robi najfajniejsze rzeczy, i powiedziałem, no dobrze – krzyknąłem, że dlaczego ona pierwsza?! Wtedy Mela zaczęła wrzeszczeć, że ona nie ma psp, a ja mam i mogę sobie coś robić, kiedy ona ogląda DVD, a ona co miałaby robić, kiedy ja oglądam?!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ja odpowiedziałem, no dobrze – odkrzyknąłem – że nic mnie to nie obchodzi, jestem starszy i dlatego mam psp! Wtedy mama krzyknęła, że mamy natychmiast się uspokoić i będzie tak, jak ona, czyli mama, mówi: Mela będzie oglądać DVD, a ja będę grał na psp.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Trudno, dałem za wygraną. Sięgnąłem do swojego plecaka i… stwierdziłem, że, niestety, psp w nim nie ma. Przypomniałem sobie, że leżało na moim biurku. Miałem je zabrać, ale przez to czekanie na tatę – po prostu zapomniałem. Nie moja wina, zdarza się. Powiedziałem rodzicom, że nie wziąłem psp i nie wiem, co teraz.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Przez chwilę w samochodzie panowała cisza, a potem mama powiedziała, że to jest po prostu skandal – że całą noc ładowałem baterię do psp, że tata kupił mi specjalnie na tę podróż nową grę (to prawda, kupił, fifę 2011), że już nie mogłem się doczekać, żeby pograć (to prawda, nie mogłem), a teraz okazuje się, że nie wziąłem tego piekielnego psp z domu! Nic nie powiedziałem, zachciało mi się płakać. Mela zaczęła mnie pocieszać, mówiła coś w rodzaju: „Nie martw się, Kuba, to psp jest strasznie głupie”, a tata nagle zawrócił i… pojechaliśmy do domu, po psp.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Mniej więcej pół godziny później byliśmy znów na trasie wylotowej do Wrocławia, tyle że ja już miałem psp i sobie grałem. Tata jeszcze nic nie mówił (zawsze potrzebuje sporo czasu, żeby ochłonąć, jak go coś zdenerwuje), ale kiedy wyjechaliśmy z Warszawy, zjechał na stację benzynową i próbował uruchomić takie przenośne urządzenie do oglądania filmów na DVD, żeby Mela mogła obejrzeć film („Piękną i Bestię”, nie wiem, jak ona może to w kółko oglądać). Tata kupił ten sprzęt specjalnie na tę podróż. Ale sprzęt nie chciał działać.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Przez kilkanaście minut tata strasznie kombinował i nic z tego nie wychodziło. Baterie na pewno były naładowane, płyta odpowiednio włożona, przyciski działały, ale ekran był wciąż czarny. Tata się denerwował, że nowy sprzęt i od razu problemy, że co to jest, co za szmelc teraz produkują?!. Wtedy mama powiedziała, że może jej się uda. Tata wręczył jej to przenośne DVD, z tekstem „akurat”, i pojechaliśmy dalej. Po chwili mama powiedziała, że z tyłu, na obudowie, jest przecież nalepka z napisem „By uruchomić to urządzenie po raz pierwszy, odklej tę nalepkę”. Więc mama odkleiła nalepkę i rzeczywiście – okazało się, że wszystko działa i jest OK.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Mama przez dłuższą chwilę śmiała się, że tata jest genialny, a tata też się śmiał, ale moim zdaniem jakoś tak trochę sztucznie. No, tak czy inaczej, jechaliśmy sobie, Mela zaczęła oglądać „Piękną i Bestię”, ja grałem na psp, mama słuchała muzyki na iPodzie, a tata prowadził i nic nie mówił przez następne pięćdziesiąt kilometrów. Tylko co pewien czas gwałtownie hamował, wtedy wszyscy nagle lecieliśmy do przodu, ale byliśmy oczywiście w pasach, więc nikomu nic się nie stało. Tata hamował, bo były fotoradary, jasna sprawa, doskonale to rozumiem, też bym tak robił na jego miejscu – po co płacić mandaty i zbierać punkty? Ale mamie się to nie podobało i za którymś razem po takim hamowaniu, kiedy akurat piła kawę i ta kawa wylała jej się na spodnie, powiedziała, żeby tata nie hamował bez przerwy tak ostro. Była zła i trudno się dziwić, bo nikt nie lubi oblewać się kawą, co nie.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Wtedy tata wygłosił wykład na temat hamowania, fotoradarów, polskich dróg, dziur w nawierzchni, kolein od tirów, złośliwej policji i tak dalej. I podsumował to tak, że ktoś musi stosować się do przepisów drogowych i musi hamować, niezależnie od tego, czy ktoś akurat pije kawę czy nie. Bo bezpieczeństwo jest najważniejsze. Mama odpaliła na to, że oczywiście, skoro musi hamować, niech hamuje, ale bez takiego szarpania, i w ogóle można przecież jechać płynnie.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ta dyskusja rodziców trwała jeszcze chwilę, potem tata znów nic nie mówił, ale jechał wolniej niż wcześniej. Po jakimś czasie mama zapytała, dlaczego tak wolno jedzie, a tata odpowiedział – spokojnie, choć przecież mógłby się zdenerwować i wcale bym się mu nie dziwił – że jest kierowcą, odpowiada za nasze bezpieczeństwo i będzie jechał tak, jak uważa za stosowne. Mamę trochę zatkało i słuchała dalej muzyki na iPodzie.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">W pewnym momencie tata poprosił, żebym przyciszył psp, a Mela (która wciąż oglądała „Piękną i Bestię”), żeby założyła słuchawki, bo jest straszny hałas od tych wszystkich urządzeń, a on chciałby posłuchać radia, w końcu jemu, jako kierowcy, też się coś od życia należy. Mela powiedziała, że nie wie, gdzie są słuchawki, bo skąd ma wiedzieć. Wtedy ja ściszyłem psp, zastopowałem grę i zacząłem szukać słuchawek w futerale od tego sprzętu DVD, ale nigdzie ich nie było, więc powiedziałem tacie, że słuchawek nie ma i trudno. Wtedy tata zwrócił się do mamy, żeby pożyczyła dziecku (czyli Meli) słuchawki, bo on chce posłuchać radia. Mama nie zareagowała (może nie słyszała, bo zawsze ma na full muzykę w iPodzie), tylko patrzyła przed siebie i słuchała muzyki. Wtedy tata włączył radio, w dodatku bardzo głośno. Mela zaczęła krzyczeć, żeby ściszył, bo ona nie słyszy, co mówią w filmie, a mama zdjęła swoje słuchawki i zaczęła krzyczeć, żeby tata ściszył, bo jej zakłóca słuchanie muzyki. A ja też się zdenerwowałem, bo nagle zrobił się straszny hałas, więc zacząłem krzyczeć, żeby przestali krzyczeć.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">I tak przez chwilę wszyscy oprócz taty krzyczeliśmy, a tata nic nie powiedział, tylko wyłączył radio. No i jechaliśmy dalej, w milczeniu. Po kolejnych pięćdziesięciu kilometrach Mela skończyła oglądać film i powiedziała, że ona teraz chce posłuchać „Legend polskich” na audiobuku, a ja mogę sobie pooglądać swój film. Mama się zgodziła i włączyła Meli „Legendy”. Tata coś zamruczał pod nosem, ale nie usłyszałem dobrze co, a mama dała mi słuchawki, żebym mógł pooglądać film, i żebym nie zagłuszał filmem „Legend”. Założyłem sluchawki, włączyłem film („Magiczne drzewo”), ale po kilkunastu sekundach sprzęt się wyłączył. Okazało się, że wyczerpały się baterie!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Wtedy zaczęło się szukanie ładowarki do DVD, takiej, którą można podłączyć do prądu w samochodzie. Na szczęście ładowarka się znalazła i podałem ją mamie – żeby włożyła końcówkę do ładowania. Ale okazało się, że końcówka nie pasuje do zapalniczki, i że w naszym samochodzie nie ma odpowiedniego wejścia do takiej ładowarki. W związku z tym zacząłem domagać się, żebyśmy się zatrzymali i podładowali ten sprzęt DVD na jakiejś stacji albo w restauracji. Mama powiedziała, że dobrze, bo i tak najwyższa pora, żeby się zatrzymać i zjeść obiad. Tata się na szczęście zgodził i zjechał na parking przed jakąś karczmą.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Było w niej nawet dość przyjemnie – pusto, miła kelnerka, dobry barszczyk (uwielbiam barszczyki) i pierogi z mięsem (uwielbiam pierogi), czysta toaleta. Co prawda mama zrobiła tacie wykład na temat zdrowego odżywiania się i tata w końcu odłożył sztućce i przerwał – w połowie mniej więcej – jedzenie golonki z pieczywem, i widziałem, że był zły, ale na szczęście po raz kolejny opanował nerwy. Potem wsiedliśmy znowu do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę. A kiedy ruszyliśmy, mama powiedziała, że jeszcze jest daleko do Wrocławia, więc Mela może dalej słuchać „Legend”, a ja mogę wreszcie obejrzeć sobie mój film. Wtedy uprzytomniliśmy sobie, że zapomnieliśmy naładować w karczmie ładowarkę do DVD. No to był szczyt wszystkiego! Zacząłem domagać się, żebyśmy się zatrzymali gdzieś i żebym mógł sobie naładować ładowarkę, ale tata powiedział, że mowy nie ma, że skoro nie dbam o swoje sprawy, to teraz mogę słuchać „Legend” razem z Melą albo pograć na psp, albo popatrzyć przez okno i popodziwiać widoki.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Nie będę ukrywał – wpadłem w histerię, zdarza mi się to czasem – wtedy buczę, lecą mi łzy i jestem obrażony na cały świat. A kiedy wpadłem w histerię, to Mela zaczęła wrzeszczeć, że ona słucha „Legend” i żebym natychmiast przestał, bo ona nic nie słyszy. Ja na to, że mam gdzieś jej legendy i że ona obejrzała sobie film, a ja nie mogę, więc niech nie będzie taka mądra! Do tego włączyła się mama. No i zaczęła się awantura, ale nie trwała długo, bo tata nagle powiedział „cholera” i gwałtownie zaczął hamować. Okazało się, że zatrzymała nas policja drogowa. No więc tata musiał wysiąść z samochodu i wsiąść do radiowozu. Siedział tam dość długo, wreszcie wrócił i pojechaliśmy dalej. Ale zanim ruszyliśmy, mama zapytała:</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">No i jak?</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Tata powiedział tylko:</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Czterysta złotych, sześć punktów – i dodał jeszcze: – cholera, zawsze stoją tak, że ich nie widać.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">A potem, przez mniej więcej sto kilometrów, nie mówił nic. My też. Oboje z Melą trochę się zdrzemnęliśmy, a jak się obudziliśmy, mama dała nam po herbatniku. Było już blisko Wrocławia, ale tata zjechał na stację, bo zapaliła mu się lampka rezerwy paliwa. Tata tankował, a my byliśmy w świetnych humorach, bo było fajnie – podróż była super, jak zwykle, a może nawet bardziej niż zwykle. Uwielbiam to nasze podróżowanie samochodem. I trochę mi było smutno, że już jesteśmy blisko celu i podróż się skończy. A skończyła się nietypowo.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Kiedy wyruszyliśmy ze stacji, dosłownie po kilkuset metrach samochód nagle szarpnął kilka razy, pyrknął, zarzęził i tata stanął na poboczu. To teraz już w skrócie wam opowiem. Okazało się, że tata na stacji wlał do baku przez pomyłkę benzynę zamiast olej napędowy. Z przejęciem tłumaczył, że nigdy mu się coś takiego nie zdarzyło. No, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda?</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Staliśmy na tym poboczu chyba godzinę. W końcu przyjechał wujek i zabrał nas, to znaczy mamę, Melę i mnie, no i część bagaży. A tata został i czekał na lawetę. Biedny tata. Dotarł do domu, to znaczy do domu wujka i cioci późnym wieczorem. Powiedział, że samochód został w warsztacie i że musi go odebrać w poniedziałek, a może dopiero we wtorek, bo przecież jest długi weekend i nikt nie pracuje. I że prawdopodobnie będą musieli wymienić silnik.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">To oznaczało, że długi weekend przedłuża nam się o jeden dzień, a może nawet o dwa! I że do szkoły pójdziemy dopiero we wtorek, a może nawet w środę! Byliśmy zachwyceni. Mamie zresztą też się to podobało. W ogóle wszyscy byli w świetnych nastrojach. No, może oprócz taty. Przez cały długi weekend siedział głównie przed telewizorem, oglądał jakieś głupie filmy akcji i prawie w ogóle się nie odzywał. Czasami go zupełnie nie rozumiem.</span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">WYMARZONY DZIEŃ</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Pewnego dnia przyjechała do nas ciocia Magda, moja mama chrzestna, z Wrocławia, takiego miasta w Polsce. Przyjechała specjalnie z okazji moich urodzin, które mam w kwietniu. Dla mnie urodziny są bardzo ważne. Myślę o nich już wiele miesięcy wcześniej.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Wieczorami zawsze pytam tatę, ile jeszcze dni zostało, i tata musi mi powiedzieć, ile jest dni do dnia urodzin i ile do przyjęcia urodzinowego, bo na ogół nie dzieje się to jednocześnie. I tata liczy i mi mówi. Przy okazji czasem kłócimy się, ile skończę lat. Trudno to obliczyć, bo jeśli mają być, na przykład, moje ósme urodziny, to tata twierdzi, że skończę osiem lat, a ja uważam, to znaczy uważałam, że skończę siedem i dopiero zacznę osiem. A tata na to, że – no właśnie – nie będę już miała siedmiu tylko osiem, pełne osiem. Do końca tego nie kapuję, ale nieważne.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ważne, że tym razem prosiłam tatę, żeby liczył też, ile dni zostało do przyjazdu cioci, czyli mojej mamy chrzestnej. Czekałam na jej przyjazd, bo obiecała, że jak przyjedzie, to jeden dzień poświęcimy na same przyjemności dla mnie, z okazji moich urodzin. Że po prostu zrobi wszystko, co będę chciała, oczywiście w granicach rozsądku, jak zaznaczyła mama.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Byłam już od dawna dobrze przygotowana na przyjazd cioci, a dobrze przygotowana to znaczy, że ułożyłam plan dnia, czyli po kolei co chcę, żebyśmy robiły. No, ale właśnie okazało się, że nie „robiły”, tylko „robili”, bo mój brat Kuba, który chodzi do czwartej klasy, oczywiście też zapragnął wziąć udział w tym dniu spełniania marzeń.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Tłumaczyłam mu, że to ma być MÓJ dzień, więc będzie się nudził i niech lepiej załatwi ze swoją mamą chrzestną taki sam dzień dla niego, z okazji jego urodzin. Ale – nie! Uparł się, a rodzice powiedzieli, że może wziąć udział w tym dniu, ale pod warunkiem, że nie będzie zabierał głosu, tylko grzecznie chodził tam, gdzie JA chcę.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Kuba się zgodził na te warunki, więc trudno, nie było wyjścia – powiedziałam, że OK, niech już z nami idzie. Ale wracam do tego mojego planu, bo pewnie jesteście ciekawi, co wymyśliłam. Tylko jeszcze opowiem, jak tata mnie przestraszył. Powiedział mi, że ciocia zaproponowała mi taki plan dnia: rano – wspólne odrabianie lekcji, w południe – ciocia czyta mi na głos lekturę szkolną, o 14 – spacer dookoła bloku, 15 – uroczysty obiad – szpinak, marchewka, brukselka i kości pieczonego kurczaka, o 16 – wspólne zmywanie naczyń, o 17 – oglądanie w telewizji filmu na temat historii Polski, 18 – gram dla cioci na flecie, 19 – wieczorynka, 20 – mycie głowy i do łóżka. Już się chciałam popłakać, ale w ostatniej chwili zorientowałam się, że tata żartuje, bo tak się podejrzanie uśmiechał. Ale na chwilę się obraziłam, bo co to za głupie żarty. A mój plan był taki:</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">wstajemy i gram z ciocią w simsy</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">po dwóch godzinach idziemy na basen potem do sklepu zoologicznego obejrzeć zwierzątka i kupić chomika</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">następnie idziemy na pizzę</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">pluskamy się w fontannach</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">kupujemy mnóstwo ślicznych sukienek, innych ubrań, biżuterię i szpilki</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">kupujemy dużo zabawek typu petszopy</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">robimy piżama party dla moich koleżanek z okazji moich urodzin – oczywiście z ciocią.