Wieści

Autor więcej zarobi, roznosząc ulotki, niż pisząc książki!

Written by Jan Oko
Marta Kisiel

Marta Kisiel

Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania…

„Drukiem tych dzieł strasznie moją kasę nadwyrężyłem” – skarżył się Juliusz Słowacki Antoniemu Odyńcowi, pisząc o liczących trzynaście arkuszy drukarskich pierwszych dwóch tomach swych poezji, za których wydanie zapłacił drukarni Pinardów 2000 franków. Takie to już były czasy, że gdy autor – nieważne, poeta czy prozaik, geniusz czy grafoman – chciał coś ogłosić drukiem, zwykle na dzień dobry musiał wyłożyć gotówkę i pokryć koszty papieru, druku i oprawy. A potem rozpoczynał intensywne modły o to, żeby ta niemała skądinąd inwestycja przynajmniej raczyła się zwrócić.

Aż chciałoby się westchnąć z ulgą, że dzisiaj to ho-ho-ho!…

Zaczęło się od tego, że niechcący wsadziłam kijaszek w mrowisko. Najpierw natknęłam się na artykuł Edwina Bendyka Z czego żyją artyści?, w nim zaś na niniejszy ustęp, który z przyczyn oczywistych zainteresował mnie szczególnie:

W 2012 r. po raz kolejny zmalały obroty wydawców, odnotował analityk rynku Łukasz Gołębiewski. Problem nie tylko w słabnącej koniunkturze, lecz również w kryzysie systemowym. Rynek podbijają księgarnie oferujące tanie książki po obniżonych cenach, których pozbywają się wydawcy walczący rozpaczliwie o płynność finansową. – Najbardziej jednak pokrzywdzeni są autorzy – zauważa Monika Regulska prowadząca Agencję Literacką Syndykat Autorów, reprezentującą 20 pisarzy. – Autor, teoretycznie najważniejszy element łańcucha wydawniczego, musi zadowolić się resztkami, obieg książki kontrolują całkowicie dystrybutorzy.

Z tego względu większość pisarzy nie ma co w Polsce liczyć na to, by utrzymać się z pisania książek. Muszą dorabiać jako publicyści i scenarzyści, ewentualnie traktują pisanie jak hobby po godzinach pracy.

Artykuł zalinkowałam na fanpage’u, pojawiły się komentarze. I gdzieś na tyłach mej łepetyny odnalazło się wspomnienie innego artykułu, sprzed około dwóch lat, Co się składa na cenę książki? I dlaczego to ciężki biznes autorstwa Piotra Miączyńskiego i Leszka Kostrzewskiego, któremu to artykułowi towarzyszył sugestywny wykres. Wiadomo, jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów, postanowiłam więc ów wykres pokazać, coby własnym czytelnikom uzmysłowić, dlaczego piszę tak przeraźliwie powoli. Po dobrych paru godzinach, jakie od tego momentu upłynęły, boję się już otworzyć lodówkę – ostatnie udostępnienie, nie tylko z mojego fanpage’a, pochodzi sprzed minuty. A w komentarzach, wiadomo, świst argumentów, noży i epitetów. Z jednej strony – niedowierzanie. Ale że jak to? Że autor, ów ukochany, czytany z upodobaniem autor dostaje zaledwie mizerną okruszynę, co to ze stołu przypadkiem spadła, a pazerny dystrybutor z pazernym księgarzem zagarnia połowę? Z drugiej – toż to kłamstwo, bzdura, spisek, ino mgły i drzewostanu brakuje! Z trzeciej zaś – i w tej grupie sporo jest głosów pisarzy, fantastów i głównonurtowców – smutna konstatacja, że owszem, tak to właśnie wygląda. W cały ten zamęt wpadł w końcu Jan Oko i pod szyldem Kocham Książki też wtrącił swoje trzy grosze.

