Czytelnia

„Szaman z Port Royal” – fragment

Written by Jan Oko

Michał Solanin „Szaman z Port Royal” – fragment książki do poczytania. Może się skusicie na całość?

Michał Solanin, "Szaman z Port Royal"

Michał Solanin, "Szaman z Port Royal"

Mamy dzisiaj dla was fragment książki Michała Solanina Szaman z Port Royal. Książka jest pierwszym tomem cyklu „Opowieści z Half Moon Cay”. Będzie to połączenie marynistyki z fantastyką. Głównymi bohaterami cyklu będą trzy autentyczne postaci, żyjące w Indiach Zachodnich na początku XVIII wieku: Jack Rackham, znany bardziej jako Calico Jack, Anne Bonny i Mary Read. Miłej lektury.

* * *

 

Od autora

Książka ta, będąca pierwszą z cyklu „Opowieści z Half Moon Cay”, jest próbą odmitologizowania postaci pirata, który przez popkulturę został niesamowicie skrzywdzony. Od ponad stu lat pokutuje obraz morskiego rzezimieszka, ukazanego jako infantylny klaun, z hakiem zamiast dłoni, drewnianym kikutem zamiast nogi i koniecznie z pustym oczodołem, starannie zasłoniętym czarną przepaską. Tu jeszcze należy dodać obowiązkową gadającą papugę na ramieniu, która klnie jak szewc i żywi się wyłącznie rumem. Pirat oczywiście musi być w posiadaniu mapy prowadzącej do skarbu zakopanego gdzieś na tajemniczej wyspie.

Takiemu właśnie stereotypowi pirata próbuję się przeciwstawić w tej książce. Pisząc ją, starałem się jak najwierniej oddać realia rządzące światem osiemnastowiecznych żaglowców. Wszystkie występujące w „Szamanie z Port Royal” miejsca istnieją naprawdę. Half Moon Cay to niewielka wysepka między Eleutherą i Cat Island, obecnie nosząca nazwę Little San Salvador. Dziś jest to prawdziwy raj dla turystów, wyspa należy do firmy organizującej rejsy. Fikcją literacką jest natomiast fakt, że w XVIII wieku była główną bazą Calico Jacka. Nie ma na to żadnego potwierdzenia w źródłach. Jest natomiast pewne, że Calico Jack działał głównie na terenie Bahamów oraz w okolicach Bermudów. Bardzo prawdopodobnym wydaje się fakt, że miał kryjówkę na jednej z setek niewielkich bahamskich wysepek, być może nawet na Half Moon Cay.

Uważny czytelnik, interesujący się historią piractwa, zapewne dostrzeże kilka nieścisłości w dziejach poszczególnych pirackich szyprów. No cóż, licentia poetica. Niektóre fakty musiałem lekko nagiąć lub zmodyfikować, aby fabuła tworzyła spójną i pożądaną przeze mnie całość. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że „Szaman z Port Royal” nie jest pracą naukową o życiu Rackhama i jego załogi. Jest to książka mieszcząca się w ramach literatury rozrywkowej. Jej zadanie to przede wszystkim dostarczenie czytelnikowi dobrej zabawy i taki cel, mam nadzieję, udało mi się osiągnąć. Tych czytelników, których moja książka wciągnęła na tyle, że chcieliby poznać prawdziwe losy Calico Jacka, Czarnobrodego czy Black Barta, zachęcam gorąco do lektury tekstów źródłowych i licznych opracowań naukowych.

Na koniec chcę podziękować mojej żonie, która jak zawsze okazała się moim najbezwzględniejszym i najostrzejszym krytykiem. Dzięki jej cennym uwagom i sugestiom wiele pomysłów zawartych w tej książce nabrało nowych barw i odcieni.

 