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Spisałam ten plan na kartce, mama mi pomagała, bo ja już piszę, ale czasem mi literki wychodzą trochę krzywo, a chciałam, żeby to ładnie wyglądało i żeby ciocia mogła wszystko dokładnie odczytać. No i oczywiście, mama powiedziała, że nie zgadza się na chomika. Mogłam się tego spodziewać! Ciągle to samo – jak tylko coś mówię o chomiku, to rodzice od razu protestują, że nie chcą mieć żadnego chomika ani świnki morskiej,</span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">że ewentualnie mogą się zgodzić na rybki. Ale ja nie chcę rybek! Chcę chomika, i to od dawna, a oni ciągle to samo. Więc była awantura, popłakałam się, powiedziałam, że to oszustwo, bo ciocia Magda powiedziała, że zrobi dokładnie, DOKŁADNIE to, na co mam ochotę, a tu znowu słyszę, że jeśli chodzi o chomika, to mowy nie ma. Bo ciocia sobie pojedzie, a to my (czyli rodzice) zostaniemy z tym chomikiem i co wtedy?!. Takie gadanie, w kółko to samo. W końcu postanowiłam, że trudno, odpuszczę tego chomika, bo jak nie, to nie. Gdybym miała innych rodziców, to może by mi pozwolili, ale mam tych rodziców i nic na to nie poradzę. Więc nie wpisaliśmy chomika na listę.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">A potem tata, jak zobaczył tę kartkę z listą dla cioci, to się przyczepił do fontanny. Powiedział, że w kwietniu to chyba za zimno, żeby się pluskać w fontannie, a mama, oczywiście, przyznała mu rację. Więc trochę się poawanturowałam, ale w końcu też odpuściłam, bo co tam, w fontannie będzie można się popluskać w dniu dziecka, na przykład. Tata zaproponował, żeby zamiast fontanny wpisać wizytę w teatrze, ale stanowczo zaprotestowałam, bo niedawno byliśmy w teatrze z klasą, na „Ani z Zielonego Wzgórza” i uważam, że nie muszę tak często chodzić do teatru. Tak w ogóle lubię teatr i przedstawienie o Ani było fajne, naprawdę. Ale w dniu urodzin wolę porobić z ciocią coś innego. Poza tym Kuba, jak usłyszał o teatrze, to bardzo zaprotestował – że on nie będzie chodził na sztuki dla małych dzieci!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Jak ciocia Magda przyjechała, to od razu wręczyłam jej kartkę z listą rzeczy do zrobienia następnego dnia, w dniu moich urodzin, ciocia się uśmiechnęła i powiedziała, że bardzo jej się podoba. Ciocia to jest fajna, nie to co rodzice!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">No i następnego dnia rano, to była sobota, jak tylko wstałam, po śniadaniu, powiedziałam cioci, że pora na pierwszy punkt programu, czyli grę w simsy. Tata poprosił jednak, żebym cioci nie popędzała, bo jeszcze pije kawę, i że nie ma co się spieszyć, i zdążymy wszystko zrobić.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Wcale nie – zaprotestowałam – nie ma dużo czasu, bo lista jest długa i to są moje urodziny!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ja gram pierwszy w simsy – powiedział na to Kuba, on zawsze jest taki.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Kubusiu – powiedziała na szczęście mama – to są Meli urodziny, więc niech ona gra pierwsza.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">A dlaczego on niby ma w ogóle grać?! – zapytałam i byłam już zdenerwowana, bo bez przesady, to ja miałam grać z ciocią, a nie Kuba.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Dobrze, ty grasz pierwsza, a potem Kuba też chwilę pogra, bo umówiliśmy się, że on też będzie uczestniczył w twoim dniu.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Zgodziłam się, nie było wyjścia, i grałam z ciocią w simsy. Ciocia nie miała pojęcia o simsach, więc jej wszystko pokazałam, to znaczy, jaką mam rodzinę, w jakim domu mieszka – i ciocia nawet się wciągnęła. I kupiłyśmy razem chomika w sklepie zoologicznym dla mojej rodziny! Nie mogę mieć prawdziwego chomika, to niech przynajmniej oni mają, dobre i to! Po jakimś czasie pojawił się Kuba i powiedział, że teraz on, więc trudno, ustąpiłam mu miejsca przy naszym komputerze i patrzyłam na jego rodzinę. Nawet było ciekawie i miło.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Potem ciocia spojrzała na zegarek i powiedziała, że trzeba iść na basen, więc pojechaliśmy na basen, ten, na którym uczyłam się pływać, na Żoliborzu, bardzo fajny. Taki nowoczesny, ze zjeżdżalnią i jacuzzi, i w dodatku jest tam taka restauracja, gdzie można zjeść pizzę, a pizza to następny punkt programu (skoro wykreśliliśmy kupowanie chomika), więc prosto z basenu można pójść na pizzę! Dobrze to wymyśliłam, prawda? Tata nas zawiózł na ten basen i umówiliśmy się, że wróci za dwie godziny i zawiezie</span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">do sklepu z sukienkami. No, ale jak tylko weszliśmy do budynku z basenem, to się okazało, że są jakieś zawody i w ogóle basen jest zamknięty tego dnia. To nie było miłe, naprawdę, co za pech.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Trudno, Melciu, nie martw się, zamiast basenu będziemy dłużej w sklepie z sukienkami, a teraz chodźmy na pizzę – powiedziała ciocia Magda i uśmiechała się do mnie tak miło, że nawet nie zdążyłam się popłakać.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">No więc poszliśmy na górę do tej małej restauracji i zamówiliśmy pizzę. Kuba – pepperoni, ciocia – hawajską, a ja – margaritę, bo najbardziej lubię margaritę.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">A czego się państwo napiją? – zapytał pan kelner.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Poprosimy wodę – powiedziała ciocia – bez gazu.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">O, nie, ja nie chcę wody, ciągle piję wodę i chyba raz mogę napić się coli – zaprotestował Kuba, jak to on.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Rodzice prosili, żeby wam nie kupować żadnych napojów gazowanych – powiedziała ciocia.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Oj, ciociu, z okazji urodzin Meli to chyba możemy, najwyżej nic nie powiemy rodzicom. – Kuba nie odpuszczał.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ale ja wolę wodę! – powiedziałam, bo naprawdę wolę wodę.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">To sobie pij tę swoją wodę, a ja wolę colę!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">No dobrze, Kuba, zamówię ci colę, ale niech to pozostanie naszą tajemnicą, OK? – ciocia ustąpiła.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Tylko niech ona nie wypapla, bo ona to jest takim kapusiem, ciociu, mówię ci, wszystko wygaduje rodzicom! – powiedział Kuba i to nie było przyjemne.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Wcale że nie! – krzyknęłam, bo mnie naprawdę wnerwił, bo wcale nie jestem żadnym kapusiem!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">No dobrze, dobrze, dzieci, tylko spokojnie, nie kłóćcie się, niech będzie miło – powiedziała ciocia.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">To co w końcu państwo zamawiają? – zapytał kelner.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ciocia zamówiła wodę bez gazu dla mnie, colę bez lodu dla Kuby, a dla siebie kawę bez mleczka. I wyobraźcie sobie, że jak kelner tylko przyniósł te napoje, to Kuba od razu, OD RAZU wylał połowę coli na swoje spodnie i koszulę! Ale z niego niezdara! Bo po prostu zahaczył rękawem o słomkę. Ciocia natychmiast zaczęła go wycierać serwetkami, ale niestety – plamy po coli nie znikają, więc ciocia była zdenerwowana, bo pewnie od razu pomyślała, co powie tata, jak zobaczy Kubę w mokrych spodniach. No więc poszli razem do łazienki i tam ciocia najpierw wycierała spodnie i koszulę Kuby wodą, a potem suszyła suszarką. Dobrze, że była suszarka, mieli szczęście. To dlatego, że na basenach jest mnóstwo suszarek, żeby ludzie mogli się suszyć po kąpieli.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">No a potem strasznie długo czekaliśmy na pizzę. Straaasznie długo. I jak w końcu ten kelner przyniósł te nasze pizze, to okazało się, że przyniósł trzy pepperoni. A tylko Kuba zamawiał pepperoni, więc nie było wesoło. Ciocia powiedziała kelnerowi, że miała być jedna pepperoni, jedna hawajska i jedna margarita, ale on się upierał, że zamówiliśmy trzy pepperoni i powiedział, że może oczywiście wymienić, ale to potrwa, bo jest dużo zamówień.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ciocia znowu się trochę zdenerwowała, tym razem na tego kelnera, ale wszyscy zjedliśmy te pepperoni, bo wcale nie chciało nam się znowu czekać! I wiecie co, okazało się, że to były najgorsze pizze, jakie jedliśmy w życiu! Spalone, z małą ilością sera i w ogóle bez smaku. No, po prostu totalna porażka! I nawet Kuba nie zjadł całej pizzy, mimo że on jest strasznym żarłokiem i zawsze zjada wszystko, co ma na talerzu, wszystko, mówię wam!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">A potem przyjechał tata i zawiózł nas do Arkadii, to takie duże centrum handlowe w Warszawie. I poszliśmy do Zary, bo tam są najfajniejsze sukienki dla dziewczyn. No i tam naprawdę było fajnie. Kuba się co prawda strasznie nudził i bez przerwy pytał, czy długo jeszcze, ale i tak było fajnie. Przymierzyłam chyba dziesięć sukienek! Były genialne, wszystkie mi się podobały! Ale ciocia powiedziała, że możemy wziąć dwie. No to wzięłyśmy dwie, ale przypomniałam cioci, że na liście oprócz sukienek są jeszcze inne ubrania, szpilki i biżuteria.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ale takie małe dziewczynki jak ty nie noszą szpilek – powiedziała ciocia i zaczęła się śmiać.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ale ciociu, ja mam już osiem lat! – zaprotestowałam.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">No tak, wiem, ale przecież nie produkują szpilek w twoim rozmiarze!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Długo jeszcze? – zapytał znowu Kuba.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">To niech mi ciocia kupi większe i ja poczekam! – powiedziałam, ale ciocia nic, tylko się śmiała.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;">– <span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Mogę ci kupić jakieś fajne lakierki do tych sukienek, ale to nie są szpilki – powiedziała w końcu.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Wtedy postanowiłam, że trudno, odpuszczam te szpilki, niech będą lakierki, dobre i to, ale za to może ciocia kupi mi więcej innych ubrań. I zauważyłam takie piękne letnie spodenki z naszywkami, a obok nich wisiały super bluzki w różnych kolorach, idealne na lato, takie przewiewne i z różnymi napisami, na przykład pamiętam jeden, bo bardzo mi się spodobał: I am the best! I zaczęłyśmy obie z ciocią oglądać te bluzki i wtedy, nagle… zrobiło mi się niedobrze.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Nie zdążyłam nawet pomyśleć, bo po prostu było mi bardzo niedobrze i zaczęłam wymiotować! Strasznie wymiotowałam! Prosto na te bluzki! Ale zamieszanie się zrobiło! Jak już przestałam wymiotować, to zobaczyłam przy sobie ciocię i kilka innych kobiet, chyba z obsługi tego sklepu.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">No więc ciocia kupiła jedenaście bluzek, wszystkie, które pobrudziłam przez to wymiotowanie, większość nie w moim rozmiarze, to znaczy cztery były akurat dobre dla mnie, dwie były trochę za duże, ale to przecież nie problem, bo jak urosnę, to będą dobre, a najgorzej było z resztą, bo to były bluzki dla dziewczynek w wieku pięciu-sześciu lat. Ale ciocia powiedziała, że weźmie te małe ze sobą do Wrocławia i da znajomym, którzy mają córkę, na którą te bluzki będą pasować.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Kuba, jak zobaczył, że wymiotuję, to zaczął się śmiać, głupek jeden. Czy ja się śmieję, jak on na przykład puści bąka?! No, czasem się śmieję, ale tak w ogóle, to jak można się śmiać, jak ktoś jest chory i wymiotuje?! A poza tym, to on się chyba cieszył, że wymiotowałam, bo dzięki temu mogliśmy już skończyć zakupy, a on mógł już wreszcie przestać się nudzić. Mama mówi, że wszyscy faceci są tacy jak Kuba, to znaczy nie znoszą zakupów. Nie potrafię tego zrozumieć.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Jak wróciliśmy do domu, to mama trochę się zdenerwowała na mój widok, no i po tym, jak ciocia jej opowiedziała o naszej przygodzie w sklepie. Zmierzyła mi gorączkę i okazało się, że nie mam gorączki, ale że jestem blada i muszę poleżeć i odpocząć. Wtedy się popłakałam, bo przecież po sklepie z ubraniami mieliśmy iść prosto do Smyka po petszopy! A mama powiedziała, że mowy nie ma, że najwyraźniej się zatrułam i nigdzie już dziś nie wychodzę!</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Ciocia mnie pocieszała i postanowiła, że pójdzie sama do Smyka i kupi mi petszopy, i że zrobimy sobie takie piżama party, że hej. Potem zasnęłam, a jak się obudziłam, to ciocia wróciła już ze Smyka z petszopami. Okazało się, że poszła tam z Kubą. Bo Kuba niby miał jej doradzić, których petszopów jeszcze nie mam. No i kupili mi centrum ratunkowe oraz świetlicę, w sumie było tam sześć figurek, ale tylko dwóch jeszcze nie miałam – jeżozwierza i dalmatyńczyka, a resztę już miałam. Gdybym poszła z nimi do tego Smyka, to na pewno wybrałabym inne zestawy i figurki, ale nic nie mówiłam, żeby cioci nie robić przykrości, a poza tym pomyślałam, że najwyżej powymieniam się z koleżankami, bo na przykład Jin-sil i Marysia też zbierają petszopy. A najbardziej zadowolony był Kuba, bo wrócił ze Smyka z bardzo fajnym zestawem lego city – prom kosmiczny. No, widziałam, że był zachwycony. I od razu zamknął się w pokoju i zaczął składać ten swój prom.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">Pobawiłam się trochę z ciocią tymi nowymi petszopami, potem znowu zasnęłam, a wieczorem przyszły moje dwie najlepsze koleżanki – Marysia i Jin-sil, bo wcześniej zostały zaproszone na piżama party i miały u nas nocować. Niestety, nic już dalej nie pamiętam. To znaczy pamiętam tylko, że mama postawiła na stole tort ze świeczkami, że wszyscy mi zaśpiewali sto lat. Nie wiem, czy tort był dobry, bo i tak nie mogłam go zjeść, bo przecież się źle czułam przez tę okropną pizzę! No więc zaśpiewali mi sto lat, a potem już nie wiem, co się działo, bo obudziłam się następnego dnia. Mama mi wszystko opowiedziała.</span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; margin-bottom: 0cm; line-height: 100%;"><span style="font-family: Dutch801EU-Normal;"><span style="font-size: small;">A było tak: po torcie Marysia i Jin-sil wróciły do swoich domów, bo ja spałam i nie było mowy o żadnej piżama party, prosiły, żeby mnie bardzo pozdrowić, rano ciocia Magda wyjechała z powrotem do Wrocławia, a Kuba leżał w łóżku i był chory, bo chyba zjadł za dużo mojego urodzinowego tortu. Wtedy pomyślałam, że oliwa zawsze sprawiedliwa. Tak się śmiał, jak wymiotowałam w tym sklepie! Ciekawe, jak by się czuł, gdybym ja się śmiała, że się zatruł tortem. Ale się z niego nie śmiałam. Pomyślałam tylko, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!</span></span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/16/kuba-i-mela-dodaj-do-znajomych-fragment/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Premiera ze Słowacji</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/15/premiera-z-slowacji/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/15/premiera-z-slowacji/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 15 May 2012 06:00:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Premiery]]></category>
