Wokół książek

Bitwa pięciu armii – recenzja. Dobrze, że to już koniec

Written by Jan Oko
  • Ocena filmu

Film Hobbit, Bitwa pięciu armii była dla mnie obowiązkowym punktem do odhaczenia na liście zadań tolkienowskich. Jako człowiek wychowany na twórczości autora Władcy Pierścieni musiałem zobaczyć to, co z książką zrobił Peter Jackson. Musiałem, bo po części drugiej (pisałem o tym na iocus.pl) już nie chciałem, a jedynie miałem obowiązek. Film mnie nie zaskoczył.

Zaczyna się widowiskowym zniszczeniem miasta na jeziorze przez Smauga. Potem mamy krótką przerwę i jeszcze bardziej widowiskową bitwę pod Samotną Górą. Gdzieś w miedzyczasie wszystkie strony się pokłóciły o złoto, ale ten problem odsunięto na drugi plan na czas walki. Nie wiadomo czy do niego wrócono po walce. Na koniec Bilbo wraca do Shire, gdzie zastaje pusty dom, bo wszystko sprzedano na aukcji. Tak w skrócie przedstawia się fabuła Bitwy Pięciu Armii.

Legolasowi kończą się strzały

Ta scena wzbudziła szok i niedowierzanie. To jest niemożliwe w uniwersum Tolkiena Jacksona. Scena sama w sobie jest dramatyczna i nie powinna budzić ironicznego uśmiechu na twarzy. Na oczach Legolasa rozgrywa się śmiertelny pojedynek między Tauriel a potężnym orkiem, a on nie może jej pomóc ze względu na dzielącą ich górską przepaść. Jednak na tle całej trylogii (a także filmowego Władcy Pierścieni), gdzie kołczan bez dna jest standardowym wyposażeniem, a zjazdy na trąbie olifanta wchodzą w zakres podstawowego wyszkolenia bojowego elfów leśnych, ten moment staje się po prostu śmieszny. Potem utworzenie mostu przez przewrócenie ruiny wieży obserwacyjnej już wcale nie dziwi.

W filmie tego typu momentów jest sporo. Raz budzą śmiech, innym razem są żenująco nierealne. Wszystkie podrasowane ponad przyzwoitość efektami komputerowymi. Bard zabija Smauga pospiesznie skonstruowanym łukiem, Bilbo tuż po śmierci Thorina, jeszcze brudny od krwi siada obok Gandalfa, który spokojnie pyka fajkę i uśmiecha się jakby nic się nie stało. Bohaterowie znów mają niespożyte siły i w krótkim czasie przebiegają bez zmęczenia wielkie odległości po nierównym terenie nie zwracając uwagi na to, że przed chwilą toczyli ciężki bój z przeważającymi siłami przeciwnika.

Wisienką na torcie było wprowadzenie znanych z Diuny czerwi. Pasują jak pięść do nosa i są zupełnie zbędne. Obrazuje to zafascynowanie reżysera technologią komputerową, którą upycha wszędzie gdzie to tylko możliwe.

Film był głupszy, więc ciut lepszy

Trzecia część składała się głównie z bitwy — a nawet dwóch (ze smokiem nad miastem oraz tej tytułowej). Z pozostałych elementów fabuły Jackson rozwinął wątek mieszkańców Esgaroth szukających schronienia oraz Thorina walczącego z samym sobą i chciwością — smoczą chorobą. Negocjacje były krótkie, więc niewiele można było zepsuć, natomiast Thorin został ciekawie ukazany w chwilach słabości. Ten wątek spodobał mi się najbardziej. Wszystko co działo się w Samotnej Górze jest tą najlepszą częścią filmu. Reszta to specjalizacja Jacksona, czyli wielka bitwa z mnóstwem efektów. Popisał się jak potrafił i mimo wielu bzdur, nieścisłości i śmieszności, całość wyszła dzięki temu trochę lepiej niż poprzednia część. Mniej gadania, więcej akcji, w tym widać odnajduje się twórca Martwicy mózgu.

