Recenzje Romans

Smutna historia lekko opowiedziana

Iga Adams, "Smak Miłości"

Przegrałam walkę z chorobą, która położyła mnie do łóżka na kilka dni, zatem z racji okoliczności zdrowotnych zaczęłam poszukiwania książki łatwej i przystępnej w odbiorze. Polecono mi Smak miłości Igi Adams, która całkowicie spełniła moje oczekiwania co do przyjemności czytania, nawet z gorączką.

Początkowo nie byłam przekonana, obawiałam się opowiastki dla pań zmęczonych codziennym życiem i poszukujących gdzieś pomiędzy obiadem a basenem dziecka innej rzeczywistości w książkach. Ale, jakież było moje pozytywne zaskoczenie, gdy książka okazała się być zupełnie inna, niż zakładałam! Dlatego z góry uprzedzam, jeśli ktoś ma ochotę na tendencyjne romansidło, to lepiej niech nie sięga po „Smak miłości”, bo ta książka ani nie jest „tendencyjna”, ani nie jest „romansidłem”.

Czytając książkę towarzyszymy Weronice w kilku prawdziwie burzliwych latach życia. Poznajemy ją jako samotną dziewczynę mieszkającą z kotem Honorem. Marzącą o wielkiej miłości. A tym silniej marzącej, im więcej osób wokół powtarza, że „to już ten wiek”, „najwyższa pora” i „wypadałoby”.

Starsza siostra Klara właśnie wyszła za mąż, wszystkie przyjaciółki oczywiście są mężatki z dziećmi, tylko Weronika żyje przeszłym związkiem z bożyszczem Grzegorzem. Chcąc jednak coś zmienić, dziewczyna postanawia wziąć życie w swoje ręce i zaczyna poszukiwania „przyszłego męża” na portalach randkowych. Po kilku nieudanych spotkaniach w końcu Weronika poznaje Fryderyka. Mężczyzna ideał – praca w banku, otwarty doktorat, opiekuńczy i czuły… Ale wszyscy dobrze wiemy, że nigdy w życiu nie jest tak dobrze, by coś się nie mogło zepsuć. Zaczynają pomału wychodzić tajemnice, sekrety, niedopowiedzenia…

Przewrotna opowieść, gdzie obserwujemy jak Weronika się przeistacza i ewoluuje, jak zmieniają się jej priorytety, plany i oczekiwania wobec życia. Z każdą przewróconą stroną mamy coś nowego, zaskakującego i nieoczywistego. Bo przy Weronice nie ma nic oczywistego, co mnie w pewnym momencie trochę zaczęło drażnić – jest tak bardzo roztrzepana, niezdarna, naiwna i z takim niewyjaśnionym pechem życiowym (jak coś ma się komuś przytrafić to na pewno Weronice)! Oczywiście ukazanie jej w tak przerysowany sposób ma też swoje plusy, bo mimo wszystko i tak jest to postać, którą się po prostu lubi i koniec końców będzie się jej kibicowało na tej wyboistej drodze życia.

Świeżości i lekkości dodaje jeszcze fakt, że cała powieść utrzymana jest w komediowym, gdzieniegdzie wręcz groteskowym tonie. Adams postarała się o momenty, w których trzeba zrobić przerwę w czytaniu, by się uśmiechnąć. Głównie rozmowy Weroniki z siostrą były dla mnie na tyle zabawne, że musiałam robić chwilę na „wyśmianie się”. Jest to o tyle ciekawe, że nawet w sytuacjach najbardziej beznadziejnych autorka wprowadza czytelnika półżartem w całą tragiczną opowieść.

Idealnym rozwiązaniem jest również to, że przeżywając z Weroniką kolejne dni czytelnik sam szuka odpowiedzi na wszystkie pytania pojawiające się po drodze a zakończenia i tak nikt w pełni nie odgadnie (o to mogę się założyć!). I to zakończenie! Od połowy książki miałam już w myślach porozwiązywane wszystkie tajemnice i obawiałam się, że historia będzie tak przewidywalna. Myliłam się, za co stawiam ogromnego plusa!

I na koniec zostawiłam coś, wobec czego mam pewne wątpliwości, ale są to jedynie sprawy techniczne/ marketingowe/ promocyjne – po pierwsze nazwa i okładka książki. Nazwa „Smak miłości” zupełnie nie odzwierciedla treści książki. To samo tyczy się również okładki: nikt w deszczu nie stał, nikt nie całował się pod parasolem! Tak, wiem, nie ocenia się książki po okładce (i po nazwie?), ale wiem też, że może to wprowadzać czytelnika w błąd.

Druga niezrozumiała dla mnie rzecz, to zabieg przyrównania Smaku miłości do „polskiej Bridget Jones”, który jest według mnie bardzo nietrafiony. Historia Weroniki nie ma nic wspólnego z Angielką rozdartą uczuciowo pomiędzy mężczyznami, oglądającą filmy romantyczne i jedzącą lody. Tutaj również radziłabym czytelnikowi, aby nie sugerował się tym zestawieniem.

I trzecia, ostatnia kwestia, którą warto wyjaśnić, to zapowiedzi Smaku miłości jako „erotycznej powieści”. Nic bardziej mylnego. Dlatego tutaj również ostrzegam, że jeśli ktoś się spodziewa polskiego Grey’a to może się rozczarować.

Po przeczytaniu książki stwierdzam, że „Smak miłości” dla mnie jest wbrew pozorom smutną historią opowiedzianą w sposób bardzo lekki i przyjemny. Sama książka jest odpowiednim towarzyszem na dwa, może trzy wieczory i polecam ją czytać właśnie jako taki „przerywnik”. Zdecydowanie poprawia humor i daje czytelnikowi do zrozumienia w bardzo pokrętny sposób, że „życie jest tu i teraz”, a „szczęście jest na wyciągnięcie ręki”.

About the author

Magdalena Bohaterowicz

Leave a Comment