		<category><![CDATA[Wieści]]></category>
		<category><![CDATA[Fantasy]]></category>
		<category><![CDATA[Instytut Wydawniczy Erica]]></category>
		<category><![CDATA[Juraj Červenák]]></category>
		<category><![CDATA[premiera]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=5973</guid>
		<description><![CDATA[Dzisiaj ukazuje się w Polsce pierwsza część słynnej serii fantasy rynków czeskiego i słowackiego, Władca Wilków. Jest to pierwszy tom cyklu Czarnoksiężnik. Oto jak reklamuje książkę wydawnictwo: Najsłynniejsza seria fantasy...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_5976" class="wp-caption alignleft" style="width: 214px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/Cervenak-juraj-Wladca-Wilkow.jpg"><img class="size-medium wp-image-5976" title="Juraj Červenák, &quot;Władca Wilków&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/Cervenak-juraj-Wladca-Wilkow-204x300.jpg" alt="Juraj Červenák, &quot;Władca Wilków&quot;" width="204" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Juraj Červenák, &quot;Władca Wilków&quot;</p></div>
<p>Dzisiaj ukazuje się w Polsce pierwsza część słynnej serii fantasy rynków czeskiego i słowackiego, <em>Władca Wilków</em>. Jest to pierwszy tom cyklu <em>Czarnoksiężnik</em>. Oto jak reklamuje książkę wydawnictwo:</p>
<blockquote><p>Najsłynniejsza seria fantasy rynków czeskiego i słowackiego!</p>
<p><em>Władca wilków</em> to pierwszy tom opowieści o zemście potomka bogów, wojownika Rogana, wspieranego przez wilka z zaświatów, Gorywałda.</p>
<p>Prawie dziesięć lat walczył w wojnach, które doprowadziły do rozbicia imperium Awarów, rozciągającego się na równinach pomiędzy Dunajem a Cisą. Należał do drużyn słowiańskich książąt, był najemnikiem, walczącym po stronie Karola Wielkiego, służył w szeregach armii bułgarskiego chana Kruma. Czarny Rogan. Osławiony łucznik, bezlitosny pogromca Awarów. Każdy wódz pragnie mieć go po swojej stronie.</p>
<p>Działa teraz na własną rękę, zapuszcza się w ciemne, zamieszkane przez duchy i demony lasy za Hronem. Tropi ślady Krwawych Psów &#8211; najokrutniejszych awarskich oprawców. Dzięki spotkaniu z wiedźmą Mireną i władcą wilków, Czarnobogiem, szybko się dowie, że jego powołaniem jest nie tylko zemsta za dawno nieżyjących bliskich. Aby sprawdzić, jakie drzemią w nim siły i jakie posłannictwo przypadło mu w spadku po nieznanych dotąd przodkach, będzie musiał udać się do królestwa Moreny, bogini śmierci…</p>
<p>Czarnoksiężnik, to znakomita seria, która błyskawicznie wciąga w świat słowiańskich herosów, książąt oraz magii, kapryśnych bogów i żądnych krwi biesów, a wszystko to na tle prawdziwych wydarzeń historycznych.</p>
<p>W przygotowaniu kolejne tomy przygód Rogana i jego wilczego towarzysza.</p>
<p>Juraj Červenák (ur. 1974 r.) to słowacki pisarz, który mistrzowsko łączy trzymającą w napięciu fantastyczną przygodę z historycznymi detalami. Za serię <em>Czarnoksiężnik</em> otrzymał Nagrodę Akademii Science Fiction, Fantasy i Horroru w kategorii „Najlepsza czeska i słowacka książka roku”. Nareszcie ukazuje się w języku polskim, co więcej w nowej, poprawionej przez autora wersji.</p></blockquote>
<p style="text-align: left;" align="center"><em>Władca wilków</em><em> to naprawdę pełnokrwiste, brutalne i mocne fantasy, solidnie umocowane w słowiańszczyźnie, wypełnione po brzegi mięsistą narracją.(…) Czyta się rewelacyjnie!</em></p>
<p style="text-align: right;" align="center">Maciej Sabat, Literadar</p>
<p><strong>Tytuł:</strong> Władca wilków<br />
<strong>Wymiary:</strong> 140 x 205 mm<br />
<strong>Liczba stron:</strong> 376<br />
Okładka: miękka<br />
ISBN: 978-83-62329-40-3<br />
EAN: 9788362329403<br />
Cena detaliczna: 34,90 zł<br />
Wydanie: pierwsze<br />
Data wydania: 15.05. 2012<br />
Wydawca: Wydawnictwo ERICA<br />
Przekład:  Agata Mickiewicz-Janiszewska</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/15/premiera-z-slowacji/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak co poniedziałek :)</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/14/jak-co-poniedzialek/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/14/jak-co-poniedzialek/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 14 May 2012 09:54:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Konkurs Poniedziałek]]></category>
		<category><![CDATA[Konkursy]]></category>
		<category><![CDATA[Konkurs "Poniedziałek"]]></category>
		<category><![CDATA[konkursy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=6036</guid>
		<description><![CDATA[Z czym Wam kojarzą się poniedziałki? Mamy nadzieję, że nie tylko z okropnym początkiem tygodnia, ale także z naszymi konkursami. Miło jest nam, gdy ktoś ucieszy się wygraną w taki...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><p><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2011/09/konkurs_poniedzialek-maly.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-3095" title="Konkurs Poniedziałek" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2011/09/konkurs_poniedzialek-maly.jpg" alt="Konkurs Poniedziałek" width="300" height="300" /></a>Z czym Wam kojarzą się poniedziałki? Mamy nadzieję, że nie tylko z okropnym początkiem tygodnia, ale także z naszymi konkursami. Miło jest nam, gdy ktoś ucieszy się wygraną w taki dzień. Tak więc dzisiaj też mamy miłą wiadomość dla kogoś. Tym kimś jest Bernard Blanc, który otrzymuje od nas książkę Roberta Rankina <em>Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje</em>. Nagrodę wyślemy pocztą.</p>
<p>W tym tygodniu można powalczyć o może już znaną, z publikowanego u nas fragmentu, powieść <em>Inne okręty</em> Romualda Pawlaka. Książkę ufundowało Wydawnictwo ERICA.</p>
<blockquote><p><strong>„A co by było gdyby koń Pizzara się potknął?”</strong></p>
<p>Wojna i honor, miłość i zdrada oraz niesamowite opisy walk to składowe wyjątkowej podróży w głąb alternatywnej historii upadku Imperium Inków! Barwna, pełna przygód i niebezpieczeństw opowieść, w której bohaterowie walczą o wolność i miłość w świecie, gdzie nie wszystko jest tak oczywiste jakby się mogło wydawać…</p>
<div id="attachment_2318" class="wp-caption alignright" style="width: 202px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2011/06/pawlak-romuald-inne-okrety_front-maly.jpg"><img class="size-medium wp-image-2318" title="Romuald Pawlak, &quot;Inne okręty&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2011/06/pawlak-romuald-inne-okrety_front-maly-192x300.jpg" alt="Romuald Pawlak, &quot;Inne okręty&quot;" width="192" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Romuald Pawlak, &quot;Inne okręty&quot;</p></div>
<p>Pierwsza próba podboju państwa Inków kończy się klęską. Francisco Pizarro pada w bitwie pod Saran, a konkwistadorzy zostają krwawo odparci. Nieliczni Europejczycy osiedli na wybrzeżu, ale Inkowie okazali się zdumiewająco odporni na pokusy zachodniej cywilizacji i próby nawracania. Z Hiszpanii wyrusza potężna armada, by zniszczyć wrogów i rozstrzygnąć, kto będzie panował nad tą częścią Nowego Świata. Pedro de Manjarres, kapitan hiszpańskiej karaweli, ma szczególne powody, by się tej wojny obawiać. W jednym z inkaskich miast pozostawił swoją ukochaną, Indiankę Asarpay. Wojna może bezpowrotnie ich rozdzielić. Razem z armadą wyruszają rządni bogactw i przygód polscy szlachcice…</p></blockquote>
<p>Fragment książki znajdziecie tutaj: <span style="text-decoration: underline;"><strong><a href="http://kochamksiazki.pl/2011/07/28/inne-okrety-fragment-ksiazki/" rel="bookmark">„Inne okręty” – fragment książki</a></strong></span>.</p>
<p>A zadanie konkursowe brzmi następująco: <em>Wymień dwie książki Wydawnictwa ERICA recenzowane na naszej stronie.</em> Odpowiedzi przysyłajcie jak zawsze na adres: <strong>konkurs[małpa]kochamksiazki.pl</strong>. Powodzenia!</p>
<p><strong>Regulamin konkursu:</strong></p>
<p>1. Kolejne edycje konkursu ogłaszane są w wybrane przez redakcję „Kocham Książki” poniedziałki.<br />
2. Konkurs polega na rozwiązaniu zadania podanego w odpowiednim poście na stronie kochamksiazki.pl .<br />
3. Termin nadsyłania rozwiązań upływa o północy z piątku na sobotę.<br />
4. W konkursie biorą udział zgłoszenia przesłane drogą mailową na adres <strong>konkurs[małpa]kochamksiazki.pl</strong> z poprawnie rozwiązanymi zadaniami.<br />
5. Spośród poprawnie rozwiązanych zadań zostaje wylosowane jedno i nagrodzone wcześniej ustaloną nagrodą. Nagrody wysyłane są pocztą.<br />
6. Uczestnicy nagrodzeni zostają o tym powiadomieni pocztą elektroniczną. Aby otrzymać nagrodę należy podać adres wysyłki (dane adresowe te po użyciu w celach wysyłki nie są przechowywane ani przetwarzane).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/14/jak-co-poniedzialek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone&#8221; &#8211; fragment</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/14/formula-1-to-ja-bernie-ecclestone-fragment/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/14/formula-1-to-ja-bernie-ecclestone-fragment/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 14 May 2012 06:00:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fragmenty książek]]></category>
		<category><![CDATA[Wieści]]></category>
		<category><![CDATA[historia sportu]]></category>
		<category><![CDATA[Tom Bower]]></category>
		<category><![CDATA[Wydawnictwo Marginesy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=6022</guid>
		<description><![CDATA[Dzisiaj przedstawiamy Wam najnowszą publikację Wydawnictwa Marginesy Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone. Książka ukazała się na rynku wydawniczym 9 maja. Publikujemy fragment książki. „Nie jestem aniołem” – przyznaje bezwzględny...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_6027" class="wp-caption alignleft" style="width: 210px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/bower-tom-Formula-1-to-ja-Bernie-Ecclestone-mala.jpg"><img class="size-medium wp-image-6027" title="Tom Bower, &quot;Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/bower-tom-Formula-1-to-ja-Bernie-Ecclestone-mala-200x300.jpg" alt="Tom Bower, &quot;Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone&quot;" width="200" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Tom Bower, &quot;Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone&quot;</p></div>
<p>Dzisiaj przedstawiamy Wam najnowszą publikację Wydawnictwa Marginesy <em>Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone</em>. Książka ukazała się na rynku wydawniczym 9 maja. Publikujemy fragment książki.</p>
<blockquote><p>„Nie jestem aniołem” – przyznaje bezwzględny zwycięzca, miliarder i władca absolutny Formuły 1</p>
<p>Hobby garstki entuzjastów zamienił w spektakl oglądany na całym świecie. Zanim ktokolwiek spostrzegł, przejął całkowitą kontrolę nad sportem wartym miliardy dolarów. Udało mu się, bo nie trafił na nikogo sprytniejszego, bardziej bezwzględnego i bezczelnego od siebie. Z wyjątkiem chorwackiej hostessy spotkanej na torze w Monzy, młodszej o 28 lat i wyższej o 30 cm. Tylko jej pozwalał dmuchać sobie w kaszę.</p>
<p>Większych emocji w Formule 1 dostarcza to, co dzieje się poza torem. Tom Bower odkrył Ecclestonea jak żaden z jego biznesowych rywali. Afery, podstępy, spiski, drobne matactwa i prawdziwe oszustwa wypełniające kulisy Formuły 1 czyta się jak powieść sensacyjną.</p>
<p>Tom  Bower – dziennikarz śledczy, któremu sławę przyniosły biografie m.in. Roberta Maxwella, Mohameda Al-Fayeda i Gordona Browna. Za Broken Dreams, książkę o korupcji w angielskim futbolu, w 2003 roku otrzymał nagrodę William Hill Sports Book of the Year.</p></blockquote>
<p><a href="http://selkar.pl/aff/kochamksiazki/no_angel_bower_tom_p_217485.html"><strong>Książkę po angielsku można kupić w polecanej przez nas księgarni <img src='http://kochamksiazki.pl/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> </strong></a></p>
<p><strong>Autor:</strong> Tom Bower<br />
<strong>Tytuł:</strong> Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone<br />
<strong>Ilość stron:</strong> 368<br />
<strong>ISBN:</strong> 978 – 83-933758 – 9-9<br />
<strong>Premiera:</strong> 9.05.2012<br />
<strong>Opracowanie graficzne:</strong> Anna Pol<br />
<strong>Redakcja:</strong> Maja Lipowska<br />
<strong>Cena:</strong> 54.90<br />
<strong>Format:</strong> 158 x 240 mm<br />
<strong>Oprawa:</strong> twarda</p>
<p style="text-align: center;"><strong>Fragment</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku Ecclestone uchylił narzucony sobie zakaz angażowania się w wyścigi samochodowe. Odsunąwszy na bok smutek po śmierci Stuarta Lewisa-Evansa, wyruszył w podróż z Royem Salvadorim i Johnem Cooperem, aby obejrzeć Grand Prix Meksyku i zakosztować nocnego życia stolicy. Tuż przed wyścigiem Cooper popadł we frustrację. Jego cooper-climax się psuł i Jochen Rindt, niemiecki kierowca wynajęty do udziału w wyścigu, nie krył złości. Ecclestone zaproponował, że pojeździ po Mexico City i poszuka zapasowej chłodnicy, ale samochód i tak odpadł w połowie wyścigu. Wygrał John Surtees jadący innym cooperem. Przez następny rok Ecclestone jeździł za Rindtem po europejskich torach i podzielał jego bezustanne rozczarowanie. Mimo starań Ecclestone’a i Salvadoriego o poprawę wyników coopera, Rindt ciągle odpadał w wyścigach. „Prowadzisz ostro – lamentował Ecclestone – a cooper tego nie wytrzymuje”. Zjednoczeni pechem, w czasie niekończących się partyjek w bakarata i tryktraka, które rozgrywali o niskie stawki, Ecclestone i Rindt bardzo się zaprzyjaźnili. Pragmatyzm Ecclestone’a działał łagodząco na rozpacz Rindta. Uprawiając hazard w dniach poprzedzających nieudany start Rindta na torze Kyalami w Johannesburgu, uzgodnili, że Ecclestone zostanie doradcą Jochena w interesach. Ecclestone od razu zasugerował, że Rindt powinien przejść do Brabhama, zespołu stworzonego przez dwóch Australijczyków: byłego mistrza kierownicy Jacka Brabhama, i projektanta Rona Tauranaca. Wśród nielicznych osób, które poszły za przykładem Rindta i przeszły z nim z Coopera do Brabhama znalazł się Ron Dennis, młodszy mechanik wyspecjalizowany w smarach.</p>