Amnestia

Świeczka paliła się jasnym, migotliwym płomieniem, rzucając cienie na blat stołu, stojące na nim kubki oraz złowrogie twarze mężczyzn siedzących wokół. Widok tych plugawych gęb, pełnych blizn i szram po cięciach szabel i pałaszy, połamanych nosów i pustych oczodołów zasłoniętych przepaskami, mógł przestraszyć niejednego mieszczucha czy kupczyka. Problem w tym, że do starej tawerny Pod Złotym Trójzębem w porcie Nassau, na wyspie New Providence, nie zaglądał żaden mieszczuch ani kupczyk, a przynajmniej żaden zdrów na umyśle. Speluna cieszyła się złą sławą w całych Indiach Zachodnich, począwszy od Bahamów, na Wicekrólestwie Nowej Granady skończywszy. Od czasów, gdy Port Royal pogrążył się w odmętach oceanu, w pamiętnym trzęsieniu ziemi roku pańskiego 1692, do Nassau zaczęli zawijać coraz częściej piraci i korsarze pozbawieni starej siedziby. Wkrótce Nassau urosło do rangi pirackiej stolicy, jak niegdyś sławny Port Royal. Formalnie New Providence, jak i całe Wyspy Bahama, należały do Korony Brytyjskiej. Formalnie, bo w rzeczywistości mieszkańcy wyspy nie mieli nad sobą żadnej władzy. Kolejni gubernatorzy ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach albo sami uciekali ze zbójeckiego gniazda. Kaznodzieje wieszczyli rychły upadek miasta i los podobny do tego, jaki spotkał jamajski port. Do Nassau tymczasem, nie bacząc na biadolenia pastorów, ściągali piraci z całych Karaibów, niczym muchy do świeżego łajna. Tawerna Pod Złotym Trójzębem stała się ulubionym miejscem spotkań wszelkiej maści szubrawców, morderców, przemytników i zwykłych złodziei. W spelunie, którą prowadził dziadek Bill, były pirat, o którym mówiono w żartach, że pamiętał chyba czasy samego Drake’a, załatwiano interesy, umawiano się na wspólne rejsy czy knuto pospolite intrygi. Można tu było szybko i łatwo dorobić się wielkiej fortuny, albo – jeszcze szybciej i łatwiej – noża wbitego w plecy. Wszystko jednak wskazywało na to, że taki stan rzeczy wkrótce ulegnie zmianie, a to za sprawą niejakiego Woodesa Rogersa, nowego gubernatora Bahamów, znanego z żelaznej dyscypliny i nieustępliwości.

Zaraz po przybyciu do Nassau Rogers ogłosił, że wkrótce wytrzebi piractwo nie tylko na Bahamach, ale w całych Indiach Zachodnich, włączając w to sławetną Tortugę. Zwykle piraci niewiele robili sobie z takich deklaracji, składanych co rusz przez kolejnych gubernatorów Jamajki, New Providence czy Santo Domingo. Tym razem jednak było inaczej. Teraz mieli do czynienia nie z nadętym bufonem o lordowskim tytule, przysłanym z Londynu w charakterze stracha na wróble, lecz z żelaznym Rogersem. Nowy gubernator doskonale znał pirackie zwyczaje, kryjówki poszczególnych szyprów, dogodne kotwicowiska i ulubione miejsca zasadzek. Wiedział, gdzie najłatwiej odnaleźć osławionego Czarnobrodego, gdzie najczęściej poluje Sam Bellamy albo gdzie chroni się po rejsie Bart Roberts. Nie było w tym nic dziwnego, bowiem nowy gubernator był ni mniej, ni więcej, tylko byłym korsarzem. Nie raz i nie dwa wyprawiał się z Charlesem Vane’em czy Willem Dampierem przeciwko hiszpańskiej bądź francuskiej flocie. Teraz wyglądało na to, że w Londynie ktoś w końcu ruszył głową i posadzono właściwego człowieka na właściwym miejscu. Ze szkodą dla miejscowych piratów, rzecz jasna.

To tłumaczyło grobowe miny siedzących przy stole trzydziestu sześciu mężczyzn. Wszyscy należeli do załogi sławnego na tych morzach szypra Charlesa Vane’a, który zdołał zgromadzić pod swoją piracką banderą niemałą flotyllę. Jego oczkiem w głowie był Treasure, szybki i zwrotny jednomasztowy slup1, uzbrojony w dwanaście ciężkich armat. Oprócz tego Vane miał starą pinkę2, uzbrojoną w dwa ciężkie działa i cztery falkonety3 oraz mały, mieszczący nie więcej niż dwunastu ludzi slup, o wdzięcznej nazwie Lady Fortune.

Hej, Charlie – Jack Rackham zdecydował się w końcu przerwać milczenie. – Pokaż no jeszcze raz to pismo od nowego pana gubernatora.

Szyper popatrzył na swojego kwatermistrza. Na jego ponurej, nieogolonej twarzy zagościł grymas, który od biedy można było poczytać za uśmiech.

A co? – kapitan rzucił na stół zwitek papieru. – Masz zamiar skorzystać z łaskawej propozycji tego cholernego psa?

Rackham, wśród pirackiej braci znany jako Calico Jack, nie odpowiedział na zaczepkę dowódcy. Zamiast tego rozwinął rzucony na stół papier. Oczy zaczęły szybko przebiegać przez rządki zapisanych liter.

WoodesRogers, z łaski miłościwie nam panującego, bla bla bla – zaczął czytać Jack – Króla Anglii, Szkocji bla, bla, bla, same bzdury. O, tu jest ciekawe – Rackham powiódł palcem wzdłuż zapisanych liter. Siedzący przy stole nadstawili ucha, szczególnie ci nie umiejący czytać, co wśród karaibskich piratów nie było znowu takie niezwykłe.

