Czytelnia

„Pójdę sama tą drogą” – fragment

Written by Jan Oko
Mary Higgins Clark, "Pójdę sama tą drogą"

Mary Higgins Clark, "Pójdę sama tą drogą"

Zapraszamy do lektury fragmentu książki Mary Higgins Clark Pójdę sama tą drogą. Jednym z przestępstw naszych czasów jest kradzież tożsamości. Książka jest thrillerem opartym na tym zjawisku.

Zan Moreland, piękna i utalentowana projektantka wnętrz u progu kariery na Manhattanie, z przerażeniem odkrywa, że ktoś używa jej kart kredytowych i manipuluje kontami bankowymi. W dodatku nagle zostają ujawnione zdjęcia, które zdają się wskazywać na Zan jako porywaczkę własnego syna, uprowadzonego dwa lata wcześniej z Central Parku. Seria kolejnych wydarzeń utwierdza kobietę w przekonaniu, że ktoś – ale kto? – ukradł jej tożsamość. Ścigana przez prasę, poddana policyjnemu śledztwu, atakowana przez byłego męża i zaciętego konkurenta biznesowego, Zan postanawia zbadać, kto kryje się za tak okrutną mistyfikacją. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że każdy krok na drodze do prawdy ściąga na nią, a także na jej bliskich, śmiertelne niebezpieczeństwo…

Mary Higgins Clark urodziła się w 1931 roku w Nowym Jorku, ale z pochodzenia jest Irlandką. W wieku zaledwie 17 lat została stewardesą w liniach lotniczych Pan American, co pozwoliło jej spełnić marzenia o podróżach. W 1949 roku poślubiła starszego od siebie Warrena Clarka. Po śmierci męża samotnie wychowywała pięcioro dzieci, a gdy podrosły, czyli w wieku 43 lat, rozpoczęła studia filozoficzne na Uniwersytecie Fordham (Lincoln Centre). Uczelnię ukończyła w 1979 roku. Obecnie mieszka wraz z drugim mężem w Saddle River w New Jersey.

Zaczęła pisać zaraz po ślubie, ale swoje pierwsze opowiadanie udało jej się sprzedać dopiero w 1956 roku. Jej pierwsza książka była powieścią biograficzną o George’u Washingtonie. Kolejna powieść-thriller „Gdzie są dzieci?” okazała się bestsellerem i punktem zwrotnym w życiu i karierze autorki. Mary Higgins Clark – nazywana Królową Suspensu – jest najlepiej sprzedającą się autorką tego gatunku powieści w USA. Tylko tam wydrukowano ponad 45 milionów jej książek.

Fragment:

Jest dwudziesty drugi marca. Mój Matthew, jeśli żyje, kończy dziś pięć lat, myślała Zan Moreland. Właśnie otworzyła oczy i przez długie minuty leżała nieruchomo, ocierając łzy, które w nocy często moczyły jej twarz i poduszkę. Zegar na toaletce wskazywał siódmą piętnaście; przespała prawie osiem godzin, co oczywiście zawdzięczała pigułce wziętej przed snem. Tylko wyjątkowo pozwalała sobie na ten luksus, teraz jednak po prostu nie miała wyjścia: świadomość zbliżających się urodzin synka nie dawała jej spać przez cały ubiegły tydzień.

Wciąż dręczyły ją fragmenty powracającego snu, w którym szukała Matthew. Tym razem znów była w Central Parku, znów zaglądała w każdy kąt, wykrzykując jego imię, błagając, by się odezwał. Matthew najbardziej lubił bawić się w chowanego, toteż w swoim śnie Zan miała nadzieję, że wcale nie zaginął, tylko się schował.

Ale nie była to prawda.

Gdybym tylko odwołała tamto spotkanie, myślała po raz setny. Tiffany Shields, babysitterka, przyznała, że kiedy Matthew zasnął, ustawiła wózek tak, aby słońce nie padało mu na buzię, a sama rozłożyła koc na trawie i też się zdrzemnęła. Nie zdawała sobie sprawy, że dziecka nie ma w wózku, dopóki się nie obudziła.

Świadkiem wydarzenia była starsza pani, która zatelefonowała na policję, kiedy przeczytała w gazecie o zaginięciu małego dziecka. Razem z mężem spacerowała po parku z psem i zauważyła pusty wózek niemal pół godziny wcześniej niż opiekunka.

– Wtedy w ogóle się nad tym nie zastanawiałam – mówiła, wyraźnie zdenerwowana. – Myślałam, że ktoś, zapewne matka, zabrał dziecko na plac zabaw. Nie przyszło mi do głowy, że ta młoda kobieta kogoś pilnuje, po prostu spała jak kamień.

Tiffany w końcu przyznała się także do tego, że nie zapięła dziecku pasa w wózku, ponieważ kiedy wychodziła z mieszkania, Matthew spał.

Może wobec tego sam wydostał się z wózka, a potem ktoś zobaczył samotne dziecko i wziął je za rączkę? Także i to pytanie Zan powtarzała sobie do znudzenia. Mało to pedofilów kręci się w pobliżu? O Boże, nie, tylko nie to!

