Czytelnia

„Epic” – fragment książki

Written by Agnieszka Noglik

Conor Kostick, "Epic"

Fragment na piątek 🙂

1

Śmierć w rodzinie

Morska mgła osadziła na kuchennym oknie mikroskopijne kropelki wilgoci. Erik próbował nie myśleć o straszliwym ryzyku, na jakie zdecydowała się jego matka. Wpatrywał się w kropelki z niejakim roztargnieniem. Siedział jak skamieniały, obserwując wodniste plamki, które łączyły się z sąsiednimi, coraz większe i większe, póki nie urosły tak bardzo, że nie mogąc już dłużej utrzymać się na szkle, zsuwały się w dół chwiejnym kursem; w miarę jak po drodze zbierały wodę, poruszały się szybciej. W świecie milionów drobinek mgły był to prawdziwy kataklizm. Obok Erika siedział jego ojciec, który sprawiał wrażenie, jakby z wielką uwagą oglądał wyblakłe słoje drewna na wytartym blacie stołu. Żaden się nie odezwał od ponad godziny. Siedzieli w kiepskim nastroju, lekko przygarbieni. Aż wreszcie rozległy się głuche kroki, które zmieniły natężenie po przejściu z drewnianych schodów na posadzkę. Klamka w drzwiach uniosła się i do środka weszła matka.

– I co? – zapytał Erik, choć gdy tylko postawiła nogę w kuchni, wyczytał z jej bladej, wychudzonej twarzy, że nie usłyszy dobrych wiadomości.

– Zginęłam – odpowiedziała Freya cichym, drżącym głosem.

Harald wstał i podsunął jej krzesło. Chwyciła je trzęsącą się ręką i klapnęła na nim, unikając ich badawczego wzroku.

– Chcesz powiedzieć, że na nic się zdała trucizna? – dopytywał się łagodnie Harald.

– Na nic. – Pokręciła głową. – Nie przeniknęła zbroi.

Ujął jej dłonie, próbując ją pocieszyć.

– Robiłaś co mogłaś. Wiedzieliśmy, że to praktycznie niemożliwe.

– Przynajmniej walczyła. – Erik wstał gwałtownie. Po tak długim znieruchomieniu teraz rozsadzała go energia. Jego ojciec był fajnym człowiekiem, lecz Erik nie potrafił ukryć rozgoryczenia, które przyszło nie wiadomo skąd, żeby zatruć mu serce. Mama przynajmniej wyszła na arenę w ich imieniu, to ona więc miała najwięcej odwagi. Harald podwinął ogon… jak to on.

– Jakoś z tego wybrniemy. – Harald z rozmysłem ignorował Erika. Otoczył ramieniem Freyę.

– Tak sądzisz? – Z jej piersi wyrwało się ciche łkanie, co uświadomiło wstrząśniętemu Erikowi, że ona też czuje się przegrana. – Nie oszukujmy się nawzajem. Przynajmniej tyle. – Łzy napływały jej do oczu. – Zostaniemy przesiedleni.

Przesiedlenie. Życie na farmie było ciężkie, ale nie tak męczące jak harówka w kopalniach lub panwiach solnych – lub przy wielu, wielu innych pracach, którym trzeba było się poświęcić na planecie Nowa Ziemia. Przesiedlenie oznaczało wyjazd z Osterfjordu, pożegnanie przyjaciół, a może nawet rozstanie z rodzicami. Ich życie nie należało już do nich.

– Czemu nie rzucisz wyzwania, tato?

– Przestań! – burknął ze złością Harald. – I tak mi nie wierzysz na słowo.

– Pewnie, że ci nie wierzę. Już nie! Przecież to nie ma sensu. – Erik czuł, że jego głos staje się coraz bardziej piskliwy, więc przerwał dla zaczerpnięcia oddechu. – Może być coś gorszego od przesiedlenia?

– Są gorsze rzeczy – odparł złowieszczo Harald.