Jak powszechnie wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, nic więc dziwnego, że Jan, który deklaruje, że marzy mu się otwarcie własnej księgarni, spojrzał na ów wykres nieco innym – nomen omen – okiem niż ja, autor, redaktor, tłumacz i czytelnik w jednej skromnej osobie. Skupił się przede wszystkim na wniosku prostym i, jak sam zauważył, fałszywym, jaki jego zdaniem ze wzmiankowanego wykresu wynika: że wysokie ceny książek to wina hurtowników i księgarzy właśnie, tych krwiopijców, wyzyskiwaczy, wrogów ludu, fauny i flory. Po czym wykazał, jak horrendalne są koszty prowadzenia podobnej działalności, głównego winowajcy upatrując we wrogo nastawionym do przedsiębiorców państwie.

Tymczasem moją uwagę przykuło coś zupełnie innego – mianowicie proporcje. Zwrócił na to uwagę i Edwin Bendyk, i panowie Miączyński i Kostrzewski, a najlepiej ujęła to cytowana już rozmówczyni Bendyka: „Autor, teoretycznie najważniejszy element łańcucha wydawniczego, musi zadowolić się resztkami”. Teoretycznie najważniejszy. Teoretycznie – słowo klucz. Od praktyki chce się wyć.

Abstrahując zupełnie od tego, ile dostaje hurtownik, ile księgarz, czy słusznie, czy niesłusznie, ile mają kosztów, jakie podejmują ryzyko, czy płacą za towar z góry, czy biorą go w komis, czy mowa wreszcie o hurtowniach i księgarniach niezależnych, czy też o łączących obie te funkcje złowrogich sieciówkach – jakby przy tych liczbach nie majstrować, nie zmienia to w żaden sposób faktu, że autor dostaje ochłap. 5–10% ceny okładkowej, jak przytaczają panowie Miączyński i Kostrzewski, ale niekoniecznie. Są i tacy, w tym większość debiutantów, co dostają, owszem, nawet te szalone 10%, lecz nie ceny okładkowej, a kwoty, którą za egzemplarz danej książki otrzymuje do ręki wydawca. A zatem nie 10% z przykładowo 30 zł, jak to z ułańską fantazją wydrukowano na okładce, tylko z 15 zł, co daje wstrząsający przychód rzędu 1,50 zł od egzemplarza. Minus – uwaga, dowcip – podatek. Wykres, który podaje 2–4 zł, przedstawia wersję nad wyraz optymistyczną. Innymi słowy, 2–4 zł to dla wielu autorów wypas, El Dorado niemalże. Nic tylko wsiąść do tramwaju i z obłędem w oczach szastać moniakami przez okno na lewo i prawo.