Wiadomym jest, iż po tym, jak plugawy i wszeteczny Port Royal pogrążył się w morzu, co pobożni poddani Jego Wysokości Króla Anglii poczytują za wiadomy znak i karę bożą, piraci i rzezimieszkowie z całych Antyli obrali sobie za siedzibę Wyspy Bahama, osobliwie zaś nasze ukochane miasteczko i port Nassau – czytał dalej Calico. – My, spokojni i pobożni obywatele, nie mogąc znieść takowych niegodziwości ani nie chcąc podzielić losu bezbożnego Port Royal, postanowiliśmy wytrzebić bukanierów z naszych włości i przywrócić na Karaibach spokój, prawo i porządek.

Ot, znalazł się pobożny i prawy obywatel – żachnął się Vane. – Pan gubernator zdaje się zapomniał, jak nie dalej niż rok temu napadliśmy razem na francuską fluitę4, co szła z tytoniem z Martyniki. Jakoś nie gadał nic o karze boskiej, jakeśmy załogę wieszali na rejach5!

Każdy złapany na piractwie bezwzględnie zostanie wtrącony do więzienia i powieszony – ciągnął dalej Rackham.

A to ci nowina – zarechotał złowrogim basem bosman Douglas. – Że niby piratów wieszać będą? To dopiero ten stary pierdziel Rogers wynalazek obmyślił. Tak jakby do tej pory nie chcieli nas powywieszać.

Odpowiedział mu gromki śmiech kamratów. Ten i ów wychylił kubek z rumem.

Jako że Pismo Święte nakazuje wybaczać, zaś zbłąkanych i grzesznych na drogę prawych uczynków nawrócić – Jack niezrażony czytał dalej na głos – pan gubernator Woodes Rogers, w łaskawości swojej ogłasza wielką amnestię dla piratów. Każdy, kto dobrowolnie porzuci zbójeckie rzemiosło, będzie miał darowane wszystkie dotychczasowe winy i będzie mógł spokojnie osiąść w Nassau bądź też w każdym innym zakątku Wysp Bahama. Wszystkie statki zaś, na których pirat objęty amnestią plugastw i wszeteczności się dopuszczał, zostaną skonfiskowane i wejdą w skład floty gubernatora. Ci zaś, którzy w ślepym uporze trwać będą przy swym niegodnym chrześcijanina procederze, zostaną schwytani i osądzeni bądź posłani na dno morza, razem ze swymi statkami.

Wielka amnestia – prychnął pogardliwie Jim Benton, dla kamratów Big Jim, chłop wielki jak niedźwiedź, w jaskrawoczerwonej bandanie na głowie. – Już widzę jak Worley, Eddi Low, Bonet, czy ten stary diabeł Teach, ustawiają się w kolejce, żeby oddać gubernatorowi swoje slupy, brygantyny6 i pinasy7.

Musi stary Rogers spadł z marsrei swojego statku, prosto na łeb – zawtórował mu McDull, rudy i piegowaty Szkot. – Chociaż, powiem wam kamraci, ja wcale nie byłbym taki pewien, bo to wiecie, taka amnestia, dla niejednego to łakomy kąsek.

A jużci – podchwycił Bob Złoczyńca. – Pewnie, że niejednemu już obrzydło ze szczętem życie na morzu i wieczne nadstawianie łba za parę dublonów. Bo to nie każdy ma takie szczęście jak Long Ben, który wrócił do Anglii bogaczem. Większość piratów kończy na dnie morza, szubienicy albo w przytułku, jako żebrak z nogami urwanymi kartaczem.

Ponoć już są tacy, co z amnestii skorzystali – wtrącił Sean O’Connor, pilot, najlepszy w całych Indiach Zachodnich, jak sam o sobie mawiał. – W porcie gadają, że Jennings, Hornigold, Dulainen i paru innych już oddali swoje statki.

Wam chyba wszystkim mewy do łbów nasrały! – szyper huknął kubkiem w stół. – Jaka, kurwa jego mać, amnestia?! Nie podoba ci się życie na morzu, Bob? A może wolisz iść na łaskę gubernatora i zostać jego męską dziwką? A ty, McDull, szkocki brudasie, co będziesz robił, jak oddamy Rogersowi wszystkie statki? Zaczniesz, jak twoi ziomkowie, pasać owce na tych zasranych wyspach? To może od razu zmień się w szkockiego owcojebcę!

McDull spojrzał złowrogo na Vane’a. Prawa dłoń mimowolnie sięgnęła do rękojeści marynarskiego sztyletu zatkniętego za pas. Zaraz jednak Szkot ochłonął. Wiedział, że w pojedynku na noże nie ma z kapitanem żadnych szans. Vane tymczasem ciskał się dalej.

Może ty pierwszy, Paddy8, pójdziesz prosić o łaskę nowego gubernatora? – zwrócił się do O’Connora. – Potem możesz już tylko siąść pod palmą i grać na tej twojej cholernej irlandzkiej fujarce. Albo może wrócisz na swoją zieloną wyspę, zdychać z głodu i psioczyć na Anglików? A ty Douglas, czego mordę cieszysz, jak junga9 przed pierwszym dymaniem? Idź po amnestię, a potem wracaj do Stratford. Gwarantuję ci, że tamtejszy burmistrz i ławnicy nie zapomnieli o tobie. Ucieszą się jak nic, kiedy zatańczysz na sznurze.

