Czytelnia

„Wieczny Grunwald” – fragment

Written by Jan Oko
Szczepan Twardoch, "Wieczny Grunwald"

Szczepan Twardoch, „Wieczny Grunwald”

Jakiś czas temu na naszej stronie ukazała się recenzja książki Szczepana Twardocha Wieczny Grunwald. Autor sam powiedział o niej, że bardzo mocno ukształtowała jego samego jako pisarza. Z pewnością nie jest to książka łatwa i lekka. Czy warto po nią sięgnąć? Może odpowiedzi dostarczy Wam poniższy fragment. Miłej lektury!

* * *

Jeśm krolowic.

— Jeśm krolowic — szepnąłem, kiedy marłem naprawdę, kiedy marłem po raz pierwszy, po moim krótkiem, prawdziwem, istnem światowaniu, kiedy był jeśm naprawdę. Jestem synem króla.

Nikt mnie nie usłyszał, nie mogli mnie usłyszeć, bo szept mój uwiązł pod stalowym rondem kapalinu, bo ledwieśm wargi rozwarł do tego szeptu, bo nikt nie próbował go usłyszeć, tak jak nikt nigdy nie nachylił ku mnie ucha, tylko tak dawno temu, miriady lat temu, kiedy żyłem naprawdę, moja święta maćka słuchała moich słów, tylko ją obchodziło, co jej mały słodki Paszko jej powie. Jej krolowic. Jej bastert.

Czarny destrier zatańczył na mojej piersi, kopyta pogruchotały mi żebra. Nie dojrzałem, kto siedział w siodle. Może nikt. Kiedy upadałem, kapalin zsunął mi się na twarz i widziałem tylko kopyta i pęciny.

— Jeśm krolowic, króla Kazimira syn — szepnąłem resztką tchu.

Nikt mnie nie usłyszał, bo wokół trwała bitwa. Wokół mnie trwał Grunwald.

Pierwszy Grunwald, istny Grunwald.

Chciałem ujrzeć niebo, zanim umrę, zobaczyć czarnych bogów na niebie, sięgnąłem więc lewą ręką do zasłaniającego mi twarz hełmu — lewą, bo prawą zgruchotała mi maczuga odzianego w skóry męża, którego nie zdołałem już zabić. Sięgnąłem więc lewą ręką do kapalinu, zdołałem zsunąć go z twarzy i ujrzałem niebo, nie było jednak na nim czarnych bogów. Potem umarłem, a potem mnie nie było, a potem byłem znów, już nie światując, lecz wszechżyjąc, wszechumierając.

Umierając, chciałem zobaczyć matkę. Litewska wekiera starła nienawiść i pogardę, która zrodziła się we mnie, kiedy wróciłem do Krakowa w tysiąc trzysta dziewięćdziesiątym pierwszym roku po umownem narodzeniu żydowskiego mesjasza, którego prawie wszyscy znani mi w istnem światowaniu uznawali za Syna Bożego i Boga samego.

Rozwarłem palce, bo nie miałem już siły w mięśniach przedramienia. Miecz wysunął mi się z dłoni. Nie chciałem już tego miecza, nie miałem już woli, aby zacisnąć garść na rękojeści. A był ze mną ten miecz od wielu lat, to znaczy w istnem światowaniu, konałem i wydawało mi się, że był ze mną od zawsze, bo prawie nie pamiętałem tego, co było wcześniej, a kiedy go dostałem, to było tak, jakbym się wtedy rodził. A teraz nie chciałem już tego miecza. Pozwoliłem, by wysunął mi się z dłoni i upadł na ziemię. Przyjdzie potem jakiś ciura i go zabierze, i będzie żył dalej mój miecz, aż w końcu się złamie albo nie będzie można go już dłużej ostrzyć, i wtedy przekują głownię na jakąś nową broń albo narzędzie, i będzie mój miecz żył dalej, w innej postaci. A ja — myślałem wtedy z gorącą nadzieją — zniknę i nie będzie mnie już nigdy, i będzie tylko wielkie, puste nic, czarna, ślepa pustka.

