Artykuły Czytelnia

Będzie strasznie w miasteczku Nonstead

Marcin Mortka, Miasteczko nonstead
Written by Jan Oko

Na przyszły rok zapowiada się bardzo ciekawa premiera – Marcin Mortka „Miasteczko Nonstead”. Do zapowiedzi dołączamy króciutki fragment.

Marcin Mortka, "Miasteczko Nonstead"

Marcin Mortka, „Miasteczko Nonstead”

Fabryka Słów w ramach prezentu świątecznego wysłała w ramach swojego newsletter’a fragment nowej książki Marcina Mortki Miasteczko Nonstead. Osobiście odpowiedzialną za to zamieszanie osobę chciałbym dorwać we własne ręce. Książki do przeczytania u mnie na półkach czekają już w kilometrowej kolejce. Nawet zaczynają się kurzyć. Tymczasem coś takiego mi przychodzi i już wiem, że książkę będę musiał dorwać i przeczytać poza kolejką. No i jak tutaj się nie zdenerwować? Książka ma się ukazać w przyszłym roku, a to znajdziemy na stronie Fabryki Słów:

To Nonstead. To cholerne miasto kryje w sobie coś, co niszczy ludzi. Jednego po drugim.

Uwielbiam strach. Nie ma prawdziwszego uczucia od strachu. Ci, którzy uważają miłośćza uczucie silniejsze, chyba nigdy się naprawdę nie bali.

Ci których dotknęło Zło, nie zamieniają się w krwawe bestie. Nie mordują zatracając się w krwawym szale. Po prostu znikają, tak jakby coś się nimi żywiło. Ich jaźń zapada się w siebie niczym strawiona.  A zły tymczasem zanosi się strasznym, obłąkanym śmiechem szaleńca, który  właśnie zgasił kolejne życie.

Podobnie jak ból, który przekazuje mózgowi informację, że coś niedobrego dzieje sięz ciałem, strach mówi, że coś nie w porządku z rzeczywistością. Ostrzega nas, że pojawiło sięnowe zagrożenie. Informuje, że nadeszło nieprzewidziane i o niewiadomych konsekwencjach.

Myślicie, że w naszym świecie na wcielone Zło nie ma już miejsca? To tak jakby sądzić, że lew śpi,  bo nie ryczy.

Na zachętę mamy dla was fragmencik książki, która zapowiada się bardzo, bardzo ciekawie 🙂