Spokojnie, panie szyper – odezwał się Benton. – Nikt rozumny po żadną amnestię nie pójdzie. Co niby zrobimy potem? Na morzu życie ciężkie, prawda, ale przynajmniej jest co do gęby włożyć. Czy ktoś wie co z innymi? Wymknął się któryś z portu?

No pewnie – odrzekł Rackham. – Czarnobrody już popłynął na północ, Bart Roberts jest gdzieś na Małych Antylach. Oni pierwsi wyszli z portu, zanim jeszcze statki Rogersa pojawiły się na redzie. Bonet chyba popłynął z Teachem, Dampier i Bellamy wymknęli się trzy noce temu. O reszcie nie wiem. Jest paru, co uwierzyło w brednie gubernatora. Podobno Rogers kazał zostawiać pisma, takie jak to, we wszystkich tawernach i burdelach w Nassau.

Nie na wiele mu się to przyda – zaśmiał się Vane. – W Nassau może jeden na dwudziestu umie czytać. Zresztą, nawet jak kto umie, to nie jest tak głupi, żeby nabrać się na gadki o amnestiach.

To mówiąc, szyper wziął ze stołu list gubernatora i przytknął go do płomienia świeczki. Brudny papier zajął się jasnym płomieniem. W nozdrza zebranych uderzył smród dymu. Vane patrzył na płonący świstek, a jego oczy zabłysły dziko.

Właśnie wpadł mi do głowy pewien pomysł – uśmiechnął się krzywo. – Chyba wiem, jak wymkniemy się Rogersowi, chłopcy. Paddy, ile okrętów wystawił ten sukinsyn?

Bez zmian – odparł Sean. – Trzy statki blokują wyjście na redę. Dwie fregaty10, w tym jedna flagowa gubernatora i bryg11.

Rogers chce naszych statków, no to dostanie od nas statek – Vane nie przestawał się uśmiechać. – Aż mu bokiem wyjdzie.

Jak to? – zapytał zaciekawiony Big Jim.

Damy panu gubernatorowi naszą zdobyczną pinkę – szyper wciąż obleśnie się uśmiechał. – W charakterze brandera12.

Popiół ze spalonego listu spadł na blat stołu.

*****

Wszystko było gotowe, tak jak to obmyślił Vane. Treasure stał przycumowany do kei portu, między innymi statkami, zwrócony dziobem w stronę redy. Stara, dwumasztowa pinka została ogołocona z całego sprzętu i prowiantu. Dwa dwunastofuntowe działa, jak również proch i kule przeniesiono na pokład Treasure. Cztery lekkie falkonety zamontowano na Lady Fortune. Pomieszczenia pod pokładem szyper kazał starannie polać oliwą z latarni. Tymczasem ludzie z załogi wszystkich trzech statków, w sumie sześćdziesięciu trzech chłopa, siedzieli w kubryku13 na dziobie Treasure.

Żeby wszystko było jasne – powiedział do zebranych Vane. – Paddy, Atkins, Sam, Big Jim oraz Ben siadają na Lady Fortune. Gdy tylko zajdzie księżyc, podejdziecie na wiosłach, cichutko, najbliżej jak się da, do redy. Statki Rogersa stoją w dryfie, na zrefowanych14 żaglach. Jak tylko zobaczycie ruch na fregacie gubernatora, wychodzicie cichcem z portu, na pełnych żaglach. Nie palić latarni na dziobie ani na rufie, nie śpiewać i nie pierdzieć głośno, zanim nie miniecie fregaty. Nie powinni was zauważyć. Nasza w tym głowa, żeby zajęli się czymś innym, na ten przykład naszym branderem. Jak już będziecie na redzie, oddacie po jednym strzale z falkonetów do brygu i tej drugiej fregaty. Potem wyrzucicie działa do morza, żeby łódź była jak najlżejsza. Bryg i fregata ruszą za wami w pościg. Wymkniecie się im bez trudu, Lady Fortune jest piekielnie szybka, a wy będziecie mieć wiatr od rufy.

Nie płyńcie do żadnej z naszych starych kryjówek – wtrącił Calico Jack. – Rogers wie, że jesteście z załogi Vane’a. Jak tylko wymkniecie się pogoni, kierujcie się na wschód. Kiedy osiągniecie łańcuch raf koralowych, płyńcie na południe, tak żeby mieć go po prawej. Gdy miniecie Rafę Normana, czekajcie tam na nas. Jak dołączymy, poprowadzę nas do pewnego miejsca, które pokazał mi jeden szyper, kiedy byłem jeszcze jungą. To mała, bezludna wysepka, dokładnie w połowie drogi między południowym krańcem Eleuthery a Cat Island, a zwie się Half Moon Cay.

