Czytelnia

Tadam! Autorka ukończyła dzieło!

Written by Jan Oko

kisiel-koniecJakże miło nam donieść, choć donosić podobno nieładnie, że Marta Kisiel zakończyła pisanie swojej nowej książki! Jej roboczy tytuł, to tam-taram-taaam. Książka zapowiada się równie zabawnie co poprzednia (czyli Dożywocie), co grozi niekontrolowanymi napadami śmiechu i dobrego humoru!

Losy autorki zmagającej się z tekstem można było śledzić na jej fan page’u: Kisiel z Kłulika. Od razu ostrzegamy, że sporo tam wariatów grasuje, choć na szczęście są pozytywnie nastawieni do innych i krzywdy nie robią. Co do książki, to data premiery nie jest jeszcze znana, ale autorka obiecała, że jak będzie znana (data premiery, nie autorka), to nam powie. Wtedy my Wam powiemy i będzie już znana (znowu data, nie autorka). A jak już będzie premiera to zrobimy wywiad, promocje itd. i będzie znana jeszcze bardziej niż jest (autorka tym razem). Jednak zanim nastąpią te cudowne momenty, musimy uzbroić się w cierpliwość, bo trwają alfa, beta i inne testy, ktoś czyta komputeropis albo jakiś wydruk i pewnie autorkę męczy propozycjami ulepszeń. My więc podamy do publicznej wiadomości, że tekst ma 25 rozdziałów i epilog, 439204 znaki ze spacjami i 231 stron wordopisu.

Mamy dla Was coś miłego. Pozbieraliśmy rozsiane po fan page autorki fragmenty i zebraliśmy w jednym miejscu! Miłej lektury!

Marta Kisiel, tam-taram-taaam
Fragmenta

– No to komu w drogę, temu aviomarin! – nagle rozpromieniony Niedaś Przygoda klasnął energicznie, w ułamku sekundy doznawszy głębokiej przemiany duchowej i przewartościowania życiowych priorytetów. – Majty w garść i jedziemy, siostra!

***

Oddawszy mocz w dobre ręce, prokurator przełożony Wołłeczko przystanął jeszcze przed lustrem nad umywalką, aby starannie przyczesać pożyczkę, po czym pchnął drzwi łazienki i dziarskim krokiem wyszedł na korytarz, gdzie wpadł prosto na sterczącą tam niczym słup soli postać.
– Najmocniej prze… – zaczął odruchowo, po czym w okamgnieniu stracił władzę tak nad głosem, jak i nad całą resztą swej dostojnej, prokuratorskiej osoby. Tyle dobrego, że zdążył opróżnić to i owo, inaczej mogłoby być jeszcze gorzej. A tak, zamiast kompromitujących wykwitów na odzieży i towarzyszących im woni, musiał się jedynie martwić absolutną pustką w przykrytej uklepanymi włosami głowie, gdzie srogi wiatr wspomnień hulał sobie w najlepsze i siał spustoszenie wśród sił umysłowych, i siał, i siał, i siał…
– Au… au… au… – dukał nerwowo raz za razem, pocąc się przy tym obficie, nijak jednak nie mógł przypomnieć sobie ciągu dalszego. Jezus Maria, zupełnie jak wtedy, w drugiej klasie, kiedy sterczał pod tablicą w roli przedostatniej ofiary… Przecież się uczył, do białego rana ślęczał, próbując wbić sobie do głowy nie dość, że sam tekst, to jeszcze te koszmarne akcenty. A potem przez pół lekcji słuchał, jak jego koledzy i koleżanki kolejno skandują wiersz, podczas gdy reszta klasy odruchowo kiwała się do taktu w akcie zbiorowego sieroctwa, byle jakoś wesprzeć tego nieszczęśnika, którego właśnie spotykał pisany im wszystkim srogi los, więc umiał, musiał umieć, tylko… tylko… tylko że nie pamiętał… – Au… au… au…
– …rea…
– Aurea! Aurea!!! – triumfalny ryk prokuratora Wołłeczki poniósł się korytarzem. – Aurea prima sata est aetas quae vindice nullo!!! Sponte sua, sine lege fidem rectum… rectum… rectumque colebat!!!