I świat zaczął ciemnieć na skraju, i przesuwała się ta pusta ciemność do środka, do samego centrum świata, które leżało w moim sercu i w mojej głowie, a ja witałem tę czerń z radością. A przecież wokół mnie leżało ich tak wielu, tysiące: Niemców w białych płaszczach z czarnemi krzyżami, Niemców w herbowych jakach, Polaków w jakach herbowych, Żmudzinów, Czechów, Tatarów, Szlązaków, Prusów w strojach knechtów i pruskiego rycerstwa, ciurów i Bóg Gospodzin raczy wiedzieć, kto jeszcze leżał tam na tym polu, pokłuty, posieczony, zbity. I krew zalewała im płuca albo treść z jelit rozlewała się po jamie brzusznej i marli, marli wszyscy i wszyscy czekali tego, co będzie, jak umrą. Niektórzy z nadzieją wznosili swe modły do Jezukrysta i Maryi i czekali, że jeszcze dziś zasiądą po prawicy Gospodna, inni zaś rozpamiętywali swe straszne przewiny i obawiali się, czy pospiesznie teraz szeptanych modlitw starczy im, aby diabli nie wzięli ich na wieczną mękę; inni jeszcze kreślili własną krwią magiczne znaki na ciele i wyczekiwali wysłanników Perkuna, a jeszcze inni wzywali imienia Allaha — ale nikt poza mną nie spodziewał się ani nie wyczekiwał pustki, wielkiego Nic, którego ja czekałem z taką nadzieją, z jaką inni chcieli zobaczyć Maryję Pannę na świetlistym obłoku.

I ciemność przyszła do mnie, przygarnęła mnie, ukryła i ostatnią, gasnącą iskrą mojego „ja” poczułem wielką ulgę i radość, że nareszcie zaznam spokoju, spokoju w niebyciu.

A potem było wieczne nic i trwało tyle, co mgnienie oka, a potem przebudziłem się i nie ma większego bólu w świecie niż takie przebudzenie.

Kiedy zaś umierałem na polach pierwszego Grunwaldu, nie czułem już nienawiści do mojej matki. I potem, jeśli w ogóle można podzielić życie na jakieś potem i przedtem, ta nienawiść wygasła. Była we mnie, ale nie płonęła, jak popioły dawno wystygłego ogniska.

A kiedyś kochałem tylko ją. Kochałem miłością szczególną, bo nienawidziłem całej reszty stworzenia.

Potem było inne życie, gdzieś w cieniu, ledwo mogłem je odtworzyć i zobaczyć, życie, w którym mój ojciec — król — nie umarł i z tego pnia wyrastały gałęzie, w których byłech kimś zupełnie innym: nosiłem podbite jedwabiem futra, ornaty i zbroje. W tym życiu matka jaśniała i nigdy nie zdołałem jej znienaźrzeć.

I takież ja jasnął jeśm, jakoć panosza, jakoć krolowic.

A w istnem światowaniu nawrócił jeśm był k Krakowowi, gdaż miał jeśm lat dwadzieścia i odziewa chudego telkoć s to, co na chrzebiecie i miecze trzy, i stworność szyrmirską miał jeśm, i skapę, i czyn koński chudy.