– Daj spokój, Erik. Przerabialiśmy to już tysiące razy. – Po raz pierwszy odkąd weszła do kuchni, Freya uniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. – Tata nie może za nas walczyć i koniec dyskusji!

– Ale czemu? – nie ustępował Erik.

– Nie mogę ci tego powiedzieć – rzekł Harald z ponurą miną.

– Krew i przemoc. Mam czternaście lat, nie jestem już dzieckiem. Powiedz.

– Nie.

Nie mogąc powstrzymać emocji, Erik rzucił o ścianę glinianym kubkiem, który dotąd trzymał w ręku. Kubek pękł z trzaskiem i rozsypał się na drobne kawałeczki, padające z brzękiem na posadzkę z płytek. Na pobielonej ścianie pozostał czerwonawy ślad. Cała trójka w milczeniu przyglądała się skorupkom. Wiedział, o czym myślą: choć nad rodziną zawisło widmo strasznej katastrofy, smuciło ich coś tak trywialnego jak strata kubka. Niemal natychmiast ochłonął z gniewu. Było mu wstyd i miał wyrzuty sumienia. Taki kubek to przecież nie byle co…

Kiedy tak siedzieli bez słowa, nie wiedząc, co w tej sytuacji powiedzieć, z podwórka doleciał odgłos biegnących nóg. Freya prędko wstała z krzesła i zaczęła zbierać potłuczone resztki glinianego naczynia. Rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę! – Albo Harald nie przejmował się tym, że gość zobaczy skorupy, albo wręcz przeciwnie: chciał, aby je zobaczył.

Do kuchni wbiegła złotowłosa dziewczyna, za nią zaś jej tęgi braciszek. Zawiało chłodnym powietrzem.

– O, Injeborg i Bjorn. Jak się macie? – Harald powitał młodych sąsiadów.

Freya ukryła za koszykiem gliniane kawałki i wyprostowała się.

– Cześć. Przykro nam, że tak się zakończył pojedynek – powiedziała Injeborg poważnym tonem. Trzymający się z tyłu Bjorn kiwnięciem głowy dołączył się do tych kondolencji.

Freya ze sztucznym uśmiechem założyła za ucho niesforny kosmyk włosów.

– To miło z waszej strony. I podziękujcie rodzicom za miecz i eliksir. Pewnie trudzili się miesiącami, by je zdobyć. Szkoda, że się zmarnowały.

– Niech się pani nie martwi, niczego nie żałują. Przysłużyły się dobrej sprawie. Będziemy za wami strasznie tęsknić, jeśli każą wam odejść. – Na ożywionej twarzy dziewczyny pojawiła się nagle pochmurna mina, jakby przyłapała się na tym, że powiedziała za dużo.

– Erik, weź płaszcz i idź z nimi. Mam trochę spraw do obgadania z mamą. – Harald wskazał drzwi.

– Jak zwykle wszystko za moimi plecami.

Wychodząc, Erik rąbnął drzwiami, ale się nie zamknęły – tylko zamek zgrzytnął. Zauważył, że Bjorn i Injeborg spoglądają na siebie z przestrachem, lecz nikt nic nie mówił. W milczeniu oddalali się od farmy, każde z głową schowaną pod wełnianym kapturem kurtki, pogrążone w swoim własnym świecie. Erik narzucił ostre tempo, mimo że Injeborg musiała od czasu do czasu podbiegać, aby nie zostać zbyt daleko w tyle. Bjorn jednak drałował za nim równym krokiem. Dopiero kiedy wspięli się na szczyt wzgórza i ukazał im się widok morza, Erik otrząsnął się z podłego nastroju. Nie było sensu unosić się gniewem i rozpaczać, zwłaszcza w towarzystwie przyjaciół, którzy przecież chcieli mu pomóc.