My tymczasem postawimy wszystkie żagle na pince, zablokujemy rumpel15 i podłożymy ogień pod pokładem – dodał szyper. – Tak przygotowany statek wypuścimy na spotkanie gubernatorskiej fregaty. Kapitan, jeśli nie jest szaleńcem, będzie chciał zatopić pinkę z dział, zanim zderzy się z jego statkiem. Gdy tylko wystrzelą pierwszą salwę, my ruszymy za branderem i poczęstujemy ich kulami łańcuchowymi ze sterburty.

Nie zdążycie postawić żagli – zaoponował Sean. – Zanim nabierzecie prędkości, fregata zdąży się do was odwrócić drugą burtą.

Już moja w tym głowa, żebyśmy zdążyli – Charlie uśmiechnął się chytrze. – Mam pewien pomysł. Zobaczysz Paddy, osuszymy jeszcze niejedną butelkę rumu.

Tylko jak podłożymy ogień na pince? – zapytał Bob Złoczyńca. – I kto naprowadzi ją na właściwy kurs?

Ja to zrobię – powiedział niespodziewanie Calico. – Potem zejdę do szalupy, do której przywiążemy cumę holowniczą. Kiedy dam wam znak, wciągniecie mnie z powrotem.

Odczekali do północy. Kiedy tylko dzwony okrętowe na trzech statkach wybiły klangi na cmentarną wachtę, zaczęło się. Księżyc począł chylić się ku zachodowi. Sean i reszta wsiedli do Lady Fortune. Łódź była chyba najmniejszym slupem na całych Bahamach. Liczyła nie więcej niż trzydzieści stóp długości, dzięki temu jednak można było używać na niej wioseł. Zwykle nie nosiła żadnego uzbrojenia. Vane wykorzystywał ją do zasadzek i abordaży. Na maszcie miała lugrowy żagiel na ukośnej rejce16, która w razie potrzeby mogła być opuszczona na dek. Łódź nie miała bukszprytu17. Olinowanie składało się ze sztagu18 biegnącego od masztu do dziobu, dwóch padunów i want19, po parze z każdej strony masztu. Na sztagu można było rozpiąć trójkątny fok20. Dzięki tak prostemu ożaglowaniu i takielunkowi łodzią mogła żeglować niewielka załoga, choćby nawet złożona z trzech osób. Pod pokładem było tylko jedno pomieszczenie, będące zarazem kubrykiem, kabelgatem21, ładownią i komorą prowiantową.

Calico Jack stał na pokładzie Treasure, oparty o reling i patrzył na znikającą w ciemnościach Lady Fortune. Z zamyślenia wyrwał go głos kapitana.

Hej, ruszać się! – grzmiał Charlie. – Na pinkę łajzy, bo nas tu świt zastanie!

Rackham wskoczył na mostek abordażowy rozpięty między pinką a Treasure i już po chwili był na głównym deku starej łajby, razem z kilkoma piratami.

Jerry, Tosh, na reje! – tym razem rozkaz padł z ust Jacka. – Reszta, brać się za fały22! Stawiać grot23!

Jest stawiać grot! – odkrzyknął jeden z marynarzy.

Rozległ się tupot bosych stóp, skrzypienie lin i krzyki spłoszonych mew. Po chwili na głównej rei statku rozwinął się z łopotem grotżagiel.

Stawiać fok i marsel24!

Jest fok i marsel!

Po chwili reszta żagli napełniła się bryzą, wiejącą od lądu w stronę morza. Rackham tymczasem stanął za sterem. Żagle wydęły się jak balony. Statek powoli i ospale ruszył z miejsca.

Wracać na slupa! – rozkazał Jack. Piraci posłusznie pobiegli w stronę trapu. Calico pociągnął obiema rękami rumpel w stronę bakburty. Wyrównał, poczekał aż okręt skieruje się tam, gdzie chciał. Kiedy kontur fregaty ukazał się dokładnie przed bukszprytem, wyprostował i zaczął obwiązywać koniec rumpla grubą liną. Wolny koniec sznura sprawnie przywiązał do kołkownicy. Wziął do ręki przygotowaną wcześniej zapaloną latarnię i zszedł na śródokręcie. Cisnął lampę pod pokład, przez otwarty greting25. Rozległ się brzdęk tłuczonego szkła. Podpokład zajął się płomieniem. Kwatermistrz przesadził nogę przez falszburtę26 i spuścił się po linie do przygotowanej zawczasu szalupy. Pociągnął trzy razy za cumę przymocowaną do dziobu łódki. Na ten znak, z tamtej strony sznura, jakieś silne dłonie zaczęły ciągnąć szalupę w kierunku slupa.