No dobrze, skoro jest – uwaga, kolejny dowcip – wynagrodzenie, to musi być również i praca, za którą autorowi przysługuje. Tu będę abstrahować raz jeszcze, ponieważ znajdą się u nas i tacy nieliczni pisarze, którzy odnieśli pewien sukces komercyjny, otrzymują od swych wydawców niesymboliczne zaliczki, krótko mówiąc, żyją ze swojej twórczości i mogą poświęcić jej cały swój czas. Mniej lub bardziej, ale to im się już opłaca. Ich pozwolę sobie bezczelnie pominąć. Autor przeciętny, o debiutancie nie wspominając, gdyby miał wyżyć wyłącznie z tego, co napisze i wyda, niechybnie zszedłby wraz z rodziną z tego łez padołu. Musi więc pracować, co jest zajęciem czasożernym, podobnie jak wspomniana rodzina, pisze więc tak jak ja – głównie zarywając noce, a za dnia zaniedbując wszystko to, co tylko da się zaniedbać bez większych szkód czy strat. W takim trybie książki powstają miesiącami, jeśli nie latami, bo samym powietrzem żyć się jednak nie da, zmęczenie obowiązkami zawodowymi daje się coraz bardziej we znaki, a pisanie staje nad wyraz ekscentrycznym hobby. Są też i tacy autorzy, którzy usiłują załapać się na jakiekolwiek stypendium, pozwalające wyrwać w końcu zęby ze ściany i siąść do pracy jak człowiek, w świetle dnia, bez strachu, czy za miesiąc wystarczy na pieluchy dla dziecka, wkład mięsny do gara i trociny dla sportowej wersji chomika. Szczęśliwi ci nieliczni, którym się ta sztuka udała. Reszta – zęby z powrotem w ścianę. Bo wynagrodzenie rzędu 1,50 zł od egzemplarza, pal sześć podatek, to nie są kokosy. Mało tego – spływa co jakiś czas, tu stówka, tam stówka, przy czym pierwsza z owych stówek pojawia się na koncie dopiero po paru miesiącach od rozpoczęcia dystrybucji. Do tego czasu autor, spędziwszy nad książką nie godziny, a całe doby, musi się zadowolić samym widokiem swego dzieła na półce. Z pełną świadomością, że włożył w jego powstanie najwięcej czasu i wysiłku, wyciągnie zaś – najmniej. Przed nim w kolejce po wypłatę stanął bowiem każdy, kto się tylko załapał do łańcucha pokarmowego, ze sprzątaczką wydawnictwa włącznie. Z całym szacunkiem dla przedstawicielek tego zawodu.

Marta Kisiel, "Dożywocie"

Marta Kisiel, „Dożywocie”

Jan Oko wymienił cały szereg kosztów, które musi ponieść dystrybutor czy księgarz. Tyle że autor również swoje koszty ma, teoretycznie wyrównywane przez łaskawe państwo słynnymi pięćdziesięcioprocentowymi kosztami uzyskania. Musi jeść. Musi pić. Musi coś naciągnąć na grzbiet własny bądź dziecka, wykupić leki w aptece czy po prostu podłączyć do prądu komputer, na którym płodzi nocami kolejne dzieła, w perspektywie mając mizerne honorarium w bliżej nieokreślonej przyszłości. Pod warunkiem, rzecz jasna, że wpierw należność za sprzedane egzemplarze w ogóle wpłynie na konto wydawcy. Tymczasem pieniądze, które powinny być od dawna w portfelu autora, spędzają długie miesiące w rękach tego, kto wziął je bezpośrednio od czytelnika – w rękach księgarza, niezależnego czy sieciowego. Dla autora to w zasadzie bez różnicy, i tak ich szybko nie zobaczy. Może co najwyżej wydzwaniać i błagać o to, co mu się teoretycznie – znów słowo klucz – po prostu należy.

Oczywiście, zawsze można powiedzieć: „Tak ci źle, autorze? To znajdź sobie inne hobby”, ale nie w tym przecież sęk. Zwłaszcza że problemem, jaki uzmysławia wspomniany wykres, nie jest niska sprzedaż danego tytułu, a niesprawiedliwy podział zysków. Aż kusi człowieka, żeby sparafrazować wiersz Wszystko dla wszystkich – cóżby wydał wydawca i dystrybuował dystrybutor, krwiopijca czy nie, gdyby autor nie popełnił książki? Gdyby nie poświęcił własnego czasu, snu, życia rodzinnego, żeby stworzyć i dopracować koncepcję, a potem mozolnie przerabiał ją na te nieszczęsne arkusze wydawnicze? Żeby uzmysłowić wszystkim, w czym rzecz – w zależności od wydawnictwa i stawek, czasem więcej na książce zarobi redaktor, który pracuje nad nią od dwóch do czterech tygodni, niż autor po miesiącach ślęczenia nad tekstem. A redaktor zwykle w luksusy nie opływa. Nie przemówiło do wyobraźni? Proszę bardzo, przykład drugi. Pamiętam, jak kiedyś zapytałam pewnego pisarza o delikatną kwestię honorarium. Konkretami operować nie mógł przez wzgląd na zawartą umowę, odparł więc wymijająco, że więcej niż na swoich bodajże dwóch książkach zarobił, swego czasu roznosząc przez weekend ulotki. Satysfakcja satysfakcją, skoro jednak ktoś inny czerpie wymierne zyski z mojego wysiłku, to czemu ja mam sterczeć na samym końcu kolejki i jeszcze się cieszyć, że w ogóle mi cokolwiek skapnęło?…