Hajn koczugi, żeny, cośm z niemi uczynek mężczyński czynił był za śrzebro, to znaczy duchny, kurwy, to one, kiedy wróciłem do Krakowa, przypomniały mi, kim była moja matka. Choć przecież nigdy o tym nie zapomniałem, tylko zepchnąłem to głęboko, głęboko, w miejsce, do którego nie wraca się myślami. W prawdziwym życiu… ale słowo, którego jeśm używał był, to znaczy używałem w prawdziwym życiu, aby to prawdziwe życie określić, to słowo „światowanie”. Z mojej perspektywy lepiej określa to prawdziwe życie tak dawne, że to w zasadzie nieprawda, życie na Ziemi, której już nie ma, tak jak nie ma słońca, które ją obiegało, a któremu jako dziecię rączką robiłem „pa, pa”, kiedy szło spać za horyzont. To właśnie „światowanie”. A życie — to wszystko, co później, co teraz i co w ogóle. Życie, czyli umieranie. Mrzenie.

A maćkę moją znałem tylko dziewięć lat. Odjąwszy lata najwcześniejsze, ile może tych lat być? Pięć? Sześć? Nie umiem powiedzieć, kiedy dziecko nabywa tyle sąmnienia, świadomości, aby móc powiedzieć, że kogoś zna.

Pierwsze, co pomnę, to jak idziemy z matką przez Kazimierz, w którym wtedy nie było jeszcze Żydów, to znaczy byli, ale niezbyt wielu, matka trzyma mnie za rękę, a ja dotykam białego puchu, który spada z nieba.

— Matuśna — seplenię, a ona ściska moją rękę. Wracamy z targu, w drugiej dłoni niesie koszyk, w nim woreczek z mąką, marchew i baranią nogę.

Pamiętam jej ciepło.

A kiedy spotkaliśmy się potem, na końcu czasów, opowiedziała mi, jak powstałem.

Jak dotknął jej król.

Moja maćka nie uważała mojego oćca za człowieka. W istocie, nie był dla niej człowiekiem, był królem, był brodatą figurą Jezukrysta i Boga Gospodna, w co trudno wam oczywiście uwierzyć, mając na uwadze ich relację — czternastoletniej mieszczki i starego władcy. Ale tak właśnie było: król był jak Kryst.

Król ujrzał ją, kiedy przyniosła na zamek coś, czym handlował jej ojciec kupiec — a ja nigdy nie dowiedziałem się, cóż takiego to mogło być. Czy droga tkanka na jakieś szaty, dzban z winem, miód? Nie wiem, czym zajmował się mój dziad. Mogłem się dowiedzieć bez trudu, nawet jeszcze światując, nie mówiąc już o moim przezwiecznym umieraniu, ale ten brak zainteresowania był najdoskonalszą formą pogardy, na jaką umiałem się zdobyć.

Król ujrzał więc moją matkę z okna, jak szła ze swoim zawiniątkiem, które nie wiem, co zawierało, to znaczy wiem teraz, ale przez całe swoje istne światowanie nie wiedziałem, a wolę myśleć tak, jakby to, czego dowiedziałem się później, nie istniało.

Król, pan przyrodzony, który nie umiał czytać ani pisać, lecz władał wielkim krajem od Rajgrodu po Szaflary, od Drahimia po Mohylów, i ten król właśnie skinął na swojego sługę i powiedział mu, aby przyprowadził mu żenę, która idzie po wawelskim dziedzińcu.

Moja maćka również nie umiała czytać ani pisać, lecz nie władała niczym — nawet samą sobą nie władała, bo władał nią jej ojciec, a mój dziad, kupiec, który do Krakowa przybył z Noremberku przed narodzeniem mojej matki. Dlatego maćka mówiła i po polsku, i po niemiecku. A na zamkowym dziedzińcu podszedł do niej królewski sługa i powiedział jej był:

— Poć se mną, junocha!

I ona owa poszła jest, ciem kaźń kaliżdą jiściła jest krom mieszkania.

Czy wiedziała, co oznacza ten rozkaz, który spełniła tak naturalnie i ochoczo? Po prostu szła, nie myśląc, dlaczego idzie ani dokąd zmierza, za królewskim sługą, któremu na imię było Pełka i który był łajdakiem.