<p>Ecclestone i Rindt stali się nierozłączni. Małomówny nałogowy palacz często przychodził do domu Ecclestone’a i Tuany, i czekał w kuchni, aż „Bernie” – jak nazywał swojego przyjaciela – wróci, by rozpocząć kolejny maraton bakarata. Ubrany w dzwony kupione przy Carnaby Street, w kwiecistą koszulę i ręcznie robione buty, Rindt posługiwał się rwaną angielszczyzną najeżoną wulgaryzmami. Urodził się w Niemczech w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku, a po śmierci rodziców podczas nalotu aliantów wyjechał do Austrii. Osierocony, traktował Ecclestone’a jak starszego brata, którego lojalność i rady umacniały ich przyjaźń. Rindt nalegał nawet, żeby Ecclestone i Tuana towarzyszyli jemu i jego żonie Ninie podczas miodowego miesiąca w Meksyku w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku. Dwaj mężczyźni grali na plaży w bakarata od południa aż do zmierzchu. Ta więź zjednoczyła ich również na torze wyścigowym przeciwko Jackie’emu Stewartowi. Rindt był daleko w kolejce do tytułu mistrza świata, a Szkot, który w tamtym roku zajął drugie miejsce, zrobił afront Ecclestone’owi. Tuana zauważyła zniewagę. „Bernard nigdy mu tego nie zapomni. Ma pamięć słonia”.</p>
<p><span id="more-6022"></span>Aby pomóc Rindtowi wygrać, Herbie Blash, inżynier zespołu Brabham, uciekał się do „wszystkich możliwych sztuczek”, dostosowując cieżar samochodu i niezauważalnie przesuwając skrzydła dla poprawy aerodynamiki. Potajemne udoskonalenia nie wystarczyły. Szanse na zwycięstwo zostały przekreślone przez awarię silników. Świetność Brabhama przeminęła. Z czwartą lokatą w lidze mistrzów i ambicją wygrania w jednych mistrzostwach świata przed przejściem na emeryturę i przyjęciem roli wspólnika Ecclestone’a w różnych biznesowych przedsięwzięciach, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku Rindt dostał szansę poprowadzenia zwycięskich samochodów Colina Chapmana z zespołu Lotus, u boku ówczesnego mistrza świata Grahama Hilla.</p>
<p>Colin Chapman był wizjonerem. Każdy samochód wyprodukowany na świecie zawdzięczał coś jego innowacjom w zakresie projektu, materiałów i zawieszenia. Ale konstrukcje Chapmana były obarczone ryzykiem. Zmniejszenie ciężaru i zmiana aerodynamiki w celu zwiększenia prędkości narażały Lotusa na poważne niebezpieczeństwo. Strach przed niespodziewanymi zagrożeniami sprawił, że Jackie Stewart odrzucił ofertę Chapmana, który w tamtym roku zaproponował mu więcej pieniędzy za porzucenie samochodów Kena Tyrrella i zajęcie miejsca Jima Clarka, nieśmiałego szkockiego rolnika i mistrza świata, który kilka miesięcy wcześniej zginął na torze. Natomiast Rindt chętnie podjął wyzwanie. Ecclestone wynegocjował warunki jego kontraktu, ostrzegając: „Samochody Chapmana nie są tak bezpieczne jak te u Jacka, ale będziesz miał większe szanse na zdobycie mistrzostwa”.</p>
<p>Aby rozwinąć prędkość, Chapman eksperymentował z wysokimi skrzydłami, które miały przycisnąć samochód do ziemi, żeby opony zmaksymalizowały moc silnika. Jego kierowcy słono za to płacili. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku podczas wyścigu o grand prix Hiszpanii, rozbił się i Rindt, i Graham Hill. Rindt wyszedł z tego z lekkim pęknięciem czaszki. Obydwaj kierowcy obwiniali za wypadki eksperymenty Chapmana. Aby osłonić Chapmana przed ostrą angielszczyzną Rindta, Ecclestone sam negocjował z hiszpańskiego szpitala. Zniecierpliwiony Champan ustąpił i podczas pozostałych dziewięciu wyścigów w tamtym sezonie skrzydła były opuszczone. W toku zażartych kłótni Ecclestone odkrył priorytety Chapmana. Jego bezwzględność przysłonięta zaraźliwym entuzjazmem budziła powszechny szacunek, lecz wyżej od euforii kierowców cenił zyski Lotusa. Chapman bez zażenowania ścigał się dla profitów, a zadowolenie było dla niego jedynie dodatkiem. Ecclestone wybadał jego podejście do interesów. Odkrył, że Chapman czerpie znaczne dochody z nagród fundowanych przez właścicieli torów i z honorariów za udział w wyścigach, lecz naprawdę olbrzymie były zyski zapewniane przez korporacje, które dostarczały darmowe paliwo, opony i hamulce, powołując się w reklamach na udział w sukcesach Lotusa. Najbardziej intrygującym źródłem dochodu było sto tysięcy funtów zapłaconych Chapmanowi za opatrzenie karoserii samochodów zespołu słowami „»Gold Leaf«, marka Imperial Tobacco”, czyli nazwą przedsiębiorstwa, które zastąpiło Esso, wcześniejszego sponsora. Tak rozpoczął się długi związek tytoniu z Formułą 1.</p>
<p>Żaden inny właściciel zespołu nie był tak skupiony na pieniądzach jak Chapman. Jego rywale oszczędnie gospodarowali środkami otrzymywanymi od właścicieli torów i dostawców, a dni upływały im pod znakiem ekscytujących podróży, światowego życia i dreszczyku emocji towarzyszącego rywalizacji. Latając z Rindtem po Europie, Ecclestone ponownie zachwycił się oszałamiającą atmosferą. Obracając się wśród żywych legend, między innymi Jackie’ego Stewarta, Grahama Hilla i przystojnego, czarującego Anglika Piersa Courage’a, Ecclestone czerpał wraz z tym niekonwencjonalnym towarzystwem radość z brawury i umiejętności mistrzów kierownicy, którą podzielały ich piękne żony: Helen Stewart, Sally Courage i Nina Rindt. Prowadzili wspaniałe życie i nie spodziewali się specjalnych względów, ale z niechęcią myśleli o zaprzepaszczeniu życia w imię show businessu.</p>
<p>Jako były kierowca wyścigowy, Ecclestone doceniał umiejętności Rindta: gnanie z nadmierną prędkością, pokonywanie ostrych zakrętów koło przy kole rywala lub ułamek sekundy za jego samochodem. Oblany potem, wstrząsany nieustannymi wibracjami, ogłuszany rykiem silnika i czasami przypiekany rozedrganym metalem, kierowca ciągle kalkulował, starając się odróżnić brawurę od katastrofy i zostawić rywali w tyle. Duch i decyzje zawodników determinowały ich pozycję w rankingu najlepszych i najszybszych. Przez cały czas Rindt zależał od geniusza Chapmana w zakresie równoważenia ciężaru i nacisku komponentów, wioząc potężny silnik w najlżejszej karoserii. Margines błędu przekładał się na różnicę między tragedią a magią kraciastej flagi poprzedzającej światła reflektorów na podium.</p>
<p>W ciągu czterech miesięcy po wypadku w Hiszpanii Rindt bez przerwy zdobywał cenne pierwsze pole startowe w wyścigach kwalifikacyjnych, ale w wyścigach głównych patrzył, jak Jackie Stewart zabiera mu zwycięstwo sprzed nosa. We wrześniu na torze w Monzy niedaleko Mediolanu Stewart wyprzedził go o ułamek sekundy, dociskając gaz w ostatniej chwili i gwałtownie przyspieszając po przebiegłym manewrze. Cztery tygodnie później sytuacja się odwróciła. Podczas emocjonującego wyścigu na torze Watkins Glen w Ameryce Rindt z łatwością pokonał brytyjskich kierowców, zdobywając swoje pierwsze grand prix. Jedynym pechowym wydarzeniem tamtego dnia był wypadek Grahama Hilla, który złamał obie nogi. Gdy Hill zniknął ze sceny, zaczęto typować Rindta na mistrza roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego. Ecclestone wiedział, że to odpowiednia chwila, żeby wynegocjować nowy kontrakt Rindta z Chapmanem.</p>
<p>Podczas spokojnych zimowych miesięcy Ecclestone i Rindt planowali przyszłe interesy. Mieszkający w Szwajcarii Rindt dostrzegł potencjał drzemiący w sprzedaży markowej odzieży sportowej. Uzgodnili, że razem stworzą Jochen Rindt Racing, zespół Formuły 2 promujący pewną gamę towarów. Luc Jean Argand, szwajcarski prawnik zatrudniony przez Rindta, miał załatwić formalności. W tamtych tygodniach Ecclestone i Rindt zarazili się czystą przyjemnością płynącą ze wspólnej pracy i ich relacje jeszcze bardziej się pogłębiły. Ecclestone lubił poczucie humoru Rindta, z którego „dowcip i zamiłowanie do zabawy czyniły cudownego kumpla”. Rindt był równie zachwycony altruistycznym wsparciem ze strony Anglika, które podsycało jego pragnienie zostania mistrzem świata.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Sezon w  tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku od początku upływał pod znakiem wypadków i pogrzebów. Spośród największych sław zginął najpierw Bruce McLaren podczas testowania nowego samochodu w Anglii, a następnie Piers Courage, który rozbił się podczas wyścigu o grand prix Holandii i został uwięziony w kuli ognia. „To była totalna rozpacz”, przyznał Frank Williams po stracie przyjaciela, stając przed widmem bankructwa.</p>
<p>We wrześniu Rindt przyjechał z Ecclestone’em do Monzy. Wcześniej, po rozczarowującym początku sezonu, Rindt odniósł spektakularne zwycięstwo w Monako i podczas dziewięciu wyścigów zgromadził pięć zwycięstw. Był na dobrym kursie do zdobycia mistrzostwa świata. Tor położony niedaleko od fabryki Ferrari zrobił wrażenie na nich obu. Włosi są zagorzałymi kibicami wyścigów grand prix i wrzaskliwy tłum podsycał apetyt Rindta na zwycięstwo. Po świetnej jeździe na treningach, tuż przed podjazdem na pole startowe, Rindt oznajmił Ecclestone’owi: „Zdobędę mistrzostwo świata i przejdę na emeryturę”. Ecclestone nie odpowiedział. Jego przyjaciel w lotusie wyposażonym w nietypowy komplet opon i nowy układ hamowania odważnie pokonał okrążenie z niemal rekordową prędkością trzystu trzydziestu kilometrów na godzinę. Gdy zniknął z pola widzenia Ecclestone’a i znalazł się na drugim końcu, Rindt zahamował przed wejściem w zakręt i stracił panowanie nad pojazdem. Uderzył w metalową barierę i osunął się w kadłubie. Uszkodzony metal zranił mu stopę, a pasy bezpieczeństwa podcięły gardło. Kilka sekund później z otwartej tętnicy trysnęła krew. Rindt stracił przytomność. Ecclestone czekał w boksie i nadal nie miał pojęcia, co spotkało jego przyjaciela. Nie było transmisji telewizyjnej, więc widzowie zdali sobie sprawę z problemu dopiero gdy hałas ucichł i nie zjawiły się bolidy. Potem rozpoczęło się nerwowe wyczekiwanie na informacje o przyczynie i ewentualnych ofiarach. „Jochen odpadł”, usłyszał Ecclestone.</p>
<p>Jackie Stewart dotarł na miejsce wypadku jako jeden z pierwszych. Ku swojemu przerażeniu zobaczył, że w volkswagenie ambulansie leżą już zwłoki Rindta. Kilka metrów dalej, na trawie, siedziała bezwładnie Nina Rindt. „Widziałem rzeczy, których nie powinien widzieć żaden człowiek – powiedział później Stewart. – To wszystko było kompletnie beznadziejne”. Ecclestone przedarł się przez kordon policji i pobiegł po torze przez chaos urzędników, fotografów i kibiców. Kiedy dobiegł na miejsce wypadku, karetka już jechała do szpitala. We Włoszech, aby uniknąć odwołania wyścigów, nikomu nie było wolno „umrzeć” na torze. „Nic mu się nie stało?”, zapytał Ecclestone. W sportach samochodowych nigdy nie pyta się: „Przeżył?”. Miny na twarzach zgromadzonych dały mu odpowiedź. Zabrawszy kask Rindta, Ecclestone patrzył na wrak samochodu ciągnięty wzdłuż boksów. Przednia część pojazdu była oderwana. Wiedział, że komuś przypadnie zadanie oddzielenia szczątek ciała Rindta od metalu, aby przeprowadzić mechaniczną autopsję i zdiagnozować problemy techniczne. W budynku mediów nie podano jeszcze żadnego oficjalnego ogłoszenia, ale jakiś urzędnik na widok Ecclestone’a przesunął dłonią po gardle. „<em>È morte</em> [Nie żyje]”. Niewzruszony i wyzuty z emocji, Ecclestone pojechał z Niną do szpitala. Chapman był w szoku, czekał. W szpitalu spotkali Petera Warra, menedżera Lotusa, który wyszedł z sali i szedł korytarzem, by potwierdzić doniesienia. Powiedział, że ratownicy medyczni na torze przekreślili szanse Rindta, gdyż, jak powiedział, „tłukli go w serce i pękła aorta!”. Ecclestone wszedł na salę, by po raz ostatni zobaczyć przyjaciela. „Był odważny. Swój chłopak” – wyrażał się o nim z ciepłym uznaniem. Chcąc uniknąć dochodzenia i automatycznego aresztowania, Chapman natychmiast opuścił Włochy na pokładzie samolotu. Ecclestone został, żeby uprzątnąć bałagan. Wiedział, że wypadki są częścią spektaklu przyciągającego tłumy na wyścigi. Śmierć wabiła ckliwych, lecz następnego dnia nikt już nie pamiętał o losie Rindta. Rozradowani Włosi zapełnili trybuny, żeby patrzeć, jak Ferrari wygrywa wyścig: idealny wynik dla kibiców z Monzy. Wśród gromkich okrzyków Rindt zdobył mistrzostwo świata pośmiertnie. Ostatni rytuał polegał na wysłaniu Herbie’ego Blasha, żeby zabrał rzeczy osobiste Rindta z hotelu i dostarczył je jego żonie w Szwajcarii.</p>
<p>Ecclestone wrócił do Anglii jak w transie. Od bolesnej śmierci Lewisa-Evansa unikał przywiązywania się do mężczyzn, świadomy tego, że zaledwie jeden na trzech kierowców Formuły 1 przeżywa poważny wypadek. Jego przyjaźń z Rindtem złamała tę zasadę i teraz Ecclestone cierpiał. Najpierw wziął udział we mszy żałobnej za Piersa Courage’a, a potem poleciał do austriackiego Graz na pogrzeb Rindta. Z niezwykle ponurej ceremonii pozbawionej jakiejkolwiek celebracji życia wyszedł porażony rozpaczą. Po powrocie do domu źle się poczuł. Przykuty do łóżka, dygotał i gorączkował. Lekarz nie był pewny diagnozy i w końcu doszedł do wniosku, że pacjent cierpi na lęki wywołane śmiercią przyjaciela.</p>
<p>„Kiedy zginął Jochen – powiedział Ecclestone Tuanie – to był dla mnie okropny czas. Przyjaźniłem się z wieloma mężczyznami, którzy zginęli, ale śmierć Jochena była takim szokiem, że nie potrafię tego opisać”. W ekstremalnych okolicznościach hazardzista ujawnił niespodziewane emocje. Nękany smutkiem i – jak niektórzy podejrzewali – poczuciem winy, stanął na krawędzi ostatecznego zerwania z wyścigami. W końcu siła przyciągania wzięła górę nad cierpieniem, ale porażające skutki śmierci Rindta sprawiły, że Ecclestone unikał później bliskich przyjaźni z kierowcami.</p>