A przecież wszyscy podskórnie czujemy, jak to powinno wyglądać, czego dowiódł niedawny BookRage. Sprzedano 1999 pakietów książek za tak zwane „co łaska”, które w tym przypadku wynosiło średnio 23,19 zł. Z uzyskanych 46 366,52 zł aż 31 783,63 zł powędrowało do autorów, reszta zaś do organizatorów! Tak zadecydowali czytelnicy. Tymczasem w świecie książek papierowych czytelnicy nie mają w tej kwestii nic do powiedzenia. Warunki dyktuje ktoś inny. Kto? Na pewno nie autor.

Marta Kisiel

źródło zdjęcia: Facebook

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

10 komentarzy

  • Powiem tylko, co zwykle słyszę od wydawców, gdy próbuję negocjować Procenty: „Nie możemy dać Procentów, tylko procenty, bo to my ponosimy wszystkie koszty i ryzyko jest nasze, nie pani. Pani, pisząc książkę straciła jedynie (!) czas, my stracimy pieniądze, jesli inwestycja okaże się nietrafiona.”
    Zawstydzona i przywołana do porządku zamykam się jak ślimak w skorupce, bo fe, autorze, nieładnie. Tak się szarogęsić w cudzym portfelu.

  • A jeszcze z innej beczki. Niedawno gdzieś w sieci pojawił się artykuł o Cormacu McCarthym. Wielki pisarz, nieprawda? A zanim stał się znany, pisał i pracował jako fizyczny pracownik. Inne znane mi przykłady – Lope de Vega. Pisał, a żeby zarobić, musiał zaciągnąć się do wojska i ryzykował życie pod Lepanto w 1571. Cervantes też tułał się od mecenasa do mecenasa i gdzieś nadstawiał skóry. Rozumiem, że kochacie książki i kochacie pisać. Ja też kocham książki i pewnie pisałbym, gdyby Bóg nie poskąpił mi talentu. Ale rozróżniajmy tworzenie sztuki od pracy, bo dojdziemy do absurdalnego wniosku, że trzeba stworzyć jakieś związki zawodowe i płacić autorom tylko za to, że w ogóle piszą.

  • Tyle że mówimy o podziale zysków, a nie o zapłacie za pisanie. Moim zdaniem to różnica zasadnicza. Nie wymagam, żeby mi ktoś płacił, bo piszę, ale buntuję się, kiedy jestem na samym końcu łańcucha pokarmowego, traktowana jak ktoś najmniej istotny w tej wyliczance. Pisanie to praca, a książka jest produktem, na którym zarabia drukarz, wydawca, dystrybutor i pani za ladą księgarni. Autor też chciałaby zarobić.

  • Przede wszystkim, proszę nie wrzucać do jednego worka, księgarzy oraz sieciówek !
    Ani takich marży jak oni nie dostajemy, ani warunków płatności.
    Sieciówki narzucają wydawcom warunki, Księgarze muszę brać co im się daje.

    A już najbardziej niesprawiedliwe i fałszywe jest tutaj stwierdzenie jako pieniądze za sprzedane książki leżały miesiącami u księgarzy w kieszeni.
    Tylko jak to się ma do faktu, że za większość zamówień trzeba zapłacić w terminie 7-30 dni, a z niektórych wydawnictw od razu przy odbiorze książek. !!!

    Proszę się więc zastanowić co Pani pisze , albo zacząć używać dokładnych terminów, nie tworzących nieporozumień oraz fałszywego obrazu sytuacji .