A sługa zaprowadził ją prosto do królewskiej komnaty, a maćka moja nie od razu zrozumiała, kim jest ten brodaty mężczyzna w szkarłatnej sukni, bo miała wtedy tylko czternaście lat.

Królowi podobała się jasnowłosa dziewczyna: podobały się mu jej małe piersi, ledwie rysujące się pod sukniami, kosmyki wymykające się spod chustki i długopalce, drobne dłonie, z których wyjął pakunek i cisnął na ziemię, po czym chwycił lnianą suknię mojej matki przy dekolcie i rozdarł ją aż do dołu, i obnażył moją matkę, zerwał z niej ubrania i pchnął ją na wysokie łoże, na którego wezgłowiu widniało ukoronowane „K”.

A ona zrozumiała, kim jest ten brodaty mężczyzna, i zrozumiała też, co się zaraz wydarzy. Król rozgarnął houppelande i nakazał mojej maćce rozwiązać troczki, któremi miał przysupłane nogawice do koszuli; co uczyniła, krom mieszkania.

Jej wąskie, długopalce dłonie rozsupłują troczki. Rozsupłują troczki.

Potem król odwrócił ją na brzuch, jakby była lalką, uniósł jej biodra i mruknął coś pod nosem, niezrozumiale.

— Smiłuj sie nade mną Boże, podług wielikiego miłosierdzia twego — wyszeptała maćka moja początek psalmu pięćdziesiątego, który zawsze był psalmem najdroższym jej sercu, wyszeptała głosem stłumionym przez posłanie na królewskim łożu.

I wydarzyło się. Królewskie rząpie rozdarło moją maćkę, a ona szeptała dalej swój psalm:

— I podług mnożstwa lutowania twego zgładź lichotę moję.

Król, nawykły do tego, że modlą się niewiasty, które kala, modlitw nie słuchał; dyszał głośno, aż w końcu jęknął: „Kryste!”, wyprężył się i już było po wszystkim, królewskie siemię zasiane w żyznej glebie mojej matki.

Krwawiła niezbyt obficie.

— Dalej omyj mie od lichoty mojej i od grzecha mego oczyści mie — szeptała matka. — Bo lichotę moję ja poznawam i grzech moj przeciwo mnie jest zawżdy. Tobie samemu zgrzeszyła jeśm i złe przed tobą czyniła jeśm, by sprawion w mołwach twojich, i przemożesz, gdy cię sądzą.

Król wyszedł z komnaty, a maćka moja nie wiedziała, co ma począć.

Poczęła zaś mnie: właśnie wtedy, kiedy tak siedziała obnażona na łożu ozdobionym ukoronowaną literą „K”, właśnie wtedy wicią dobrze opatrzony plemnik króla wniknął w komórkę jajową mojej matki.

Plemnik ten niósł w sobie geny polskich panów przyrodzonych, domini naturales, potem nazwanych Piastami; niósł też węgierską krew matki króla Władysława, babci króla, który posiadł moję matkę, a jej węgierska krew była też krwią grecką, cesarza Teodora I Laskarisa, który był jej dziadkiem, a więc moim praprapradziadem. A to znaczy, że kiedy dziewięć miesięcy później przyszedłem na świat, miałem w sobie jedną trzydziestą drugą część rzymskiej, jak sami o sobie mówili, albo greckiej krwi Laskarisów, a oprócz tego sporo krwi węgierskiej, arpadzkiej i niemieckiej, po różnych żonach Arpadów, i jeszcze francuskiej, i jeszcze innej.

Ale to wszystko bez znaczenia, bo wtedy, całkiem tak jak w waszych czasach, drodzy dalecy świadkowie mojego życia, krew była tylko krwią. Ważny był fakt prawny. To, że miałem, czy mam w sobie krew greckich wielmożów, cesarzy rzymskich, królów, margrabiów i książąt, nie uczyniło mnie przecież nikim innym niż tylko bastertem.