<p>W wieku czterdziestu lat Ecclestone dotarł do rozstaju dróg. Tuana skarżyła się na ciągłe życie w otoczeniu budowlańców i dekoratorów wnętrz. Za każdym razem, kiedy Ecclestone odremontował dom od podstaw, zjawiał się kolejny diler samochodowy, który oferował dobrą cenę, i znowu się przeprowadzali. Wszystko wskazywało na to, że Ecclestone nie ma ochoty na „wicie gniazda”. Jego domem było biuro. Niektórzy uważali tę jego nerwowość za „smutną”, innym wydawała się „dysfunkcjonalna”. Możliwe, że brak dzieci w domu sprawiał, że traktował te budynki jak inwestycję. Choć nigdy nie przyznałby się do tego, że dostrzega w swoim życiu taką lukę, istniało przypuszczenie, że dzięki synowi poczułby się spełniony. Jego gorączkowe tempo życia było substytutem naturalnego towarzysza, syna, który pomagałby mu majstrować przy pojazdach albo pozwolił się wprowadzić w świat wyścigów – który dałby Ecclestone’owi to samo, co on otrzymał od Sidneya. Nawet przeprowadzka z Tuaną do ośmiopokojowego  domu w Farnborough Park w hrabstwie Kent była jedynie raczej podniesieniem poziomu życia niż poskromieniem trawiącej go gorączki. Remont, częściowo sfinansowany dzięki pożyczce w wysokości dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy funtów udzielonej przez korporację z Guernsey firmie Ecclestone’a Pentbridge Properties Ltd, potwierdził jego bogactwo, ale nie pragnienie stworzenia rodziny. Kierując się instynktem i stroniąc od bolesnej introspekcji, nie mówił o braku syna. Największą atrakcją posiadłości otoczonej dwudziestoma sześcioma akrami lasów było ogromne jezioro pełne okoni i jazi Ecclestone zapraszał przyjaciół i ojca – wówczas już siedemdziesięciolatka – na połowy wędkami przechowywanymi w domku nad jeziorem. Stawiał jednak warunek: wszystko, co złowiono, musiało wrócić do wody. W sąsiednim domu stał duży stół bilardowy, a obok budy dla dwóch buldogów, z których jeden wabił się Oddjob<a title="" href="#_ftn1"><sup><sup>[1]</sup></sup></a>. Co tydzień dzwonił Ron Cunningham, żeby wyczyścić Ecclestone’owi buty oraz wyprasować koszule, garnitury, a nawet dżinsy. Ecclestone zamierzał przekształcić las w tereny budowlane, ale jego plan został odrzucony przez radę. Inne przedsięwzięcia na rynku nieruchomości były jednak udane.</p>
<p>Aby rozwinąć handel samochodami, Ecclestone kupił trzy i pół akra ziemi w Erith w hrabstwie Kent. Zbudował tam trzy parterowe budynki pod wynajem i uporządkował teren, by stworzyć Mid-Week Car Auctions, konkurencję dla British Car Auctions, najważniejszego domu aukcyjnego w kraju należącego do Davida Wickensa. Po lunchu z Wickensem Ecclestone postanowił przyciągnąć kontrahentów lepszym zapleczem, przede wszystkim elegancką restauracją wyposażoną w ręcznie robione meble i dywany. Nieliczni dilerzy przybyli pierwszego dnia, żeby licytować floty, które Ecclestone kupił na aukcji Wickensa, żeby rozkręcić swój nowy interes. Ecclestone’owi nie udało się podkupić Jacka Mosleya prowadzącego aukcje u Wickensa. Niezadowolony z niemrawego zastępcy, sam chwycił za mikrofon i młotek. Nic jednak nie zdołało uchronić pierwszego tygodnia przed katastrofą. Fiaska dopełniło osunięcie się cementowego ornamentu na dach restauracji. W drugim miesiącu sprzedaż nadal kulała, a nieokrzesani dilerzy zniszczyli restaurację. Ziemia była więcej warta niż biznes, a wysiłek okazał się niewspółmierny do zysków. Ecclestone kombinował, jak się z tego wykręcić. Rzucił Wickensowi wyzwanie, mówiąc, że jeśli ten go nie wykupi, konkurencja będzie nieustannym zagrożeniem dla British Car Auctions. „Miał go na muszce”, mówili niektórzy, sugerując, że Wickens był zmuszony wykupić niebezpiecznego konkurenta, aby móc zamknąć jego firmę. Wickens zaprzeczał tym domysłom, ale i tak kupił aukcje Ecclestone’a – dokładnie w chwili, w której Ecclestone zaczął odkrywać zyski, jakie można było czerpać z handlu małymi samolotami.</p>
<p>Handel dwuosobowymi samolotami był już dobrze rozwinięty – często kupowano te maszyny i odsprzedawano je za gotówkę – ale parający się nim ludzie przeżyli zaskoczenie w obliczu etyki handlu znanej przy Warren Street. Chris Marshall, diler z Southampton, zamieścił w magazynie „Flight” ofertę sprzedaży dwuosobowego pipera tri-pacera za trzy tysiące siedemset pięćdziesiąt funtów. Ecclestone zadzwonił i zaoferował trzy i pół tysiąca, pod warunkiem, że Marshall przyleci samolotem do Biggin Hill. Ecclestone’a nie było na lotnisku, ale przekonano Marshalla, by pojechał do salonu w Bexleyheath. Podczas gdy Ecclestone bezskutecznie namawiał Marshalla do przyjęcia w rozliczeniu kilku samochodów, współpracownik Ecclestone’a na lotniku demonstrował samolot potencjalnemu kupcowi. Telefon z Biggin Hill potwierdził, że transakcja została sfinalizowana, więc Ecclestone zgodził się kupić samolot od Marshalla. Zły, że Marshall odmówił przyjęcia samochodów, rzucił polecenie wypłaty na stół, odmawiając wezwania taksówki, która zawiozłaby Marshalla na dworzec. „Dlaczego?”, zapytał Marshall. „Bo jesteś cholernie uciążliwy”, odparł Ecclestone. Jego szorstkość, której doświadczyło wiele osób, wyszła na jaw dopiero w grudniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Właśnie w grudniu, dziesięć lat po tym, jak Ecclestone założył, że odmowa zapłacenia zaległego podatku Compton &amp; Ecclestone pójdzie w niepamięć, do Sądu Najwyższego wpłynął pozew złożony przez urząd skarbowy, który domagał się dziewięciu tysięcy siedmiuset funtów wraz z kosztami i odsetkami. Odmowa Ecclestone’a, który nie chciał zapłacić, została ukarana wyrokiem znanym wielu arogantom z magnackimi ambicjami. Sędzia Goff opisał „machinacje” Ecclestone’a jako „wręcz niebywałe (…). Same dokumenty i przyznanie się przed sądem wołają o wyjaśnienie (…), którego [pan Ecclestone] nie raczy jednak udzielić”. Sędzia orzekł, że Ecclestone złamał prawo o spółkach. Ecclestone był niezadowolony. Myślał, że treść wyroku nigdy nie zostanie upubliczniona, a trzydzieści lat później upierał się, że działał za radą prawników i swojego księgowego, wskutek czego został niesprawiedliwie ukarany sporym rachunkiem.</p>
<p>Przeprosiny i wyjaśnienia nie figurowały w słowniku Ecclestone’a. W świecie dilerów płacono kary, a krętacze mścili się oszustwami. Żaden zły uczynek nie uchodził bezkarnie. Pewien diler, który wykołował Ecclestona, był mile zaskoczony, gdy ten zaoferował mu „mercedesa 230SL ze sztywnym dachem”, sportowy kabriolet po okazyjnej cenie. Zapłaciwszy gotówką, diler usłyszał od Ecclestone’a: „Sztywny dach leży na ulicy przed salonem”. Diler rzeczywiście znalazł na asfalcie dach, ale nie było samochodu. John Young, konkurencyjny diler z południowego Londynu, nigdy nie próbował przechytrzyć Ecclestone’a. Podczas cotygodniowego wspólnego lunchu powiedział Ecclestone’owi, że kupił srebrnego bentleya od pogrążonej w rozpaczy wdowy po Pedrze Rodriguezie, meksykańskim kierowcy, który zginał jedenastego lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku prowadząc ferrari na wyścigu w Niemczech. „Wiesz, Bernie, wydaje mi się, że jakiś czas temu pożyczyłem ci ten samochód. Sprzedałeś go?”. „Tak”, potwierdził Ecclestone. „Chodzi o to – ciągnął Young – że kiedy go zabierałeś, miał na liczniku dwadzieścia trzy tysiące mil, a teraz ma czternaście tysięcy. Drań z ciebie”. Niespeszony Ecclestone odparł: „Myślałem, że o tym zapomniałeś. Nie martw się. Zobacz, jak na tym wyjdziesz, a jeśli będziesz stratny, zadzwoń”. „Pewnego dnia Bernie’ego ktoś sprzątnie”, powiedział Young do Johna Coombsa, innego dilera samochodów z południowego Londynu. „Zaoferowałem Bernie’emu – odpowiedział Coombs – nowego jaguara, który miał na liczniku tylko osiemset mil”. „Nie, dzięki”, odparł Ecclestone. „Dlaczego?”, zapytał zaskoczony Coombs. „Nie będzie można cofnąć”, wyjaśnił Ecclestone, co znaczyło, że nie tknie samochodu, któremu nie da się cofnąć licznika. Ta bezczelność odzwierciedlała znużenie Ecclestone’a branżą samochodową. Chciał nowego wyzwania i nowego życia. Mimo traumy po śmierci Rindta, jego zamiłowanie do wyścigów samochodowych było niemożliwe do wykorzenienia.</p>
<p>Zgromadzona fortuna wystarczała, by sfinansować próbę sięgnięcia po mistrzostwo świata. Zdecydował się na zespół Brabham, ten, z którego odszedł kiedyś Rindt.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>W marcu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku Jack Brabham zdobył grand prix RPA, zwyciężając w pierwszym wyścigu sezonu, ale wiedział, że nie jest w stanie utrzymać takiego wyniku. Po kolejnych żenujących występach, podczas Grand Prix Monako, Ecclestone porozmawiał o losie Brabhama z Ronem Tauranakiem, projektantem samochodów. Rozwiązania Tauranaca umożliwiły Jackowi Brabhamowi zdobycie mistrzostwa świata trzy razy od tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku, ale po ostatnim zwycięstwie w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku wiele wskazywało na to, że nic nie jest w stanie zatrzymać cyklu porażek zespołów, które jeszcze niedawno odnosiły sukcesy. Pod koniec tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku, pogodziwszy się z własnym upadkiem, Jack Brabham wrócił do Australii, a Tauranac męczył się jako jedyny właściciel firmy holdingowej Motor Racing Developments. Ron Dennis, jego główny mechanik, odszedł, żeby stworzyć własny zespół wyścigowy; Goodyear, naczelny sponsor, porzucił Brabhama na rzecz McLarena; a Graham Hill negocjował swój powrót na stanowisko głównego kierowcy, mimo że Chapman uznał byłego mistrza za niezdolnego do wyścigów z powodu połamania obu nóg. Tauranac, doskonały inżynier, ale drażliwy typ, potrzebował partnera handlowego, więc Ecclestone zaproponował siebie.</p>
<p>Negocjacje Ecclestone’a z Tauranakiem rozpoczęły się jesienią tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku. Ecclestone zaproponował spółkę, ale Tauranac się nie zgodził. Wolał sprzedaż udziałów, które mógłby odkupić, gdyby Ecclestone’owi się powiodło. Do śmierci Rindta nie udało im się osiągnąć porozumienia. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku Ecclestone zaproponował, że wykupi cały zespół Brabhama i zatrudni Tauranaca jako drugiego dyrektora. Uzgodnili cenę na poziomie wartości udziałów. Tauranac przeprowadził sumienne obliczenia i powiedział Ecclestone’owi, że udziały są warte sto trzydzieści tysięcy funtów. Naiwnie zakładając, że jego wycena zostanie przyjęta, Tauranac zaczął wydawać pieniądze. Ecclestone zaczekał do ostatniej chwili, a potem umówił się z Tauranakiem u prawników, żeby podpisać umowę i oznajmił Australijczykowi: „Nie zgadzam się z twoją wyceną. Moim zdaniem całość jest warta sto tysięcy”. Powiedział to bez żadnych emocji czy słowa przeprosin. „Przecież zawarliśmy ustną umowę, że sprzedaż nastąpi po cenie równej wartości udziałów”, wyrzucił z siebie Tauranac, wspominając, że sprzedaje dwa samochody i pięć silników. „To ty twierdzisz, że wartość udziałów jest taka, a nie inna”, odparł Ecclestone, sugerując błąd w rzekomo niezależnej wycenie Tauranaca. „Jeśli uważasz, że moja wycena jest niezgodna z prawdą, przeprowadź własną”, powiedział Tauranac. Ecclestone działał bezbłędnie. Wiedział, że Tauranac jest bardzo zaangażowany, więc bagatelizował wagę transakcji. „Możesz się wycofać, jeśli chcesz”, zaproponował. „Tak, muszę to jeszcze raz przemyśleć – odparł Tauranac. – Nie jestem pewien, czy chcę sprzedawać”. „To zależy wyłącznie od ciebie”, rzucił Ecclestone obojętnym tonem. Po chwili Tauranac przyjął obniżoną cenę. „Nikt mu nie kazał się na to godzić – podkreślał później Ecclestone. – Nikt go do niczego nie zmuszał”. Tauranac przyznał, że był niedoświadczony, ale dodał: „Tak działają ludzie biznesu. Decyzja należała do mnie”. Ecclestone nie był instytucją dobroczynną. „Bernie kupił Brabhama za bezcen”, śmiali się przyjaciele Ecclestone’a, kiedy usłyszeli tę historię podczas regularnego picia kawy w sobotni poranek w Queen’s Café przy Bond Street. Ecclestone został członkiem bractwa Formuły 1 za psie pieniądze. „Kupno Brabhama – powiedział później – było dla mnie jak świętowanie wszystkich urodzin jednocześnie (…). Nie umiałem zapomnieć o krążącym w moich żyłach zamiłowaniu do wyścigów. Po prostu je uwielbiałem”.</p>
<p>Pierwszą ofiarą tej pasji stał się Tauranac. Ecclestone nie potrafił tolerować innej relacji niż ta między panem i sługą. W świecie Ecclestone’a to on decydował o własnym losie, nieniepokojony przez innych. Jego wcześniejsza propozycja, by Tauranac został drugim dyrektorem zarządzającym, została zignorowana. „Nie prowadzę interesów, kierując się opiniami innych – powiedział Ecclestone. – Pozbywam się ludzi, którzy formułują opinie”. Pierwszego dnia w roli właściciela Ecclestone wszedł do warsztatu w Weybridge w hrabstwie Surrey, spojrzał na brudne blaszane szopy, poczuł swąd niekompetencji i został urażony niedbałą, amatorską postawą. Potrzebował gruntownej zmiany. „Nikt nie jest niezastąpiony – oznajmił. – Ale to nie moja wina”. Brian Shepherd, jego rewident, dostał polecenie zmarginalizowania Tauranaca. „Beze mnie sobie nie poradzisz”, zaprotestował Tauranac. „Będę musiał spróbować”, odparł Ecclestone bez cienia skruchy i w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku zmusił Tauranaca do odejścia. „Był zbyt przywiązany do swoich pomysłów”, skwitował.</p>
<p>Za jedynego pracownika, jakiego warto zatrzymać, został uznany Gordon Murray, wysoki młodszy projektant z RPA. Ecclestone potrafił wyczuć jego ambicję pracoholika, spragnioną inwencji i improwizacji, jednak przy zachowaniu świadomości kosztów. Resztę zespołu projektantów wyrzucił. „Chcę zupełnie nowego samochodu. Takiego, który wygra w siedemdziesiątym trzecim – oznajmił Ecclestone Murrayowi. – Wszystko w twoich rękach”. Według Ecclestone’a idealni pracownicy są gorliwi i utalentowani. Colin Seeley, trzydziestopięcioletni były brytyjski mistrz motocyklowy pasował do tego rysopisu. Seeley poznał Ecclestone’a pod koniec tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku, kupując forda capri w salonie Jamesa Spencera. Mimo dostarczania motocykli mistrzom świata, należąca do Seeleya fabryka motorów wyścigowych cierpiała z powodu napływu pojazdów z Japonii. Był wdzięczny, że Ecclestone próbuje wynegocjować dla jego motocykli umowę sponsoringu z producentem papierosów John Player &amp; Co. Mimo że negocjacje nie doprowadziły do podpisania umowy, Ecclestone zwrócił uwagę na uczciwego, ciężko pracującego inżyniera, który mógł zastąpić Tauranaca. Zaproponował fuzję Brabhama i motocykli Seeleya, po której Colin Seeley zostałby drugim dyrektorem zarządzającym Motor Racing Developments, a Ecclestolne zainwestowałby wystarczająco gotówki, by ocalić jego biznes. Szybko zawarto umowę i wspólnicy przyjechali razem do zakładów Brabhama. Stojąc na skrzynce, Ecclestone przedstawił Seeleya i poprosił niezbyt wygadanego inżyniera o kilka słów. Steeley zdołał coś wykrztusić, po czym słuchacze się rozeszli. Nieprzywykły do rozgłosu, Ecclestone wkrótce potem powiedział podczas wywiadu, że zamierza „przypuścić zmasowany atak” zarówno na Formułę 1, jak i na wyścigi motocyklowe, „aby rywalizować z największymi mistrzami na świecie, produkując najlepsze samochody i motocykle oraz przyciągając hojnych sponsorów”.</p>