  • Wydawca publikując książkę chce zarobić, to oczywiste. Jeśli zainteresuje się autorem bez wyrobionego nazwiska nie chce stracić, a może tak być jeśli…jeśli coś pójdzie nie tak. Od wieków w tej „rozgrywce” potrzebny był fart. I autorowi i wydawcy. Żadne przepisy tego nie ustalą. Bo jak zmusić szczęście, żeby przyszło? Jeśli autor wyrobi sobie nazwisko i ma grono czytelników, można przewidzieć w ilu egzemplarzach rozejdą się jego książki, wiadomo czy będzie zysk. W takim wypadku chyba wydawca nie skąpi mu zapłaty? Najtrudniej jest debiutującym, ale na to nie ma sposobu…

  • Jeżeli autor nastawia się tylko i wyłącznie na wielki zysk, to albo musi mieć sławne nazwisko, jak pani Danuta W., albo wskoczyć w rynek naprawdę wielką bombą. Moje książki, odrzucane przez wydawnictwa z powodów nie wiadomo jakich, wśród znajomych i znajomych-znajomych rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Zrezygnowałam ze współpracy w z wydawnictwami właśnie dlatego, że za książkę wydaną przez „profesjonalistów” otrzymuję około 2 zł, i chociaż pisze hobbystycznie to cieszy mnie każdy egzemplarz, który wyrusza „w świat”. Cieszę się, że ktoś dostrzega to co ważne, ale tak jest w każdej branże, najwięcej zarabia pośrednik.

  • Nie wydaje mi się, żeby dystrybutorzy, księgarze, wydawcy, byli ‚innymi’ ludźmi. To zwykli, typowi biznesmeni. Mamy takie zasady rynku, zasady zarabiania, zasady systemu. To nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością i mieć nie będzie. Dla wydawcy czy księgarza autor to tylko jeden z trybów maszynki do robienia pieniędzy. Zasada jest prosta – dać najmniej, bo wtedy najwięcej zostanie. Niestety, ludzkość nie wypracowała jeszcze systemu współpracy (a wszelkie próby wiadomo jak się skończyły), mamy system konkurencji, współzawodnictwa, czyli każdy podmiot stara się zniszczyć konkurencję, wykupić lub doprowadzić do upadku i to jest główny motor napędzający system. Jeżeli każdy bierze ile się da a daje tylko tyle ile musi, to nie pozostaje nic innego jak zmusić do dawania więcej. Jak? Przede wszystkim skutecznie, choć nie mam pojęcia jak to zrobić praktycznie. W różnych dużych zakładach pracy rolę takiego zmuszacza (nie zawsze skutecznego) mają związki zawodowe. W przypadku wolnych zawodów sprawa jest trudniejsza. Najlepiej byłoby gdyby autorzy potrafili w jakiś sposób się porozumieć, jakoś zrzeszyć i dogadać. Bo najbardziej skutecznym sposobem byłby taki masowy bojkot – autorów i tłumaczy – a niech wydawnictwa i księgarze przez chwilę nie mają nic do sprzedania. Przez miesiąc, dwa, trzy…. Ciekawe ile wytrzymają. Bo innego sposobu nie widzę. Ingerencja Państwa i regulacje ustawowe? Chyba nie bardzo. Sumienie wydawców i księgarzy? Na pewno nie. Tylko jak zawsze – potrzebny jest ktoś, za kim pójdzie reszta.

  • To jeden z najgorszych tekstów na temat rynku książki jaki czytałem. Ale może przynieść bardzo dobry efekt. Po lekturze tego artykułu być może kolejna grupa autorów zdecyduje się na samodzielne wydawanie książek (self publishing). I dobrze. Dla ludzi zawodowo zajmującym się wydawaniem oraz dystrybucją książek, widok autora, który ma cały dom wraz z garażem zapchany niesprzedanymi książkami swojego autorstwa może być bezcenny.

Leave a Comment