Moja maćka oczywiście nie wiedziała nic o komórkach jajowych, plemnikach, cesarzach ani Arpadach, nie wiedziała nawet, co się z nią dzieje, kiedy do komnaty przyszedł Pełka. Nie zwracał uwagi na jej niezdarnie osłanianą nagość, nie mówił nic, jedno dał jej suknię spodnią i wierzchnią, dużo piękniejsze niż te, które podarł na maćce mojej król, chustkę dał jej batystową z królewskim monogramem i woreczek, w którym znajdowało się dziesięć groszy krakowskich. Na każdym z groszy widniał napis „KAZIMIRVS PRIMUS DEI GRATIA REX POLONIE”, na rewersie zaś „GROSI CRACOVIENSESS” — ale ani maćka moja, ani mój ojciec nie potrafili tych napisów przeczytać. Mogła za to kupić piękne buty, kilka kur albo baranka, ale nie kupiła.

Siedząc więc na królewskim łożu, na pościeli splamionej jej krwią, chciała się modlić, chciała zwracać się k Gospodnu i nagle zabrakło jej modlitw, szukała ich w pamięci zawzięcie, przerażona, by wreszcie przypomnieć sobie zakończenie psalmu pierwszego, po niemiecku, więc w tym języku zwróciła się do Gospodna:

— Wen erkant hat got, den wek der gerechten, unde der den wek der boßin vortirbit. Ere sy dem vatir unde dem sone, und dem heyligen geyste.

Kiedy w nowych sukniach, z sakiewką i chustką wróciła do domu, ojciec mojej matki, a mój dziad, niemiecki kupiec z Noremberku, wiedział już, co się wydarzyło na zamku, bo Pełka powiedział innym sługom, ci powiedzieli sługom niższym, ci jeszcze niższym i wieść spłynęła w dół, w miasto: że król Kazimir miał uczynek mężczyński z córką Floriana z Noremberku, którego krew również płynęła w moich żyłach, co również nie miało zupełnie znaczenia: skoro krew Arpadów i Laskarisów, i panów przyrodzonych nie miała znaczenia, jakże miała mieć znaczenie krew noremberskiego kupca?

Liczyło się tylko to, że jestem bastert: w królewską krew mało kto wierzył, a ten, kto wierzył, wcale na to nie zważał. Najpierw mój ojciec na polowaniu spadł z konia i złamał nogę. Potem mój dziad zmarł ze zgryzoty, kiedy maćka moja się zbrzuchaciła. Potem zmarł mój ojciec król, wróciwszy z ziemi przedborskiej do Krakowa, podyktowawszy testament, w którym nie było wzmianki ani o mojej maćce, ani o mnie. Maćkę moje wyrzucili po śmierci jej ojca na bruk i urodziła mnie w szpitalu dla ubogich, a potem zamieszkała w domu zbytnim przy łaźniach, gdzie się wychowywałem, machlerza, duchny, kata i cieleśników mając za wychowawców.

Patrzyłem, jak pokładają się z moją matką. Przychodzili po trzecim dzwonie, po którym nie wolno było chodzić po ulicach, i patrzyłem, jak wdrapują się na nią, szukają swoich rząpi pod wielkimi brzuchami i unosić muszą te tłuste żywoty, żeby wnijść w nią; jak charczą, jak szarpią ją za włosy, jak biorą ją od tyłu, jak zadzierają jej nogi, jak im rząpia nie stają i winią za to moję maćkę, wymyślając jej szpetnie, jak ich maćka moja szoruje w wielkich baliach i potem sama do tych balii wchodzi, do wody brudnej z ich potu i kurzu ulicznego.

Jak młodzieńcy kończą po drugim pchnięciu, zawstydzeni, a matka szepcze swoje: „Gospodnie, wysłuchaj modlitwę moję i wołanie moje k tobie przydzi, nie otewrecaj oblicza twego ote mnie” — i spycha ich z siebie.

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

Leave a Comment