Tysiące myśli kłębiło się w głowie Nathana, gdy jechał pod wskazany adres. Z zapadnięciem ciemności obudził się wiatr i zeschłe liście przemykały w świetle reflektorów niczym spłoszone zwierzątka.
„Czego ona może ode mnie chcieć?” – powtarzał raz za razem, z trudem skupiając się na drodze. Gdyby nie wcześniejszy pobyt w Nonstead, nigdy by jej domu nie odnalazł. Skręcił na jedynym skrzyżowaniu w lewo, minął szkołę i zaparkował samochód przy nieczynnej już drogerii. Dom Anny Craig znajdował się po drugiej stronie ulicy, obwiedziony tym samym białym płotem, z tym samym idiotycznym krasnalem ogrodowym, z którego tak długo się śmiali z Fioną. Teraz jednak nie wydawał Nathanowi się aż tak zabawny, tym bardziej że w domu Anny nie paliły się żadne światła. Z prawej strony na ścianę padał tylko blask odległej latarni.
Nathan zdusił dopalającego się papierosa w przepełnionej popielniczce i wysiadł z samochodu. Nacisnął dzwonek przy furtce.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Dom milczał. Krasnal wpatrywał się w niego groźnie. Wiatr toczył foliową siatkę.
Drzwi otworzyły się, kiedy Nathan już miał odejść.
– Niech pan wejdzie – szepnęła Anna. Wydawała się jeszcze bardziej wzburzona i rozkojarzona niż w południe.
Przeszedł powoli przez ogród, wbiegł po schodach.
– Niech pan będzie cicho – szepnęła. – Vanessa już śpi. Proszę, niech pan wejdzie.
Wszedł, choć miał zamiar zakończyć rozmowę już w progu.
– Niech pan zdejmie tę kurtkę – rzuciła kobieta cicho, nie odwracając się. – Pobrzękuje pan jak kowboj.
Zdjął. Najciszej jak umiał.
W chwilę później siedział przy stole w przestronnej, lecz staromodnej kuchni, oświetlonej pojedynczą jarzeniówką nad zlewem. Przez okno widział tył głowy plastykowego krasnala i krzewy. Anna bezszelestnie podeszła do zlewu i nalała wody do czajnika.
– Napije się pan czegoś? – spytała szeptem.
– Wolałbym się dowiedzieć, o co chodzi.
– Proszę spojrzeć na wydruki na stole.
Nathan niechętnie wziął pierwszy z nich. Był to wydruk z Internetu z czarno ‑białym zdjęciem, przedstawiającym jego za stołem zawalonym książkami, ledwie widocznego wśród łowców autografów. Tytuł artykułu brzmiał: „Nathaniel McCarnish pokazuje wielkim, gdzie ich miejsce”. Nie musiał czytać dalej.
Odetchnął ciężko i odłożył artykuł do pozostałych, po czym splótł dłonie i spojrzał na Annę. Zalewała herbatę.
– Jaśminowa. – Postawiła przed nim kubek z gorącym, aromatycznym naparem. Jej oczy były osobliwie blade w świetle jarzeniówki. – Jedyna, którą mogę jeszcze pić. Mam żołądek rozwalony od kawy.
– Pani Craig, ja naprawdę…
– Wystarczy Anno – przerwała mu. – Niech się pan nie przejmuje, panie McCarnish. Nie jestem żadną fanatyczką pańskiego talentu. Szczerze powiedziawszy, nie czytałam żadnej z pana książek, ale jestem na bieżąco z wydarzeniami we współczesnej literaturze amerykańskiej. Od razu wiedziałam, że skądś pana znam…
– Mam na imię Nathan.
– W porządku. Od razu wiedziałam, że cię znam. Nie zmyliła mnie ani fryzura na zapałkę, która nawiasem mówiąc, kompletnie do ciebie nie pasuje, ani wizytówka z lipnym nazwiskiem, ani nawet twój akcent. Niby mówisz jak rodowity nowojorczyk, ale coś mi nie pasowało. Tu i ówdzie słychać nieco Queen’s English. Jesteś z Anglii, nieprawdaż?
– Cóż – mruknął Nathan, niemile rozczarowany.
– Nie martw się, mało kto jest w stanie się zorientować – uśmiechnęła się Anna. – Ja miałam… Cóż, sposobność poznać angielski dialekt w miarę dobrze. Aż za dobrze.
Jej wzrok na moment umknął ku oprawionemu w antyramę zdjęciu przy framudze. Nathan spojrzał w tym samym kierunku, lecz dostrzegł na nim jedynie zamazane plamy. Na zewnątrz znów ocknął się wiatr, zeschły liść przemknął z szelestem po parapecie. Anna aż podskoczyła.
– No dobra. – Nathan rozparł się na krześle. – Tak, nazywam się Nathan McCarnish i jestem pisarzem. O ile autora jednej książki można nazwać pisarzem.
– Co za skromność – uśmiechnęła się krzywo Anna. – „Szepty” wywołały więcej zamieszania niż „Buszujący w zbożu”.
– Tak. – Nathan wydął wargi. – I przyniosły sporo forsy. Więc jeśli szukasz jakiegokolwiek sposobu, by trochę jej ode mnie wyciągnąć…
– Przestań. Już ci mówiłam, że oglądasz za dużo filmów – parsknęła i wzięła do ręki wydruki.
– A więc o co ci chodzi? Autograf?
– Przestań ględzić i posłuchaj: „Nieprawdopodobna wrażliwość i wnikliwość, z którą McCarnish przedstawia postacie, pozwala przypuszczać, iż oparł swą debiutancką powieść na solidnych badaniach, nie tylko psychologicznych, ale i parapsychologicznych”. O, a tu jeszcze jeden: „Jeśli nazwiemy Stephena Kinga ekspertem od legend miejskich, Nathaniel McCarnish bez wątpienia zasługuje na miano mistrza wśród malarzy nastrojów. Ton znawcy, z jakim snuje swe opowieści, utwierdza czytelnika w przekonaniu, iż Nathan McCarnish ma co najmniej doktorat ze strachologii…”.
– Boże drogi, powiesz mi wreszcie, o co ci chodzi? – jęknął Nathan.
– Słyszałeś? – Anna zesztywniała nagle i złapała go za rękę. – Słyszałeś?
– Co?
– Cicho! Słuchaj!
Zaskoczony Nathan skupił się. Odniósł wrażenie, że z góry dobiegło ciche stuknięcie. Potem kolejne.
– Słyszałeś? – Oczy Anny płonęły niezdrową fascynacją i przerażeniem.
– Tak, coś słyszałem. Jakby wiatr… – odparł Nathan, nie wiedząc, dlaczego szepcze.
– Gówno tam wiatr. Chodź na górę, ale cicho, błagam.
Skradali się po wąskich, trzeszczących lekko schodach, potem znieruchomieli przy drewnianych drzwiach. Nathan, choć nie rozumiał sytuacji, był zaintrygowany. Anna wskazała gestem drzwi i Nathan ukucnął, a potem przyłożył do nich ucho.
Nic. Długo, długo nic. Potem szelest, chyba pościeli. Dziecięcy głos, zaspany. Kilka niezrozumiałych sylab.
– To twoja córka? – szepnął ledwie dosłyszalnie.
Anna przytaknęła niecierpliwym ruchem głowy.
– Mówi przez sen. To dlatego…
Nie dokończył. Kobieta zatkała mu usta dłonią i nakazała ciszę. Jej dłoń pachniała kremem, jaśminem i jeszcze czymś. Strachem?
Czy strach pachnie?
Dziewczynka powiedziała jeszcze kilka niezrozumiałych słów, choć wyraźniej. Jej łóżeczko zaskrzypiało znowu.
A potem odpowiedział jej męski głos.

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

Leave a Comment