Kiedy Rackham wgramolił się na pokład Treasure, załoga kończyła właśnie stawiać gaflowy grot. Oprócz grota postawione były również oba sztaksle27. Rejowy marsel umieszczony na bramstendze28, tuż pod bocianim gniazdem, był na razie zrefowany. Statek jednak nie poruszał się ani o cal. Przebiegły Vane ciągle trzymał go na cumach.

Pinka sunęła prosto w stronę gubernatorskiej fregaty. Spomiędzy desek pokładu zaczęły nieśmiało wypełzać pierwsze płomyki. W końcu na fregacie zauważono statek, który płynął niczym taran prosto na nich. Rozległ się odgłos dzwonu okrętowego, a chwilę potem gwizdka bosmana. Na pokładzie zapanował ruch. Pierwsze sylwetki marynarzy pojawiły się na wantach, zaraz później pierwsze żagle opadły z łopotem. Statek Rogersa zaczął ustawiać się bakburtą29 w stronę tajemniczego napastnika. Gdzieś w oddali rozległ się huk armatniego wystrzału. Potem drugi i trzeci.

Zuch chłopaki! – wykrzyknął Vane. – Lady Fortune jest już na redzie!

Nocna bryza tymczasem wypełniła żagle Treasure. Statek wyrywał się do przodu, jednak cały czas stał w miejscu, wstrzymywany przez cumy, które zaczęły niebezpiecznie trzeszczeć.

Zaraz się zerwie – stwierdził któryś z załogi.

Zamknij się! – szyper natychmiast rozwiał jego obawy. – Czekać do pierwszej salwy!

I wtedy fregata skończyła manewr. Z otwartych ambrazur30 wyjrzały lufy ciężkich dział. Powietrzem wstrząsnął potworny huk salwy. Okręt dał ognia całą burtą. Na morzu wykwitły bryzgi, ślady po zmarnowanych kulach armatnich. Ale nie wszystkie pociski poszły na dno morza. Kilka z nich dosięgło celu. Żelazne kule pogruchotały całkowicie prawą falszburtę pinki, zaś łańcuchowe poważnie uszkodziły fokmaszt31 i marsel na grotmaszcie. Jedna z kul wybiła dziurę w pokładzie i wtedy słup ognia buchnął wysoko w górę. Straszny pożar rozszalał się na pokładzie pirackiego statku. W okamgnieniu wszystkie żagle stanęły w płomieniach, zamieniając starą pinkę w płonący taran, idący na zgubę fregacie. Ostrzelany brander nieco zwolnił, jednak dalej szedł uparcie na spotkanie okrętu gubernatora.

Vane nie czekał na to wszystko. Gdy tylko zagrzmiała armatnia salwa, dał znak ludziom czekającym z toporami przy cumach. Na jego sygnał ostrza jednocześnie przecięły obie liny, trzymające slupa przy kei. Uwolniony statek wyrwał się do przodu, jak chart spuszczony ze smyczy. Treasure mknął teraz śladem pinki.

Ster prawo na burt! – ryknął Vane, starając się przekrzyczeć wszechobecny chaos.

Jest prawo na burt! – odkrzyknął stojący za sterem McDull.

Slup wyrównał kurs. Szedł teraz prawym baksztagiem, mając na sterburcie płonącą pinkę i fregatę, dalej ustawioną burtą do napastnika. Ogień pożaru oświetlił całe nabrzeże, redę i zacumowane statki. Z okolicznych tawern i zamtuzów wylegli na dwór pijani żeglarze, by podziwiać tę niecodzienną scenę.

Bosman! – krzyczał dalej szyper. – Bandera na maszt! Niech te stare kurwy wiedzą, kto ich tak urządził!

Douglas posłusznie pociągnął za flaglinkę. Czarna bandera z trupią czaszką i piszczelami powędrowała na top masztu. Treasure tymczasem zaczął wyprzedzać płonący okręt. Od strony fregaty dobiegło głuche dudnienie.

Przetaczają działa na bakburtę – powiedział Rackham. – Wiedzą, że nie zdążą obrócić statku, a muszą zatopić pinkę, zanim na nich wpadnie. Innymi słowy, są w dupie.

Przygotować działa na sterburcie! – rozkazał Vane.

Treasure nie miała pokładu działowego. Armaty były umieszczone na głównym deku. Na rozkaz kapitana otwarto ambrazury w falszburcie.

Panie bosman! – odezwał się szyper. – Zaraz po wystrzale robimy zwrot przez rufę32!

Aye aye skipper! – odkrzyknął Douglas.

Treasure tymczasem wyprzedził całkowicie płonącą pinkę. Ustawił się tak, że działa ze sterburty celowały prosto w dziób fregaty. Na ten moment czekał Vane.

Ognia! – krzyknął z całej siły.

Wszystkie siedem luf plunęło ogniem. Kule łańcuchowe śmignęły w stronę nieprzyjaciela. Pokład zasnuł się dymem.