Zdjęcie Matthew ukazało się w całej krajowej prasie oraz w internecie. Tak się modliłam, aby okazało się, że zabrała go jakaś samotna osoba, która najpierw bała się przyznać, ale w końcu jednak ruszyło ją sumienie i zostawiła Matthew w jakimś bezpiecznym miejscu, gdzie łatwo go odnaleźć. Ale po blisko dwóch latach nie było najmniejszego śladu, gdzie mógłby przebywać. Teraz pewnie chłopczyk nie pamiętał już matki.

Usiadła powoli, odgarniając na plecy długie kasztanowe włosy. Mimo że regularnie ćwiczyła, jej szczupłe ciało było sztywne i obolałe. Wszystko przez napięcie, jak powiada lekarz. Nie opuszcza cię ani na chwilę przez siedem dni w tygodniu. Zsunęła stopy na podłogę, przeciągnęła się i podeszła do okna. Zamykając je, chłonęła przez chwilę widok Statui Wolności i nowojorskiego portu o poranku.

To właśnie ze względu na widok zdecydowała się na wynajęcie tego mieszkania pół roku po zaginięciu Matthew. Musiała uciec z budynku przy Osiemdziesiątej Szóstej Wschodniej, gdzie widok pustego pokoju z łóżeczkiem i zabawkami codziennie na nowo przeszywał jej serce jak strzała.

Wtedy też, uświadomiwszy sobie potrzebę czegoś, co choć trochę przypominałoby normalne życie, całą swoją energię skierowała na małą firmę wnętrzarską, którą otworzyła po rozwodzie z Tedem. Ich małżeństwo trwało tak krótko, że kiedy się rozstawali, nie wiedziała jeszcze o swojej ciąży.

Przed małżeństwem z Tedem Carpenterem Zan była główną asystentką i prawą ręką słynnego projektanta wnętrz Bartleya Longe’a. Już wtedy uważano ją za wschodzącą gwiazdę w tej branży.

Pewien krytyk, który wiedział, że Bartley, wyjeżdżając na długi urlop, zostawił cały projekt w jej rękach, wychwalał zdumiewające zdolności Zan do takiego łączenia tkanin, kolorów i wyposażenia domu, aby odpowiadały one ściśle upodobaniom i stylowi życia właściciela.

Zan zamknęła okno i przeszła do garderoby. Lubiła sypiać w chłodnym pokoju, ale długi T-shirt nie chronił jej wystarczająco od przeciągów. Na dziś specjalnie przygotowała sobie bardzo napięty program. Sięgnęła po stary płaszcz kąpielowy, którego Ted szczerze nie znosił, kiedyś więc nazwała go żartem swoim kocem bezpieczeństwa. Dla niej ów szlafrok stał się swego rodzaju symbolem. Kiedy wstawała z łóżka w wyziębionym pokoju, wystarczyło, że się nim owinęła, by było jej ciepło jak w piecyku. Z zimna do ciepła, z pustki do nadmiaru, Matthew zaginiony, Matthew odnaleziony, bezpieczny w jej ramionach, z powrotem w domu. Bo Matthew uwielbiał owijać się tym szlafrokiem razem z nią.

Nie ma już zabaw w chowanego, myślała z oczami pełnymi łez, wiążąc na supeł pasek szlafroka i wsuwając stopy w japonki. Czy jeśli Matthew wydostał się sam z wózka, to właśnie w to chciał się bawić? Ale pozostawione bez opieki dziecko musiało zwrócić czyjąś uwagę. Ile czasu minęło, zanim ktoś wziął je za rączkę i ulotnił się z parku?

Tego dnia, wyjątkowo upalnego nawet jak na czerwiec, w parku było pełno dzieci…

Nie zagłębiaj się w to, ostrzegła się w duchu Zan. Przeszła korytarzem do kuchni, gdzie skierowała się prosto do ekspresu do kawy. Był nastawiony na siódmą i kawa w dzbanku już czekała. Nalała sobie filiżankę i sięgnęła do lodówki po chude mleko oraz pojemnik z sałatką owocową, kupioną w najbliższym sklepie. Po namyśle zrezygnowała jednak z owoców. Wystarczy sama kawa, na nic więcej nie mam ochoty. Wiem, że powinnam więcej jeść, ale raczej nie od dzisiaj.

Sącząc kawę, przebiegała w myślach swój dzisiejszy program. Po krótkim przystanku w biurze miała się spotkać z architektem nowego fantastycznego kompleksu mieszkalnego nad Hudsonem, aby przedyskutować wystrój trzech modelowych apartamentów. Takie zlecenie, gdyby zdołała je zdobyć, to dla niej ogromny sukces. Zasadniczą konkurencję na tej drodze stanowił jej dawny pracodawca Bartley, który nie mógł darować Zan, że zamiast nadal pracować w jego firmie, ośmieliła się założyć własną.

Może i nauczyłeś mnie sporo, ale zrozum, chłopie, ten twój charakter jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia, nie mówiąc już o sposobie, w jaki próbowałeś mnie poderwać. Potem odcięła się zupełnie od tamtego krępującego dnia, kiedy to w gabinecie Bartleya dostała załamania nerwowego.

Zaniosła filiżankę z kawą do łazienki, postawiła ją na toaletce i weszła pod prysznic. Gorąca woda rozluźniła nieco jej mięśnie, a energiczny masaż głowy czubkami palców, który zaaplikowała sobie przy okazji mycia włosów, także zrobił swoje. Kolejny sposób na łagodzenie stresu, pomyślała z autoironią. Tak naprawdę jednak jest tylko jeden…

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

Leave a Comment