<p>Wreszcie ujawnił się prawdziwy charakter Ecclestone’a, poznany dotychczas jedynie przez jego ojca, Ann Jones i garstkę mechaników z salonu Jamesa Spencera. Ta sama mentalność, która pchnęła go ku rozkręcaniu i ponownemu składaniu motocykli w szopie w ogrodzie rodziców, a później ku skrupulatnemu urządzaniu salonu Spencera, wywołała spustoszenie w trzech budynkach Brabhama. „W moim umyśle panuje idealny porządek – wyznał Ecclestone. – Lubię umieszczać wszystkich w zgrabnych boksach, dzięki czemu wiem, gdzie kto jest i kto jest odpowiedzialny za dany boks”. Swobodny przepływ i produkcja na otwartym planie prowadziły według niego do chaosu. Natychmiast znalazł na to lekarstwo. Na całym poziomie produkcyjnym zamontowano drzwi oraz ustawiono płotki i ścianki z pustaków, które miały zapewnić uporządkowany ruch między budynkami. Pozbyto się brudu, smaru, plakatów i gratów, zastępując je białą farbą i białymi kafelkami. Nawet samochody Brabhama przemalowywano z wyścigowej zieleni na biało. Skrzynki z narzędziami pokryto granatową farbą, a Ecclestone polecił je ustawiać w identycznych miejscach na stołach roboczych. „Czy ktoś ma coś przeciwko temu?”, zapytał surowo. Nie tolerował niczego z wyjątkiem ciężkiej pracy i perfekcji. Jego celem było jak najlepsze wykorzystanie zainwestowanych pieniędzy. Nawet jeśli rzeczywiście był bogaty, nie zamierzał tolerować nieposłuszeństwa ani marnotrawstwa w branży przynoszącej straty. Nie dopuszczał wymówek. Człowiek, który stawiał na konfrontację, miał w genach zamiłowanie do walki.</p>
<p>Liczył na to, że pracownicy nie będą potrafili go wyczuć. Wizyty w zakładzie specjalnie planował w taki sposób, by wzbudzić trwogę. Zastraszanie podwładnych wybuchami wściekłości było jego ulubioną bronią. Paćki błota na samochodzie albo otwarte drzwi do biura budziły jego gniew. Sygnał telefonu podczas zebrania potrafił go tak rozsierdzić, że ciskał aparatem o ścianę. Kiedy zauważył, że sprzątacz rozmawia z automatu telefonicznego, wyrwał urządzenie ze ściany. Nawet aparat dzwoniący w sąsiednim biurze sprawiał, że Ecclestone wpadał tam jak burza i wyrywał wtyczki z gniazdka. Jego irytacja sięgała aż do warsztatu. Gdy zauważył, jak pewien mechanik niszczy ławkę, na oczach Gordona Murraya zbił kopniakiem lampę w samochodzie tego człowieka. Murray widział także, jak jego pracodawca, niezadowolony z jakości karoserii brabhama, skakał po niej, dopóki w końcu nie pękła. Co dziwne, po takich atakach nikt nigdy nie protestował i nie było słychać choćby pomruku niezadowolenia. Ecclestone rzucił urok na swoich zaintrygowanych pracowników. Nikt nie śmiał się buntować przeciwko jego nocnym telefonom, które wykonywał, by zapytać o jakieś szczegóły. Niepewność nie budziła złości, lecz trwogę. „Dobra, a teraz chodźmy na lunch”, oznajmiał na zakończenie swojej tyrady. Po zjedzeniu kanapki w miłej atmosferze i wypiciu piwa szybko wracała mu złość. „Zamknij się albo spieprzaj”, powiedział kiedyś do Keitha Greene’a, kierownika zespołu, który narzekał na przytłaczającą presję towarzyszącą przygotowaniu pojazdów do wyścigu. Nawet prośba Greenea o dodatkowe dziesięć funtów tygodniowo za nadgodziny spotkała się z lekceważeniem. „Pomyślę o tym”, powtarzał Ecclestone, aż w końcu Greene dał sobie spokój.</p>
<p>Tylko nieliczni mogli się czuć niezastąpieni – między innymi Seeley. Pracując po osiemnaście godzin dziennie, nadal kierował produkcją swoich motocykli w fabryce w Belvedere w północno-wschodnim Londynie, potem przejeżdżał na drugi brzeg Tamizy, aby spotkać się z Eccclestone’em w Bexleyheath, i wreszcie ruszał na zachód, do zakładu Brabhama, pokonując wąskimi drogami ponad sto sześćdziesiąt kilometrów dziennie. Natomiast Ecclestone tylko raz w tygodniu wybierał ze swojego salonu jakiegoś rolls-royce’a albo sportowy wóz, żeby wpaść do Brabhama. Po kilku miesiącach umowa z Seeleyem go rozczarowała. Choć Barry Sheene, motocyklowy mistrz świata, wygrywał wyścigi na motorach Seeleya w Wielkiej Brytanii i w Europie, inwestycja Ecclestone’a – cztery tysiące dwieście pięćdziesiąt dwa funty – okazała się niewystarczająca. Brabham również popadał w długi. Ecclestone wiedział, że roczne koszty wynoszące osiemdziesiąt tysięcy funtów, są ledwie równoważone zyskami z wyścigów i mogą strawić jego własne dochody. Aby przetrwać, Formuła 1 musiała zostać przekształcona z rozrywki bogaczy w zyskowny interes.</p>
<p>Kupno Brabhama automatycznie uczyniło z Ecclestone’a członka Formula One Constructors’ Association (F1CA), klubu założonego w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim roku przez Colina Chapmana, po to aby brytyjskie zespoły mogły wspólnie transportować bolidy na wyścigi. Przybycie Ecclestone’a na zebranie klubu w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku w hotelu Excelsior przy lotnisku Heathrow było owiane tajemnicą. Właściciele i przedstawiciele dziewięciu innych zespołów zdumieli się, że Ecclestone jest w stanie finansować Brabhama. Niepewność podsycał sam Ecclestone, dyskretny w kwestii swojego majątku, oraz pewna służalczość przejawiająca się w jego gotowości do nalewania herbaty. Ecclestone był zaintrygowany. Rozglądając się po ascetycznie urządzonej sali konferencyjnej, zauważył grupę dziwaków zjednoczonych przez wyścigi, lecz podzielonych pod wszystkimi innymi względami. Ich rozmowa odsłaniała skłonność do upartego odrzucania opinii innych niż własne. W grupie ludzi sukcesu ustępstwa były rzadkością. Brytyjska pomysłowość zagroziła tradycyjnym zwycięzcom z lat pięćdziesiątych: zespołom Ferrari, Maserati, Alfa Romeo i Mercedes-Benz. Jadąc vanwallem podczas wyścigu o grand prix Wielkiej Brytanii w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku, Stirling Moss położył kres dominacji producentów z Europy kontynentalnej. W następnych latach rewolucyjne projekty Charlesa Coopera, Jacka Brabhama i Colina Chapmana wielokrotnie rzucały innym Europejczykom wyzwanie nie tylko w postaci lepszych samochodów, lecz także sprawniejszych kierowców. Po tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym roku Lotus rozpoczął pasmo zwycięstw, siedmiokrotnie zdobywając mistrzostwo świata. Wściekły Enzo Ferrari, wielki mistrz Formuły 1, kpił z angielskich „garażowców”, mając na myśli Chapmana, Franka Williamsa i Kena Tyrrella. W przeciwieństwie do innych europejskich zespołów powiązanych z wielkimi producentami samochodów (właścicielem Ferrari był Fiat) zespoły brytyjskie należały do byłych mechaników albo entuzjastów samochodów, którzy sami finansowali swoją działalność. To dawało im moc twórczą, ale powodowało słabość finansową. Patrząc na sytuację z perspektywy czasu, Ecclestone zrozumiał, jak wielkie miał szczęście. Jak wyznają wszyscy największy biznesmeni: najważniejsze to utrafić w odpowiedni moment. Ecclestone zjawił się akurat w chwili, kiedy brytyjskie zespoły zaczęły mieć kłopoty.</p>
<p>Rosnąca liczba kibiców podekscytowanych rywalizacją na torach zwiększała zyski organizatorów. Mimo to prawie wszystkie brytyjskie zespoły znalazły się na krawędzi bankructwa. Każda drużyna negocjowała swoje stawki bezpośrednio z właścicielami jedenastu torów – ośmiu w Europie, a pozostałymi w Afryce Południowej i Ameryce – ale krucha równowaga między dochodami a kosztami uległa zachwianiu. W walce o pieniądze – łączna pula nagród nigdy nie przekraczała dziesięciu tysięcy dolarów – Enzo Ferrari, główna atrakcja wyścigów, zgarniał najwyższą sumę za udział i dostawał ją w gotówce przed każdym wyścigiem, podczas gdy pozostałe zespoły, otrzymujące za to samo zaledwie kilkaset funtów, były poszkodowane, bo pieniądze albo przychodziły z opóźnieniem, albo – czasami – w ogóle o nich zapominano. Ecclestone zaproponował, że pomoże pełnomocnikowi Chapmana Andrew Fergusonowi zarządzać F1CA z jego domku pod Norwich.</p>
<p>Już podczas pierwszej wizyty Ecclestone zrozumiał, w czym problem. Gdy planowali wyprawę do Montrealu, zasugerował: „Powiedz organizatorom, że powinni zapewnić naszym zespołom dwadzieścia pięć wynajętych samochodów na swój koszt”. „O, nie możemy tak zrobić – odpowiedział Ferguson. – Nigdy wcześniej o to nie prosiliśmy”. Ecclestone wiedział, że taka niekompetencja jest nieuleczalna. „Chyba oszaleję”, pomyślał, a na następnym zebraniu F1CA oznajmił, że zespoły powinny więcej zarabiać. Powiedział, że zamiast prowadzić osobne negocjacje z jedenastoma organizatorami wyścigów, przedstawiciel F1CA powinien negocjować stawki w ich wspólnym imieniu i jednocześnie organizować tańszy transport samochodów i zespołów. Słuchacze przyznali mu rację. „No więc może któryś z nas się tym zajmie?”, zapytał Ecclestone. Odpowiedziały mu puste spojrzenia. Żaden z rywali nie był zainteresowany. „Dobra, w takim razie sam to zrobię – oznajmił Ecclestone, stwarzając wrażenie kogoś, kto się poświęca. – Ale chcę za to dostać prowizję”. Colin Chapman spodziewał się, że Ecclestone potrąci sobie dziesięć procent, więc był mile zaskoczony, kiedy ten wspomniał o dwóch. Jednogłośnie zgodzono się na tani układ, choć Peter Warr, który protokołował, pamiętał, że zapisał cztery procenty, a Brian Shepherd, który miał prowadzić audyt rachunków Ecclestone’a, zrozumiał, że prowizja wyniesie siedem procent. To, jak dokładnie wyglądały tamte pierwsze ustalenia dotyczące rozliczeń F1CA, zaginęło w odmętach czasu, ale o jednym ważnym fakcie nigdy nie zapomniano: Ecclestone zaproponował, że wykona całą robotę, a pozostali jednogłośnie zgodzili się zapłacić mu za to prowizję.</p>
<p>Przy stole w hotelu Excelsior siedział wówczas między innymi Max Mosley, trzydziestojednoletni właściciel zespołu March, nowy producent bolidów Formuły 1. Wraz z dwoma przyjaciółmi założył firmę w Bicester, inwestując w nią dziesięć tysięcy funtów, i już w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku – w pierwszym roku działalności – sprzedali dziesięć samochodów, w tym dwa modele Kenowi Tyrrellowi, szefowi uznanego zespołu wyścigowego. Ku wściekłości innych zespołów, samochody March okazały się wówczas najszybsze na torach. Sam Mosley ścigał się od tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego roku. Choć po raz pierwszy zauważył Ecclestone’a w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym, kiedy ten towarzyszył Rindtowi na torach, właściwe zapoznanie nastąpiło dopiero na pierwszym zebraniu F1CA. Od razu się polubili. Podobnie jak Ecclestone, Mosley nie mógł uwierzyć, że między zespołami panuje wzajemny brak zaufania, i nie pochwalał ich postawy. Z kolei Ecclestone zobaczył w Mosleyu „kogoś, po kim widać, że zna się na życiu”. Później Mosley powiedział, że „natychmiast zawiązał się naturalny sojusz dwóch dorównujących sobie talentów”. Choć Ecclestone niewiele wiedział o pochodzeniu Mosleya, cieszył się, że znalazł otwartego sprzymierzeńca swoich interesów. Łączyło ich także zamiłowanie do konfliktów. Chcąc postawić na swoim, obydwaj niecierpliwie korzystali z każdej okazji do walki.</p>
<p>Matka Mosleya Diana Mitford była piękną, inteligentną żoną Oswalda Mosleya, śmiałego konserwatysty, a następnie posła Partii Pracy, który w końcu, w tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim roku przeszedł do skrajnej prawicy, by opowiedzieć się za radykalniejszym rozwiązaniem problemu kryzysu. W tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku Mosley sprzymierzył się z nazizmem, a jego ślub z Mitford, która niewiele wcześniej rozwiodła się z Bryanem Guinnessem, odbył się w tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym roku w domu Józefa Goebbelsa w Berlinie. Świadkiem był Adolf Hitler. Mosley błyskawicznie zmienił się w brutalnego nazistowskiego agitatora. Na długo przed wybuchem wojny został zadenuncjowany. Zaledwie dziesięć tygodni po narodzinach Maksa w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku jego matka dołączyła do męża w londyńskim więzieniu, uznana za niebezpieczną zwolenniczkę nazizmu, i pozostawiła Maksa pod opieką niani w Oxfordshire. Po wojnie Mosleyowie opuścili Anglię i kształcili syna w Irlandii, Francji i Niemczech. Władający wieloma językami i obyty w świecie, Max wrócił do Anglii w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym roku, aby studiować fizykę w Oxfordzie, i został wybrany sekretarzem rady studentów. W czasie studiów wybrał się na tor w Silverstone z Jean, swoją przyszłą żoną, którą poznał w wieku siedemnastu lat na przyjęciu w Londynie i poślubił trzy lata później, i został zagorzałym entuzjastą wyścigów samochodowych. Pasja ta towarzyszyła mu także później, gdy stawiał pierwsze kroki jako młody adwokat. Poznając Ecclestone’a, Max Mosley wiedział, że mimo sukcesu przetrwanie March będzie zagrożone, jeśli zabraknie dobrej organizacji i zabezpieczenia finansowego.</p>
<p>Podczas wycieczek po Europie obydwoje zdali sobie sprawę, że organ nadzorujący Formułę 1, FIA z siedzibą w Paryżu, jest uprzedzony do brytyjskich zespołów. Za zgodą FIA Formuła 1 faworyzowała zagraniczne zespoły, zwłaszcza Ferrari, traktując Brytyjczyków jako balast służący jedynie zapełnieniu toru. Co mniej oczywiste, lecz ważniejsze, zdobyty przez Ecclestone’a bilans finansowy ukazał ogromne zyski zgarniane przez organizatorów wyścigów. Zespołom płacono mniej więcej dziesięć tysięcy dolarów za wyścig, choć właścicieli torów było stać na sto tysięcy. Sprytnie chronili swoje interesy, zobowiązując poszczególne zespoły do nieujawniania warunków indywidualnych kontraktów. W rezultacie, jak odkrył Ecclestone, brytyjskie zespoły same finansowały swoje wyścigi. Ecclestone ułożył plan, w którym ważnym elementem było szybkie wprowadzenie zasadniczych zmian w relacjach zespołów F1CA z właścicielami jedenastu torów na dalszą część tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku. Przedstawiono żądania, nadeszły odpowiedzi i rozpoczęły się negocjacje z obwarowanym wrogiem. Pewnego razu, w okresie narad, Ecclestone przyjechał spóźniony do domu Mosleya przy Gloucester Road.</p>
<p>„Co się stało?”, zapytał Mosley. Był zdumiony, bo zazwyczaj Ecclestone zjawiał się punktualnie.</p>
<p>„Jakiś stary jeleń wleciał mi przez przednią szybę”, odparł oschle Ecclestone, choć w rzeczywistości miał za sobą groźny wypadek. Różnice dzielące tych dwóch mężczyzn i ich uzupełniające się talenty stały się oczywiste.</p>
<p>„Twój problem polega na tym – powiedział Ecclestone Mosleyowi – że zawsze chcesz, żeby wszystko było absolutnie jasne. Czasami jest lepiej, jeśli coś nie jest do końca jasne”. Bystry umysł Ecclestone’a wykorzystywał ludzkie słabości – zarówno menedżerów konkurencyjnych zespołów, jak i właścicieli torów. Mosley zdał sobie sprawę, że dilerzy używanych samochodów działają w szczególnym świecie: „Nawet ci uczciwi wyjmowali radia”. Przy podziale zadań Mosley postanowił: „Bernie może się zająć kłamaniem”.</p>
<p>Kiedy latali razem po Europie w B.125, dwusilnikowym buldogu Beagle Aircraft kupionym przez Ecclestone’a wraz z innymi tego typu maszynami od syndyka, Ecclestone skorzystał z okazji i sprzedał jeden z takich samolotów Mosleyowi za dziesięć tysięcy funtów. „Jest uroczy – powiedział mu później Mosley – ale nie lata, a mnie nie stać na naprawę”. Ecclestone, bez cienia skruchy, zauważył ze stoickim spokojem: „Przynajmniej niewiele dałeś za to, że jeździ”. Jesienią tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku Ecclestone wynegocjował lepsze warunki z właścicielami torów i firmami zajmującymi się transportem. Następnym krokiem były negocjacje z rządami.</p>
