Wieści

Ile powinni zarabiać artyści?

Written by Kocham Książki
Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Sztuka od dawna posługuje się kapitalistyczną zasadą podaży i popytu. Artyści, często ci najwięksi, przymierali na przestrzeni dziejów głodem, podczas gdy opływający w dostatki i cenieni przez współczesnych twórcy  dawnych epok, są dziś często zapomniani.

Paradoks sztuki polega na tym, że jest ona towarem, jak inne dobra, jednocześnie jednak nośnikiem niepoliczalnych wartości odnoszących się do tradycji i tożsamości narodowej.

Zatem twórcy może powinni zostać otoczeni przez państwo jakąś szczególną ochroną? Bo jeśli państwo ma trwać, to opiera się ono przecież zwłaszcza na dobrowolnej przynależności swych obywateli, których łączy nie co innego, jak owa tożsamość przez twórców tak dobitnie podkreślana.

Do minionego roku państwo polskie otaczało swych twórców pewnego rodzaju opieką, pozwalając im uznać za dochód jedynie połowę osiągniętego przychodu. To się jednak skończyło, najlepiej zarabiający twórcy mają możliwość odpisania ustalonej przez fiskus (dość wysokiej, przyznajmy) kwoty lub muszą pieczołowicie zbierać faktury kosztowe, które potem (mniej więcej za rok od dziś) powinni przedstawić aparatowi skarbowemu, jednak bez żadnej pewności, że te faktury zostaną rzeczywiście uznane za koszty.

Czy jednak artyści powinni być beniaminkami systemu fiskalnego państwa? A może raczej należałoby ich traktować jak każdego innego przedsiębiorcę, który ma koszty i zyski?

Na ten temat zdania są podzielone. Ci, którzy zarabiają poniżej 85 528 rocznie, a takich jest większość, nie podnoszą larum. Ci bogatsi szukają sposobu uniknięcia kosztownej zmiany. Być może zaczną zachowywać się jak księgowi i zbierać faktury.

Temat, który tu rozważamy zaczyna się nieco wcześniej, u samego początku wyceny dzieła sztuki. Jako autorka będę się wypowiadać jedynie o książkach. Czy autor ma rzeczywiście tak mały wkład w dzieło, jakim jest książka stojąca na półce w księgarni, że dostaje między zero przecinek coś tam, a cztery złote za jeden sprzedany egzemplarz? O większej kwocie nie słyszałam, choć pewnie się zdarzają.

Czasem mi się wydaje, że w pogoni za obniżaniem kosztów należałoby i ten koszt, jaki stanowi autor, po prostu obciąć i wydawać książki bez żadnej treści. To by zresztą było zgodne z potrzebą wiedzy, jakiej nasze społeczeństwo na co dzień doświadcza. Wyszły już tego typu książki, były kupowane i jakoś nikomu brak liter w środku nie przeszkadzał.

Żeby było jasne: uważam, że autor sam musi zadbać o to, by jego książka była atrakcyjna dla czytelnika. Tak, oznacza to właśnie to, co sobie teraz pomyśleliście: będzie coraz więcej gniotów, przez które większość świadomych czytelników nie przebrnie. Nie ma jednak innego wyjścia. Kryterium rynkowe jest jedynym sensownym. Bo któż miałby oceniać wartość książek dla potomnych? Ministerstwo Kultury i Sztuki? Ten niewydolny twór? Jakaś komisja recenzentów? Wolne żarty! Koledzy autorzy? To się uśmiałam!

Wybierając los artysty, skazujemy się niejako na walkę o własną prawdę. Czasem ta prawda boli, jest niepopularna, gorzka, ściąga na nas gromy. Cóż, taki los największych. Za to czeka ich sława u przyszłych pokoleń.

A współcześnie oceniać nas mogą tylko i wyłącznie czytelnicy. To dla nich i o nich piszemy, ich gusta kształtujemy, z nimi rozmawiamy, do nich odwracamy się plecami, kiedy uważamy, że nie dorastają do naszych oczekiwań. Jednak żadna instytucja nie zastąpi instytucji czytelnika.

Że można wydać i promować każdą szmirę? Można. Decyzję w tej kwestii pozostawmy potomności, bo współczesność na ogół się myli.

Czy artysta powinien zarabiać tak żałośnie mało, by nie stać go było na wygodę tworzenia? Z czego ma się utrzymywać ten, kto pisze i sprzedaje niewiele, zarabiając jeszcze mniej?

Cóż, powiem brutalnie – to jego sprawa. Pisanie powinno być rodzajem szlachetnego, wariackiego hobby. Jeśli cię na nie stać, w porządku, jeśli nie – pisz po godzinach. Każdy z nas ma świadomość i rozpoznaje sytuację społeczną. Bywamy redaktorami, nauczycielami, prowadzimy małe biznesy, czasem nie dojadamy, bo chęć powiedzenia ludziom naszej prawdy jest ważniejsza od pełnego żołądka.

Tak wiele dając z siebie społeczeństwu, chcielibyśmy żyć wygodnie, jednak żadna instytucja nie jest w stanie wziąć nas na swój wikt i opierunek. Ani żaden wydawca. Jeśli więc sami mianujemy się artystami, musimy sami nieść ten ciężar ze wszystkimi jego zależnościami. Pisać po godzinach, w podróży, w weekendy. Nie mamy prawa żądać dla siebie specjalnych praw. Kto powiedział, że pisarz musi być zawodowcem? Autorem na pełen etat?

Państwo owszem, powinno dbać o rozwój rynku sztuki, jednak nie jest w stanie każdemu z nas przydzielić pensji. Wydawcy i inne podmioty rynku książki nie podzielą się z nami swoim kawałkiem tortu.

Państwo może jednak i powinno zachęcać ludzi do inwestowania w kulturę i sztukę. Jeśli nie jest w stanie wysupłać nawet 1% dochodu narodowego na ten cel, niechże pozwoli nabywającym sztukę, a zatem poniekąd zatrudniającym artystów, na odpisywanie od dochodu tych zakupów.

Dziś to brzmi jak herezja i mrzonka, mamy przecież taką dziurę w budżecie narodowym! Trzeba jednak patrzeć perspektywicznie. To sztuka i wyłącznie sztuka ma moc ocalenia naszej tożsamości. Będziemy nadal Polakami jedynie dzięki dyskursowi, jaki odbywa się na poziomie sztuki. To ona scala jednostki w naród!

Jeśli rząd tego nie zrozumie, zajmując się doraźnym łataniem dziury budżetowej i przelewaniem z jednego pustego naczynia do drugiego, staniemy się konsumentami obcego popkulturowego śmiecia, który spowoduje, że nikomu z nas nie będzie zależało na tym, gdzie znajdują się granice, ani kim tak naprawdę jesteśmy.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk

źródło zdjęcia: profil autorki na portalu Facebook

About the author

Kocham Książki

Leave a Comment