Ster lewo! – rozkazał Douglas.

Jest ster lewo! – odkrzyknął McDull.

Grota szot33 wybieraj!

Jest grota szot wybieraj!

Lewy szot foka luzuj, prawy foka szot wybieraj!

Jest szot foka luzuj, jest prawy wybieraj!

Lewy kliwra szot luzuj, prawy szot wybieraj!

Jest kliwra lewy szot luzuj, prawy wybieraj!

Statek zaczął obracać się w lewą stronę. Przechylił się na bakburtę. Sztaksle przestały pracować. Treasure obrócił się rufą w stronę ostrzelanej fregaty. Fok i kliwer złapały wiatr od bakburty.

Ster trzymaj kurs! – krzyknął bosman.

Jest trzymaj kurs!

Sztaksli prawe szoty wybieraj!

Jest wybieraj szoty!

Brasuj34 grot!

Jest brasuj grot!

Ster równaj!

Jest równaj!

Treasure zaczął z powrotem nabierać prędkości. Byli już na redzie. Szli lewym halsem35 baksztagu36, a czarny jolly roger37 dumnie powiewał na topie masztu. Na bocianich gniazdach fregaty odezwało się kilka muszkietów, jednak slup był już za daleko, aby mogły go dosięgnąć kule. Vane spojrzał dziko w kierunku nieprzyjaciela. Kule łańcuchowe zrobiły prawdziwe spustoszenie wśród żagli oraz lin fokmasztu i grota trzymasztowej fregaty. Dało się także słyszeć jęki rannych. Po chwili rozległ się huk salwy, a zaraz potem łuna pożaru zmalała. Kule z fregaty dosięgły pinki. Na wodzie unosiły się teraz płonące resztki.

*****

Treasure szedł pełnym fordewindem38 na południe. Bom39 i gafel40 grotżagla były wychylone w prawą stronę, zaś rogi halsowe obydwu sztaksli, w lewą. Wysoko, na marsrei, postawiony marsel wydął się jak balon. Szoty wszystkich żagli były poluzowane, jak to zwykle przy pełnych wiatrach. Na dziobie statku kołysała się zapalona latarnia.

Jack Rackham, kwatermistrz na pokładzie pirackiego statku, stał na dziobie, oparty niedbale o reling41 i wpatrywał się w bezkres morza przed sobą. Calico Jack był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną, w sile wieku, dość przystojnym, jeśli miałby wierzyć dziewczętom, które spotykał w różnych portach. Długie, ciemne włosy nosił po żeglarsku związane w kitę. Pociągłą twarz zdobiły wąsy i kozia bródka, starannie przystrzyżona w szpic. Duże, brązowe oczy zdradzały inteligencję i lekko melancholijną naturę. Na lewym policzku miał podłużną bliznę, którą zostawiła kiedyś szabla hiszpańskiego szypra. Ubrany był skromnie, w szarą koszulę (podobno kiedyś była biała) z szeroką kryzą, granatowy żakiet angielskiej floty i płócienne, szerokie spodnie. Na nogach miał wysokie, skórzane buty, na głowie zaś nosił, zwyczajem wszystkich oficerów floty, czarny, trójgraniasty kapelusz. Biodra opasywał mu skórzany, zniszczony i sfatygowany pas, za który zatknięty był pistolet skałkowy i wąski sztylet. Po lewej stronie Rackham nosił swoją ulubioną broń: francuski rapier, skrócony do dwóch trzecich długości, aby nadawał się do walki na ciasnym pokładzie statku. Calico Jack uchodził za jednego z najlepszych szermierzy, jacy kiedykolwiek pływali po Karaibach.

Wstawał świt. Na niebie panowała szarówka, zaś nad wodą unosiła się poranna mgła. Jack uwielbiał tę porę, kilka krótkich chwil, kiedy noc ustępowała dniowi. Moment, kiedy noc już się skończyła, a dzień jeszcze nie zaczął, zawsze miał w sobie coś magicznego, szczególnie tu, na morzu. Mgła unosiła się tuż nad powierzchnią wody, niżej nawet niż burty statku. Jackowi zawsze wydawało się wtedy, że okręt nie płynie po wodzie, lecz sunie lekko po niebie, pośród chmur. Wśród szarówki nie widać było nic innego, jak tylko opary porannej mgły, aż po horyzont. Przesądni żeglarze powiadali, że wtedy właśnie z morza wychodzą duchy topielców i spacerują po bezkresnej toni. Zawsze jednak następował nieubłagany świt. Wraz z pierwszymi promieniami słońca pryskał urok tajemniczego morza zasnutego mgłą. Zaczynała się codzienna harówka przy linach i żaglach, chleb powszedni każdego żeglarza.