<p>Pod koniec tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku do Londynu przyleciał zespół argentyńskich urzędników, aby spotkać się z Ecclestone’em i Mosleyem w Excelsiorze. W Argentynie rządziła wojskowa junta i chcąc zwiększyć swoją wiarygodność na arenie międzynarodowej, generałowie zapragnęli, żeby wyścig Formuły 1 odbył się jak zwykle w styczniu. Ku zaskoczeniu Ecclestone’a, nalegali na nagrywanie spotkania. Nie zdołał okiełznać swojego zamiłowania do kawałów. Gdy mówił Mosley, Ecclestone udał brak zainteresowania i wsunął do ogromnego magnetofonu kawałek papieru, przez co czysta taśma zaczęła po cichu zsuwać się na podłogę. Kawał nie zaszkodził jednak umowie dotyczącej organizacji wyścigu. Interes został ubity. Lecąc do Buenos Aires z jedenastoma zespołami, w tym z dwoma własnymi samochodami i trzema modelami marcha Mosleya, Ecclestone miał określony cel: Brabham miał zdobyć zwycięstwo i dowieść swoich umiejętności organizacyjnych.</p>
<p>„O pieniądze się nie martwcie – powiedział właścicielom zespołów, którzy bali się, że restrykcje walutowe uniemożliwią przelew argentyńskich peso do Europy. – Wszystko załatwiłem”. Obiecał, że środki finansowe zostaną udostępnione w Londynie w zamian za zablokowane argentyńskich funduszy. Układ dał początek zabawnej bajeczce krążącej w środowisku Formuły 1: mówiono, że Ecclestone kontroluje dwieście kont bankowych na całym świecie i dokładnie wie, ile pieniędzy leży na każdym z nich.</p>
<p>W boksach Ecclestone okazał się nieustraszony. Usłyszawszy, że między jego dwoma kierowcami, Grahamem Hillem i Carlosem Reutemannem doszło do sporu o wybór silników, wezwał do siebie obu mistrzów. „Słuchajcie, nie chcę tu więcej kłótni. Przydzielimy silniki na cały rok, dobra? – Rzucił monetą i kazał kierowcom wybrać orła albo reszkę. – No, sprawa załatwiona.  I nie chcę więcej słyszeć o silnikach”. Żaden z tych dwóch zawodników nie zdobył chwały w późniejszym wyścigu.</p>
<p>Kiedy cyrk grand prix dotarł na tor Kyalami niedaleko Johannesburga, gdzie w marcu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku miał się odbyć wyścig o grand prix RPA, Ecclestone miał już logistykę w małym palcu i nabrał apetytu na ubicie dobrego interesu. Wiedział, że ryzyko finansowe jest znaczne, ale jego próba przekonania pozostałych zespołów do wspólnego zainwestowania w przedsiębiorstwo promujące ich interesy spotkała się z jedną odpowiedzią: „Nie, sam to zrób”. Po wynegocjowaniu dobrych stawek z Cazaly Mills, firmą przewozową, którą później miał kupić z Ronem Shawem, wezwał zespoły na spotkanie w hotelu Ranch pod Johannesburgiem, żeby przedstawić swój plan. „Gwarantuję wam lepszy układ z organizatorami wyścigu”, powiedział, rozdając właścicielom wszystkich zespołów koperty zawierające jego ofertę obniżenia kosztów transportu bolidów po całym świecie i gwarantowanego dochodu z każdego grand prix. W zamian zespoły miały podpisać umowę, udzielając mu prawa do negocjowania w ich imieniu. Ecclestone zapowiedział, że zgoda zespołów spowoduje podwyższenie jego prowizji do czterech procent sumy nagród. Żadna z osób zgromadzonych przy stole nie wątpiła w szczerość Ecclestone’a. Podczas rozmów diler samochodowy przekonał rywali, że jego słowo jest jego gwarancją i umowa zostanie przypieczętowana uściskiem dłoni. Nikt nie zgłosił sprzeciwu. Właściciele zespołów jednogłośnie przyjęli jego ofertę. Nie pytali, czy Ecclestone zgarnia prowizję od kosztów transportu ani czy oczekuje dodatkowego honorarium od właścicieli poszczególnych torów. Pozbycie się ciężaru w postaci negocjowania stawek w piętnastu różnych wyścigach w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku oraz lepsze warunki transportu pojazdów i ludzi po całym świecie przyniosły podwójną ulgę. Menedżerowie mogli się skupić na wyścigach, wygrywaniu i dobrej zabawie.</p>
<p>„Nie miałem żadnej strategii – przyznał później Ecclestone – bo nie wiedziałem, co mnie czeka. Po prostu podjąłem ogromne ryzyko”.</p>
<p>Aby działać sprawniej, zastąpił Andrew Fergusona Peterem Macintoshem, byłym wojskowym z RAF-u, który mało przekonująco opowiadał o swoim członkostwie w elitarnym zespole akrobacyjnym Red Arrows, oraz powierzył swojej sekretarce Ann Jones zadanie przyjmowania pieniędzy od zespołów i robienia wypłat. Podpisy menedżerów na umowie powierzającej sprawy organizacyjne Ecclestone’owi dawały nowemu członkowi znaczne wpływy. Ecclestone mógł przekształcić F1CA z agencji w biznes. Co niezwykłe, nie miał żadnej konkurencji.</p>
<p>Cztery tygodnie później Ecclestone zaproponował, by zespoły ścigały się w São Paulo. Wynegocjował kontrakt z właścicielem toru i pozyskał sponsora, Rede Globo, brazylijską sieć telewizyjną. Ponieważ wyścig nie został zatwierdzony przez FIA jako część klasyfikacji generalnej Formuły 1, zespoły F1CA zgodziły się w nim uczestniczyć pod warunkiem, że Ecclestone zagwarantuje dochód. Gdy zespoły i ich pojazdy czekały w strefie cargo na lotnisku Heathrow, Mosley był w São Paulo, gdzie starał się zapewnić wypłatę środków przez sieć telewizyjną. Raport, jaki zdał Ecclestone’owi, był zniechęcający. Powiedział, że pieniądze zostaną wypłacone dopiero po wyścigu. Istniało niebezpieczeństwo podstępu. „Dobra, startujemy – oznajmił Ecclestone. – Nie przejmuj się pieniędzmi. Ja to załatwię”. Hazardzista podjął ryzyko. Zespoły ze swoimi pojazdami i sprzętem wjechały na pokład wyczarterowanego samolotu, wdzięczne, że Ecclestone wszystko zorganizował. Colin Chapman, Ken Tyrrell i Frank Williams bratali się z Ecclestone’em, jakby Formuła 1 była rodzinnym biznesem.</p>
<p>Nad Atlantykiem Williams przeszkodził Ecclestone’owi i Teddy’emu Mayerowi, szefowi McLarena, którzy bez przerwy grali w tryktraka, i poprosił o pożyczkę. Ten były mechanik i sprzedawca w sklepie spożywczym, który zaczął się ścigać w austinie A35 i prowadził interesy z budki telefonicznej niedaleko swojego garażu, poznał Ecclestone’a w restauracji San Lorenzo. Przyszedł tam z Piersem Courage’em, z którym mieszkał, a Ecclestone’owi towarzyszył Jochen Rindt. Williamsa nie było stać na ich styl życia, więc „pętał się z boku” i słynął z ciągłych kłopotów finansowych. Miał nadzieję, że w Brazylii dostanie kopertę z pieniędzmi, ale tymczasem potrzebował forsy. Rzucając kostką, Ecclestone zgodził się udzielić pożyczki pod zastaw silnika. Wystarczyła mu ustna umowa z Williamsem. Ecclestone dowodził, że jest nieoceniony. Sam wyścig zadowolił i zespoły, i Brazylijczyków. Ecclestone odebrał od telewizji gotówkę, a szefowie zespołów wypchali nią teczki.</p>
<p>Niezadowoleni byli jedynie organizatorzy grand prix obwarowani w swoich cytadelach w Paryżu i Monako. Negocjacje Eccelstone’a z właścicielami torów miały na celu odebranie organizatorom wyścigów kontroli nad Formułą 1. Zamierzał on odmienić ten sport w ciągu kilku miesięcy. Michel Boeri, organizator Grand Prix Monako był szczególnie niezadowolony. Mając wsparcie FIA, szykował kontratak. Aby dowieść, że to tory, a nie zespoły kontrolują ten sport, oznajmił, że liczba bolidów mogących się ścigać w Monako zostanie zmniejszona do szesnastu. Mosley zorganizował spotkanie z Boerim w Madrycie, żeby negocjować rozejm, i wyjechał stamtąd z umową, zgodnie z którą w wyścigu mogło wystartować dwadzieścia sześć samochodów. Wkrótce po przybyciu angielskich zespołów do Monako Boeri zmienił jednak zdanie. Powiedział, że zredukował tę liczbę do dwudziestu. Po konsultacji z zespołami Mosley oznajmił Boeriemu, że jeśli ten nie wywiąże się z wcześniejszej umowy, wyścig zostanie zbojkotowany. W odwecie monakijska policja zatrzymała pojazdy F1CA, zakładając kłódki na bramę garażu. Nastąpił impas. Żaden z zespołów nie zgadzał się na udział w wyścigu, w którym nie może wystartować dwadzieścia sześć pojazdów, a zaczynali już przybywać kibice. Zdenerwowany Boeri zaproponował ustną gwarancję, ale Ecclestone odmówił. Powiedział, że bez dwudziestu sześciu pisemnych zezwoleń wyścig się nie odbędzie. Boeri skapitulował. Ściskając dokumenty w ręku, Ecclestone poszedł do garażu, wsiadł do brabhama i zwolnił hamulec. Jego stopy nie mogły dotknąć pedałów, bo bolid toczył się w stronę pola startowego. Niekontrolowane koło przejechało po stopie policjanta. Ecclestone uśmiechnął się do wściekłego funkcjonariusza.</p>
<p>Sukces go rozzuchwalił. Ecclestone postanowił udowodnić, że jest nie tylko skuteczny, lecz także zaangażowany w służbę interesom zespołów. Chapman, Williams i Mayer zauważyli jego niezwykły talent. Na ich zebraniach Ecclestone notował wszystkie żądania, zapisując je nieczytelnym pismem na żółtych samoprzylepnych karteczkach, i obiecywał znaleźć rozwiązanie. Mając wsparcie zespołów, Ecclestone zaczął się domagać wyższych stawek od organizatorów wyścigów. Europejskie tory zaczęły płacić mniejszym zespołom mniej więcej piętnaście tysięcy funtów. Ecclestone ustalił swoją stawkę na poziomie stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów za wyścig, podnosząc ją w wypadku wyścigów poza Europą, żeby pokryć wydatki. Powiedział, że F1CA będzie dzieliło te pieniądze między siebie. Właściciele torów zarzekali się, że stały dochód z biletów uniemożliwia wypłatę wyższych sum. Aby odkryć strategię przeciwnika, w połowie prowadzonych na Heathrow negocjacji z właścicielami torów, Ecclestone zaproponował przerwę, żeby obie strony mogły rozważyć swoje stanowisko. „Zaczekamy na was tutaj”, powiedział Ecclestone, sugerując, że to właściciele torów mają opuścić pomieszczenie. Gdy tylko wyszli, sięgnął do kosza na śmieci, żeby wyciągnąć liściki, które podawali sobie podczas dyskusji. Ten obrazek udaremniał wszelkie próby sklasyfikowania Ecclestone’a. Podczas rozmowy Ecclestone pozował na konkretnego biznesmena, ale, jak cierpko zauważył Mosley: „Jeśli w czasie lotu zechcesz wydmuchać nos, to kiedy odłożysz chusteczkę, na twoim podłokietniku będzie się opierał łokieć Bernie’ego”.</p>
<p>Na początku sezonu w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku wszystkie piętnaście torów wyścigowych z różnym powodzeniem podpisało umowy z F1CA. Trzy tory spoza Europy – w Argentynie, RPA i Brazylii – zgodziły się zapłacić po sto dziesięć tysięcy dolarów. W Europie tory podniosły stawkę do pięćdziesięciu sześciu tysięcy. Nie wszystkie gwarantowały zysk. Ecclestone wiedział, że ściganie się na torze Watkins Glen pod Nowym Jorkiem przyniesie straty, ale nie powiedział o tym zespołom. Uznał, że i tak by się tym nie przejęły. „Nie chcą podejmować ryzyka”, powiedział Mosleyowi. Ponieważ zespoły ufały jego zdolnościom organizacyjnym, a on odpowiadał za podział pieniędzy, zaproponował nagrodę „zwycięzca bierze wszystko”. Opracował skomplikowaną formułę opartą na rankingach nie tylko w danym wyścigu, lecz także podczas treningów, uwzględniając w niej ponadto zdobyte pole startowe, wyniki w poprzednich sezonach i to, czy pojazd ukończył wyścig. Uzyskanie zgody na ten system nie było łatwe. Zebrania F1CA zrobiły się poważne. Aby uwiarygodnić się w oczach właścicieli torów i sponsorów, Ecclestone chciał wyeliminować ciągłą obawę organizatorów wyścigów o to, że zespoły w ostatniej chwili odwołają przyjazd i rozczarują kibiców. Aby uniknąć takich nieprzyjemności, Ecclestone zamierzał osobiście dać finansową gwarancję, że wszystkie osiemnaście bolidów F1CA wystartuje we wszystkich wyścigach. Zdał sobie sprawę, że wprowadzenie w umowach takiego zobowiązania położy kres bezsilności FIA wobec zmuszania zespołów do startu. Na zebraniu F1CA w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku opisał swój plan, określając wysokość kar pieniężnych dla zespołów zrywających umowy. Przeczuwając protest, od razu zaczął opowiadać dowcipy i mówić o czymś zupełnie innym, wracając do tematu tylko po to, by zdusić opozycję. Zadowolony, że zespoły są zdezorientowane i poróżnione, zaczął szczegółowo opisywać swój plan. „Ile za to dostaniemy?”, zapytali menedżerowie zespołów, chcąc zmusić Ecclestone’a do wyjawienia, ile sam na tym zarobi. Ale całkowita szczerość była Ecclestone’owi obca. Żeby odwrócić uwagę dociekliwych, znowu zmienił temat, a potem spojrzał na Franka Williamsa w poszukiwaniu wsparcia.</p>
<p>Williams był pewnym sojusznikiem, bo jako sprzedawca używanych samochodów żył ponad stan – do tego stopnia, że rok wcześniej, jadąc na lotnisko Heathrow, żeby wziąć udział w wyścigu na torze Watkins Glen, zatrzymał się pod bankiem, żeby poprosić o pożyczkę i móc zapłacić mechanikom. Często pożyczał od Ecclestone’a pięć tysięcy funtów i oddawał w uzgodnionym terminie, ale ostatnio od razu zapytał: „Możesz mi pożyczyć osiem tysięcy?”. Rozbawiony Ecclestone dowiedział się, że później widziano Williamsa, jak kupował drogie kaszmirowe swetry. Ale w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku Ecclestone wyznaczył granicę. Williams nie spłacił pożyczki zaciągniętej pod zastaw silnika. Wysłano „chłopców Bernie’ego” – dwóch facetów z East Endu znanych na Warren Street – żeby odebrali silnik. Ecclestone oferował przyjaciołom lojalne wsparcie, ale jego hojność nie sięgała aż tak daleko, by działać wbrew jego własnym interesom. Dlatego Williams oddał dług i cykl rozpoczął się od nowa. Oczywiście w zamian Ecclestone oczekiwał, że w razie potrzeby Williams poprze go na zebraniach F1CA. Tym razem potrzebował głosu Williamsa, żeby sfinalizowac udzielenie gwarancji właścicielom torów. Każda decyzja klubu wymagała jednomyślnej zgody.</p>
<p>Głównym krytykiem Ecclestone’a był Ken Tyrrell, wysoki, podejrzliwy handlarz tarcicą, który poprzednim razem doskoczył do stołu w sali konferencyjnej, żeby nastraszyć Ecclestone’a. „Jak się nie odpieprzysz, wyrzucę cię przez okno”, prychnął Ecclestone do większego od siebie mężczyzny. Tyrrell był oczywiście przeciwny proponowanym gwarancjom, więc Ecclestone oczekiwał, że Williams odwróci uwagę jego słuchaczy. W końcu wyczerpani kłótniami szefowie zespołów zatwierdzili plan w zamian za udzieloną przez Ecclestone’a gwarancję dochodów. Wszyscy z ulgą opuścili hotel. Później każdy z menedżerów zespołów pojął, że Ecclestone znowu wygrał, ale i tak woleli, by to on zajmował się negocjacjami i podejmował ryzyko finansowe. Nie było powodu sprzeciwiać się podwyższeniu jego prowizji do ośmiu procent.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Sukces też rodził wrogów. Henri Treu, autorytarny dyrektor FIA pochodzący z Holandii, wspierany przez członków z Francji i Niemiec, przystąpił do kontrataku. Znalazł sojuszników w Royal Automobile Club (RAC), gdzie bardzo chętnie go wysłuchano. Angielska brygada spod znaku „blezerów i sherry”, orędownicy konserwatyzmu, zgodzili się, że należy ukrócić wpływy Ecclestone’a. „RAC to klub dżentelmenów bez dżentelmenów”, skwitował Ecclestone, ignorując ich protesty. Wtedy Treu zaproponował zespołom pieniądze w zamian za odłączenie się od Ecclestone’a. Odmówili wszyscy z wyjątkiem Grahama Hilla. Hill nie lubił Ecclestone’a. Odszedł z Brabhama i sponsorowany przez producenta papierosów, ścigał się pod własnym nazwiskiem bez pomocy F1CA.</p>