Paradoksalnie więc film zyskał. Lepiej mi się go oglądało właśnie z tego względu. Dużo akcji, która nie wymagała myślenia połączona z efektami specjalnymi i jakoś (z piwem w ręce) dało się przez to przebrnąć. Nie był konieczny umysłowy wysiłek, mniej miejsc do zepsucia, więc całość zyskuje. Można zachwycać się „fajerwerkami” a nie zastanawiać się, czy w Śródziemiu obowiązują jakiekolwiek prawa fizyki czy logiki.

Miało być mniej dla dzieci

Hobbit powstał jako historyjka dla dzieci. Stąd zaczyna się tak bardzo bajkowo i przez pierwsze rozdziały jest utrzymany w stylu dalekim od eposu. W miarę jednak jak historia się rozrastała i łączyła z innymi wątkami tolkienowskiego legendarium, zmieniał się styl powieści. Pomysł, aby wersję filmową od początku zmodyfikować tak, aby współgrała stylem z Władcą Pierścieni wydaje się zabiegiem ciekawym, który byłby możliwy do wykonania. Sam Tolkien próbował dokonać takich zmian, co zostało odnotowane w ksiażce The History of The Hobbit Johna D. Rateliffa. Na poziomie kreacji świata, wyglądu postaci i innych zewnętrznych elementów — film zrealizował ten cel. Świat, który został pokazany na ekranie, jest światem rodem z wielkiej sagi, a nie bajki dla dzieci.

Jednak w trakcie dokonywania tych modyfikacji reżyser trochę się pogubił. Wprowadził komiczny wątek miłosny, niemożliwy w legendarium Tolkiena, zrobił z Radagasta pożytecznego idiotę od zwierzątek a całość zamienił w rozdęty na trzy części festiwal efektów specjalnych. Gdyby nie to, że w tle przewija się od czasu do czasu oryginalna historia, całość byłaby drogim filmidłem. W mojej opinii wyszedł z tego film, którego kadry mogłyby być dobrymi ilustracjami Hobbita, ale niczym więcej.

Coś pozytywnego

Nie chcąc wyjść na zupełnego malkontenta postaram się o dostrzeżenie plusów w tym, co zrobił Jackson. Z pewnością po wszystkich sześciu filmach czy tego chcemy czy nie, będziemy na Śródziemie patrzyć przez pryzmat jego okularów. To, jak przedstawił ten świat, krajobrazy, zamieszkujące go istoty, miasta i skromne budowle, to wszystko będzie obecne przy lekturze książki, rozmowach o niej itd. Śródziemie stało się popularne, choć czasami w sposób, który zupełnie przeczy całemu jego przesłaniu, jak np. plastikowy Jedyny Pierścień dodawany do popcornu i kreowany jako coś, co każdy musi mieć. Dokonano także wielu badań nad językami stworzonymi przez Profesora i bardzo je rozwinięto. Dzięki temu słyszymy w filmach tak rozbudowane dialogi nie tylko w mowie elfów, ale także krasnoludów czy orków.

Ciągu dalszego nie będzie

Mam nadzieję, że Tolkien Estate nie zmieni zdania i nie pozwoli Jacksonowi sfilmować Silmarilionu. Powstałby serial o dziesiątkach epizodów z dziesiątkami odcinków. Wydano by mnóstwo pieniędzy na efekty specjalne, kostiumy itp. a książkę obłożono by na planie anatemą. Jeszcze by ktoś śmiał podważać pomysły reżysera i twierdzić, że Tolkien ten czy inny wątek rozwiązał inaczej, lepiej…

Osobiście filmowy Hobbit mnie rozczarował. Nie zadziałała magia Śródziemia, bo ten świat widziałem już we Władcy Pierścieni, a Jackson nie stworzył nic nowego, tylko zrobił tego więcej. Fabuła też nie zachwyca, a autorskie pomysły reżysera są co najwyżej fatalne. Zawiodłem się na całej linii.

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

Leave a Comment