Jack lubił tę porę także z innego powodu. Dawniej, w lepszych czasach, kiedy był szyprem własnego statku, to była jego ulubiona pora ataków. Lubił podpływać niepostrzeżenie do burty wrogiego statku, wynurzyć się nagle z mgieł, niczym przeklęty Latający Holender kapitana Vanderbeckena, po czym dokonać abordażu. Zwykle załoga była tak przestraszona, że zajmował pryz w ciągu dwunastu żeglarskich klepsydr, często bez jednego wystrzału z działa. Jednak to było dawniej. Teraz, po stracie swojej pinasy, pływał u Vane’a, który miał zgoła inne zwyczaje. Charlie lubił sobie postrzelać jak nikt inny. Zanim doszło do abordażu, wystrzelał przynajmniej dwie salwy burtowe.

Słońce pojawiło się za rufą, po lewej stronie. Wiatr wiejący z północy przepędził resztki mgły. Czar prysł, jak co rano zresztą. Na pokładzie rozległ się odgłos dzwonu. Cmentarna wachta dobiegła końca. Z kubryku wyszli zaspani i ziewający piraci.

1 Slup – niewielki jednomasztowy statek o małym zanurzeniu, był najczęściej używanym przez piratów okrętem.

2 Pinka – dwumasztowy statek.

3 Falkonet – lekkie działo umieszczane na pokładzie statku lub jego kasztelu.

4 Fluita – statek o małym zanurzeniu i zaokrąglonym kadłubie, najczęściej trzymasztowy.

5 Reja – belka przytwierdzana do masztu prostopadle, na której rozpinano żagiel rejowy (prostokątny lub trapezowy).

6 Brygantyna – dwumasztowy statek, noszący na pierwszym maszcie żagle rejowe, na drugim skośne.

7 Pinasa – statek holenderskiej konstrukcji, trzymasztowy, kształtem przypominający mały galeon.

8 Paddy – pogardliwe określenie Irlandczyka, używane głównie przez Anglików.

9 Junga – chłopiec okrętowy, kandydat na marynarza.

10 Fregata – największy z żaglowców, trzy lub czteromasztowy, noszący na wszystkich masztach żagle rejowe.

11 Bryg – dwumasztowiec noszący żagle rejowe na obu masztach.

12 Brander – statek umyślnie podpalony i wypuszczony w kierunku wrogiej jednostki w celu zniszczenia jej.

13 Kubryk – pomieszczenie dla załogi, zwykle w części dziobowej.

14 Refowanie – zwijanie żagli, aby zmniejszyć ich powierzchnię i tym samym prędkość statku.

15 Rumpel – drążek sterowy. Aż do połowy XVIII wieku nie znano koła sterowego.

16 Rejka – cieńsza od zwykłej rei, mocowana była pod pewnym kątem do masztu. Rozpinano na niej żagle skośne.

17 Bukszpryt – drzewiec wystający z dziobu statku, niekiedy traktowany jak pierwszy z masztów.

18 Sztag – lina biegnąca od pierwszego masztu do dziobu.

19 Wanty i paduny – liny boczne, biegnące od topu masztu w stronę burt.

20 Fok – przedni żagiel.

21 Kabelgat – magazyn na zapasowe liny i żagle.

22 Fał – lina służąca do stawiania żagli.

23 Grot (grotżagiel) – główny i największy żagiel na statku.

24 Marsel – żagiel rejowy umieszczany tuż nad grotem.

25 Greting – krata zamykająca zejście pod pokład.

26 Falszburta – przedłużenie burty.

27 Sztaksle – żagle rozpinane na sztagach przednich, licząc od pokładu: fok, kliwer i latacz.

28 Bramstenga – poszczególne części masztu to, licząc od dołu: kolumna, stenga, bramstenga, bombramstenga.

29 Bakburta – lewa burta statku. Prawą nazywano sterburtą.

30 Ambrazura – furta działowa, otwór zamykany klapą, przez który wysuwano lufę działa.

31 Fokmaszt – kolejne maszty żaglowca to, licząc od dziobu: fokmaszt, grotmaszt i bezanmaszt.

32 Zwrot przez rufę – manewr polegający na przecięciu rufą linii wiatru.

33 Szot – lina regulująca napięcie żagla.

34 Brasowanie – obracanie reją za pomocą specjalnych lin (brasów), aby ustawić żagiel pod odpowiednim kątem do wiatru.

35 Hals – kierunek wiatru. Lewy hals, gdy wiatr wieje od lewej burty, prawy – gdy od prawej.

36 Baksztag – kurs statku, gdy wiatr wieje ukośnie od strony rufy.

37 Jolly roger – piracka flaga.

38 Fordewind – kurs statku, gdy wiatr wieje idealnie od strony rufy.

39 Bom – belka mocowana prostopadle do masztu, do której doczepiano dolną krawędź żagla skośnego.

40 Gafel – drzewiec, do którego przyczepia się górną krawędź żagla tzw. gaflowego, oparty pod kątem o maszt.

41 Reling – balustrada przy burcie statku.

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

Leave a Comment