<p>Po odejściu Hilla Ecclestone zreorganizował zespół Brabham. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku, nauczywszy się od Colina Chapmana, że warto eksperymentować z silnikami, podwoziem, oponami i strategią, zachęcił Gordona Murraya, aby przeprojektował samochód. Tymczasem sam zastanawiał się nad kruchymi finansami Brabhama. Brytyjska gospodarka wpadła w tarapaty, a po arabskiej inwazji na Izrael i odcięciu dostaw ropy na Zachód Wielką Brytanię pustoszyły masowe strajki, upadki banków, inflacja i pęknięcie bańki na rynku nieruchomości. Ecclestone nie był narażony na poważne długi – rzadko pożyczał od kogoś pieniądze – ale nienawidził ponosić strat.</p>
<p>Pierwszą ofiarą sytuacji stał się Seeley. Ecclestone miał ograniczoną cierpliwość dla przegranych. Jak wielu inżynierom, Seeleyowi brakowało żyłki do biznesu. Ecclestone wiedział, że bez jego pieniędzy firma Seeleya upadnie, ale pakowanie w nią większych sum przyniosłoby straty. „Po prostu płacę za twoją przyjemność – powiedział mu Ecclestone. – Ładuję forsę na twój tonący statek i dostaję rachunek za twoje błędy”. Uznał, że przedsiębiorstwo Seeleya zbankrutuje. Smutek Seeleya nie miał dla niego znaczenia. Seeley mógł odkupić swoje maszyny od syndyka. Ecclestone był nieczuły na widok rozpaczy tego mężczyzny.</p>
<p>„Upadek firmy Seeleya nie miał nic wspólnego ze mną – powiedział. – Już wcześniej borykała się z problemami. Dlatego się do nas zwrócił. Bo przecież nie przyszedł do mnie dlatego, że prowadził świetnie prosperujący biznes”. Pozwolił Seeleyowi kontynuować pracę w Brabhamie, ale nie okazał mu żadnych względów, kiedy pewnego dnia rano przyjechał i zobaczył Seeleya wybrudzonego smarami po całej nocy pracy, podczas której przygotowywał dwa silniki do wyścigu w Belgii.</p>
<p>„Idź się umyć”, rzucił instynktownie Ecclestone. Wiedział, że Formuła 1 wyzyskuje zapaleńców gotowych pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę za psie pieniądze. Ale nawet to mu nie wystarczało. „Seeley dołował innych ludzi w Brabhamie”, powiedział, wyjaśniając dlaczego nie pozwolił mechanikowi pożyczyć ciężarówki, by ten mógł poratować kolegę z toru, któremu wysiadł samochód.</p>
<p>„To była ostatnia kropla – powiedział Seeley, wspominając odmowę Ecclestone’a. – Tamten koleś był dobrym kumplem i potrzebował odrobinę pomocy. To mnie naprawdę dobiło”. Seeley odszedł, ale uwikłał się w długotrwały spór w Ecclestone’em dotyczący wypłaty tysiąca dwustu funtów z National Insurance. W pogoni za pieniędzmi Seeley zdał sobie sprawę, że nie ma kopii umowy podpisanej z Ecclestone’em – ten element powtarzał się później w relacjach zawodowych Ecclestone’a z niektórymi pracownikami. Ecclestone dotrzymywał umów – zawieranych na piśmie albo przypieczętowywanych uściskiem dłoni – ale ważny okazywał się sposób zrozumienia ich warunków, podobnie jak posiadanie pisemnej umowy, którą gorliwy pracownik czasami przeoczał, gdy Ecclestone wrzucał papier do swojej nieodłącznej teczki. W wypadku Seeleya umowa była „zagubiona” do chwili, w której omyłkowo przesłano jej kopię jego adwokatowi. Seeley zgodził się zakończyć spór po otrzymaniu od firmy Ecclestone’a sześciuset funtów.</p>
<p>Seeley był ofiarą poniesioną w krytycznym momencie życia Ecclestone’a. Formuła 1, która zaczynała jako hobby finansowane przez jego salony samochodowe, stała się epicentrum jego istnienia. Związany z nią styl życia był wspaniały, zarządzanie F1CA przynosiło zyski, a Chapman pokazał, że dzięki sponsorom i zwycięstwom na Formule 1 można się wzbogacić. Trudniej było natomiast handlować samochodami. Sprzedaż aut kulała, a długie nieobecności Ecclestone’a w salonie Jamesa Spencera zredukowały zyskowny biznes do czegoś, co Brian Shepherd, rewident księgowy, nazwał „pierdółką”. Wprowadzenie VAT-u w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku skomplikowało sprzedaż za gotówkę. Ecclestone doszedł do wniosku, że branża samochodowa się zmieniła. „Przechodzę na emeryturę – zażartował. – Nie chcę być poborcą podatkowym na usługach rządu. Zamierzam jeździć po świecie z samochodami Brabhama”. Sprzedał salon Jamesa Spencera i przeniósł biuro na Creek Road w Greenwich, niedaleko klipera „Cutty Shark”.</p>
<p>W pomieszczeniach nad wykorzystywanym przez Brabhama sklepem z silnikami Alfa Romeo Ecclestone zatrudnił wyłącznie Ann Jones. Jego dochody gwałtownie spadły, zależne już wyłącznie od wpływów z dzierżawy kilku nieruchomości i resztek kredytów samochodowych. Mimo to dyrektor banku Lloyds z Bexleyheath nadal zabiegał o spotkanie ze swoim najlepszym klientem, choć ten rzadko brał pożyczki. „Jak on się nazywał?”, zapytał Ecclestone swoją sekretarkę po wyjściu dyrektora. W środy jeździł do Weybridge. Gordon Murray obiecał, że zaprojektuje pojazd, który pokona Lotusa. Zgromadzeni wokół białego bolidu inżynierowie Murraya, odziani w nowe kombinezony, z idealnie uporządkowanymi narzędziami, wydawali się zdyscyplinowani. Na zewnątrz stała duma Ecclestone’a: pierwszy transporter Formuły 1 z logo Brabhama wymalowanym na metalicznej powłoce, wyposażony w nową kuchnię zainstalowaną w środku z myślą o wyścigach grand prix. Ecclestone zaryzykował, ale opłaciło się. Cały biznes wyścigowy był żywo zainteresowany. Ecclestone nie mógł uwierzyć w swoje szczęście.</p>
<p>„Stawka jest wysoka”, powiedział do Mosleya rozmarzonym głosem. Mosley zdał sobie sprawę, że Ecclestone ryzykuje, aby zbudować imperium. Podczas pierwszego zebrania w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku Ecclestone zapewnił zespoły o równości i podkreślał, że nic nie może zostać zmienione bez ich jednogłośnej zgody. Dwa lata później przejmował kontrolę.</p>
<p>„Przestałem się przejmować – przyznał Mosley – i nie próbowałem go powstrzymać”. Pierwotny cel ich spółki też uległ zmianie. To Mosley był pośrednikiem, kiedy przewodniczący RAC w końcu się ugiął i zasugerował naprawę stosunków klubu z byłym dilerem samochodowym.</p>
<p>&nbsp;</p>
<div><br clear="all" /></p>
<hr align="left" size="1" width="33%" />
<div>
<p><a title="" href="#_ftnref1">[1]</a> <em>Oddjob</em> (ang.) – praca dorywcza (przyp. tłum.).</p>
</div>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/14/formula-1-to-ja-bernie-ecclestone-fragment/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Andrzej Ziemiański, &#8222;Za progiem grobu&#8221;</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/13/andrzej-ziemianski-za-progiem-grobu/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/13/andrzej-ziemianski-za-progiem-grobu/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 13 May 2012 10:57:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Agnieszka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Sensacja]]></category>
		<category><![CDATA[Andrzej Ziemiański]]></category>
		<category><![CDATA[Fabryka Sensacji]]></category>
		<category><![CDATA[Fabryka Słów]]></category>
		<category><![CDATA[literatura sensacyjna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=5999</guid>
		<description><![CDATA[Andrzej Ziemiański, Za progiem grobu, [Fabryka Słów], Lublin 2012 Książkę można kupić w księgarni internetowej Selkar w świetnej cenie! Andrzej Ziemiański jest polskim autorem science-fiction i fantasy. Debiutował na łamach Sigmy....]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_6000" class="wp-caption alignleft" style="width: 202px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/za-progiem-grobu.jpg"><img class="size-medium wp-image-6000" title="za progiem grobu" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/za-progiem-grobu-192x300.jpg" alt="" width="192" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Andrzej Ziemiański, &quot;Za progiem grobu&quot;</p></div>
<p>Andrzej Ziemiański, <em>Za progiem grobu</em>, [Fabryka Słów], Lublin 2012</p>
<p><strong><a href="http://selkar.pl/aff/kochamksiazki/za_progiem_grobu_andrzej_ziemianski_p_215509.html">Książkę można kupić w księgarni internetowej Selkar w świetnej cenie!</a></strong></p>
<p>Andrzej Ziemiański jest polskim autorem science-fiction i fantasy. Debiutował na łamach <em>Sigmy</em>. W roku 1997 założył wraz z Eugeniuszem Dębskim pierwsze polskie czasopismo internetowe poświęcone fantastyce – <em>Fahrenheit</em>. Współpracę z pismem zakończył w 2004 roku. Jego opowiadania publikowane były zarówno w antologiach, jak i w czasopismach (np. <em>Science Fiction</em>). <em>Za progiem grobu </em>to kolejna powieść autora, która trafiła na księgarskie półki w tym roku.</p>
<p>Andrzejewski to pracujący samodzielnie śledczy, a może detektyw, ciężko określić jednym słowem to, co robi. w tej chwili pracuje nad zleceniem otrzymanym od Richtera &#8211; urzędnika skarbowego. Ma odnaleźć chłopaka z dobrego domu, który uciekł, wcześniej czyszcząc konto z pokaźnej kwoty. Andrzejewski jest piekielnie skuteczny, więc znalezienie młokosa nie jest dla niego zadaniem ani trudnym, ani wymagającym. Nadopiekuńcza matka chłopaka chce koniecznie wiedzieć, dlaczego służby państwowe nie poradziły sobie ze śledztwem i zleca kolejne zadanie. Jego wykonawcą jest oczywiście niezawodny Andrzejewski.</p>
<p>Do sprawy Richter włącza również doktor Beatę Bader &#8211; psycholog, która służyła w Afganistanie. Lekarka jest bardzo atrakcyjną kobietą, uzależnioną od męża, który kontroluje każdy jej krok i stosuje wymyślne kary cielesne. Co ciekawe, Beata akceptuje to i lubi, sama wręcz doprasza się ukarania.</p>
<p>Nasza para detektywów (nazwę ich tak dla ułatwienia) zajmuje się sprawę, w której większość pytań pozostaje bez odpowiedzi. W mieście giną bezdomni, ktoś porywa ich i nikną bez śladu. Jednocześnie nieznani sprawcy czyszczą konta bankowe wpływowych ludzi. Obie sprawy nie mają na pozór z sobą wiele wspólnego. Czy jednak na pewno?</p>
<p>Do czego jest w stanie posunąć się człowiek, aby zdobyć pieniądze? Jak bardzo może zaryzykować, aby poznać odpowiedź na nurtujące go pytania? Andrzej Ziemiański oprócz świetnej powieści stworzył studium ludzkiej natury. Na kilkudziesięciu ostatnich stronach poznajesz motywację, jaką kierowali się przestępcy. Dowiadujesz się, co jest w stanie zrobić dla miłości, pieniędzy czy sławy i ile ludzkich dusz może poświęcić. Książkę czyta się rewelacyjnie, jak zawsze (przynajmniej w moim przypadku) książki Ziemiańskiego. Kawał dobrej sensacji, z wartką akcją i ciekawymi postaciami. Jeśli lubisz lekturę z dreszczykiem &#8211; ta książka jest dla Ciebie. Polecam!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/13/andrzej-ziemianski-za-progiem-grobu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Premiera &#8222;Polskiego piekiełka&#8221;</title>
		<link>http://kochamksiazki.pl/2012/05/11/premiera-polskiego-piekielka/</link>
		<comments>http://kochamksiazki.pl/2012/05/11/premiera-polskiego-piekielka/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 11 May 2012 16:30:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Ioannes Oculus</dc:creator>
				<category><![CDATA[Premiery]]></category>
		<category><![CDATA[Wieści]]></category>
		<category><![CDATA[Bellona]]></category>
		<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[premiera]]></category>
		<category><![CDATA[Sławomir Koper]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://kochamksiazki.pl/?p=5978</guid>
		<description><![CDATA[Wczoraj miała miejsce ciekawa premiera: Sławomir Koper &#8211; Polskie piekiełko. Życie prywatne elit uchodźstwa polskiego 1939–1945 Nowa książka Sławomira Kopra to pozycja poruszająca tematy pomijane w dotychczasowych publikacjach. Sprawy wstydliwe,...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class='wp_fbr_top'></div><div class='wb_fb_top' style='text-align:'></div><div id="attachment_5980" class="wp-caption alignleft" style="width: 221px"><a href="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/Koper-slawomir-polskie-piekielko.jpg"><img class="size-medium wp-image-5980" title="Sławomir Koper, &quot;Polskie Piekiełko&quot;" src="http://kochamksiazki.pl/wp-content/uploads/2012/05/Koper-slawomir-polskie-piekielko-211x300.jpg" alt="Sławomir Koper, &quot;Polskie Piekiełko&quot;" width="211" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Sławomir Koper, &quot;Polskie Piekiełko&quot;</p></div>
<p>Wczoraj miała miejsce ciekawa premiera:</p>
<blockquote><p><strong>Sławomir Koper &#8211; Polskie piekiełko. Życie prywatne elit uchodźstwa polskiego 1939–1945</strong></p>
<p>Nowa książka Sławomira Kopra to pozycja poruszająca tematy pomijane w dotychczasowych publikacjach. Sprawy wstydliwe, rzucające cień na polską emigrację po klęsce wrześniowej: spory polityczne, rozgrywki personalne, bezwzględną walkę o władzę.</p>
<p>Eliminację z życia publicznego ludzi związanych z sanacją, chorobliwe rozliczenia z przeszłością, obozy internowania dla niewygodnych oficerów i polityków. Ambicje i brak zdecydowania generała Sikorskiego, żenujące obsesje jego podwładnych, konflikty wstrząsające polskim światem w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku.</p>
<p>Informacje zaskakujące, czasami wręcz nieprawdopodobne i bardzo odległe od stereotypowego postrzegania polskiej emigracji tego okresu. Ale autor znalazł też inne tematy. Nieprawdopodobne losy pięknej Krystyny Skarbek (ulubionej agentki Churchilla), obrazy z życia polskich bohaterów &#8222;Bitwy o Anglię&#8221;, rozpad przyjaźni skamandrytów, tajemniczą postać Józefa Rettingera, kobiety w życiu generała Andersa czy zadziwiające przypadki byłego premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego. I dziwną grę hitlerowskiej Abwehry patronującej wyjazdowi z okupowanego kraju rodziny Sikorskiego i żony generała Sosnkowskiego. I to zapewne bez wiedzy samych zainteresowanych&#8230;</p>
<p>W książce miedzy innymi:<br />
- skandaliczna sprawa rozliczeń za rządy sanacji i klęskę wrześniową,<br />
- czy Sikorski był przed wrześniem 1939 roku agentem francuskim? Czy przekazał Czechom<br />
polskie plany inwazji na Zaolzie?.<br />
- dziwna sprawa ewakuacji z kraju: Heleny Sikorskiej, Zofii Leśniowskiej i Jadwigi Sosnkowskiej,<br />
- kto zaszczuł Wieniawę na emigracji? Czy Piłsudczycy odpowiadają za jego śmierć?.</p>
<p><em> Sławomir Koper &#8211; Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939-1945</em> (oprawa miękka)<br />
Wydawca: Bellona<br />
EAN 9788311123014<br />
440 stron<br />
format 145&#215;205 mm<br />
oprawa miękka</p></blockquote>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://kochamksiazki.pl/2012/05/11/premiera-polskiego-piekielka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