***

– Ja pierdzie… – wydusił Niedaś, lecz nagle zacisnął usta i cały aż spurpurowiał. – NIE! – ryknął i zerwał się na równe nogi. – A właśnie że nie pierdzielę! Najzwyczajniej w świecie pierdolę! Ja pierdolę! JA PIERDOLĘ!!!

***

Odłożywszy słuchawkę, Salka wróciła do swojego pokoju i jak gdyby nigdy nic wpadła w panikę.
Po pierwsze, nie miała się w co ubrać.
Po drugie, nie miała się w co ubrać.
Po trzecie, nie miała się w co ubrać!!!
Na dobry złego początek stanęła przed lustrem i spojrzała prawdzie w oczy. Istne dzieło sztuki. Z figury Rubens, z fryzury Tycjan, z gęby zaś wypisz, wymaluj Picasso. Nic tylko się powiesić – w muzeum, znaczy, najlepiej w jakimś ciemnym kącie. Westchnęła. No dobrze, wątpliwą figurę można zawsze zamaskować grubą warstwą wełny i sztruksu czy innym poncho, fryzurę uklepać, ulizać i teoretycznie ułożyć, a gębę gruntownie zaszpachlować podkładem, trudno to jednak nazwać kreowaniem wizerunku. A już na pewno nie wizerunku kobiety. O, takiej Buki to już prędzej, zwłaszcza jeśli się uśmiechnie, tylko czy chciała iść na prawie że randkę jako Buka właśnie?…

***

W tym układzie dotarli do źródła jazgotu, który niósł się echem pośród parkowej roślinności, a przez niego przebijał się jęczący kobiecy krzyk:
– Kajtuuusiuuu! Kajtuuusiuuu!
Wybiegli zza gęstwiny i znieruchomieli na widok tęgawej jejmości w karakułach i eskimoskach, rwącej ondulowane włosy z głowy. Przed nią zaś, pośród wzbijających się co rusz w powietrze liści, toczyła się zacięta walka na śmierć i życie.
– Forrr de horrrd! Forrr de horrrd! – darł się Roy Keane, bijąc skrzydłami powietrze i goniąc zaciekle za przerażonym, zasapanym mopsem, zapewne rzeczonym Kajtuuusieeem. Bez ani krztyny litości na przemian to wyrzucał z siebie wojenne okrzyki, to szczypał twardym dziobem chudy psi zadek. Mops sapał, dziób kłapał, jejmość jęczała, liście się kłębiły, a peleton gapił oniemiały.
Jako pierwsza zdrowy rozsądek odzyskała Salka i rzuciła się na ratunek zrozpaczonemu psiakowi. Rzuciła w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż po paru metrach biegu poczuła nagle, jak jedna jej noga wystrzeliwuje w kosmos, druga gnie się pod osobliwym kątem, odwłok mknie w kierunku podłoża na bliskie spotkanie z grawitacją, a świat wokół niej wywija energicznego koziołka. Ułamek sekundy później leżała jak długa na nieszczęsnym zmaltretowanym Kajtusiu, na niej zaś podskakiwał Roy Keane i pruł się na całego, próbując dosięgnąć wroga karzącym dziobem sprawiedliwości, aż pierze latało na wszystkie strony.
– Mój Kajtuś!!! – zapiała jejmość.
– Kajtuś srajtuś! – sapnęła w odpowiedzi Salka, czując, jak ptasie pazury masakrują jej kurtkę. Jeden nawet zahaczył o podbródek. – Zdejmijcie ze mnie tę przeklętą papugę!!!

***

– Uhm. Pani Matylda mi powiedziała, że to był psalm. Psalm któryś tam, leciał… jakoś tak… panie, coś tam, coś tam… coś ze słuchaniem?…
– Panie, usłysz mój głos. De profundis clamavi ad te, Domine, exaudi vocem meam, fiant aures tuae intendentes in vocem deprecationis meae… – Bartek urwał, zauważywszy zdziwione spojrzenia pozostałej trójki. Wzruszył ramionami. – No co? Jestem polonistą. Bez znajomości łaciny nie zaliczyłbym literatury staropolskiej, uczyłem się też o zwyczajach godowych szympansów i altannikach, wiem, co to jest potlacz, potrafię napisać stronę WWW w HTML, a obudzony w środku nocy miotam cytatami z romantyzmu w tematyce dowolnej.
– Ale nie masz pojęcia, co to jest Warcraft.
– Najmniejszego.

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

Leave a Comment