Za nimi rozciągały się nieprzebrane sady oliwne. Drzewa rosły prościutkimi, lecz monotonnymi rzędami, rozchodzącymi się promieniście w bezkresną dal od maleńkiej osady, którą stanowiło sześć gospodarstw i duży, okrągły budynek tłoczni. Tak wyglądał jego dom: wioska Osterfjord. Zwrócony w stronę morza, miał przed sobą jałowe, piaszczyste zbocze wzgórza. Nieopodal leżał olbrzymi głaz, dający osłonę przed wiatrem wiejącym od morza. Usiedli pod nim, jak siadali już wiele razy.

– Nie martw się, Erik – odezwała się Injeborg, ostrożnie wsuwając swoją ciepłą rękę w jego dłoń. – Nie musi być aż tak źle. Nawet jeśli was przesiedlą, może traficie na solnisko. Zamieszkacie wtedy w Nadziei, a to niedaleko stąd.

– A poza tym – dodał Bjorn – Biuro Przesiedleń niczego nie zrobi przed zaliczeniami. Może wam się upiecze.

– Oglądaliście? – Erik zmienił temat.

– No. Wszyscy byli na arenie, a przynajmniej wszyscy z Osterfjordu i kupa ludzi z Nadziei. – Bjorn popatrzył z wahaniem na Erika swoimi zielonymi oczami. Na jego szerokiej, mięsistej twarzy czaiło się pytanie.

– Najgorsze byłoby to czekanie. Zresztą chciałem być w domu ze względu na mamę. – Zawahał się. – Dobrze walczyła?

– I to jak! – wykrzyknęła Injeborg. – Mało kto tak umie wymachiwać bułatem. Ale sam wiesz, z czym musiała się zmierzyć. Ragnok pewnie wydał dziesięć tysięcy bizantów na samą zbroję.

– To niesprawiedliwe. – W normalnych okolicznościach Erik w użalaniu się widział oznakę słabości, więc nawet w myślach starał się być twardy, a już przenigdy nie wylewał swoich żalów przed kolegami. Ale te okoliczności nie były normalne. Wiedział, że prawdopodobnie znajdzie się wśród zupełnie obcych ludzi, którzy zapędzą go do jakiejś męczącej, niewolniczej roboty; i nie dość na tym – własna matka i ojciec patrzyli na niego jak na dziecko. Nie traktowali go jak osoby godnej zaufania, równoprawnego partnera do rozmowy o przyszłości, która przecież miała być udziałem ich wszystkich. Osobiście uważał, że jest lojalny, że można na nim polegać i że w razie konieczności potrafi trzymać język za zębami.

– Masz rację, to niesprawiedliwe. Totalnie niesprawiedliwe i bezsensowne. Chyba nie wasza wina, że pękło ogniwo słoneczne. Mogło paść na każdego. Czemu was spotyka kara? – Kiedy Injeborg wpadała w złość, jej blade policzki płonęły czerwienią. Dopiero wtedy zaznaczało się podobieństwo między szczupłą dziewczyną a jej tłustym braciszkiem.

– Właśnie. Przecież bez prądu nowa rodzina i tak nie wyrobi normy. Niepotrzebnie was przesiedlają. – Bjorn związał pod szyją kurtkę, broniąc się przed zimnym, wilgotnym powietrzem.

– Czy oni w Biurze Przesiedleń w ogóle wiedzą, co to znaczy rozdzielić rodzinę i przyjaciół? Ale nic na to nie poradzimy. Jeśli sprzeciwimy się choćby najdrobniejszej decyzji, zginiemy na arenie jak twoja mama. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś zaproponował naprawdę duże zmiany. – Injeborg była naprawdę wzburzona: mówiła w równej mierze do siebie i do Erika.

– Marzysz czasem o pojedynku z Biurem Przesiedleń, o zwycięstwie? – zapytał, dając wyraz uczuciom wydobywającym się z głębi serca, gdzie na co dzień były skrzętnie ukryte, odsłaniane jedynie w chwilach, kiedy leżał i rozmyślał o przyszłości.

– Zawsze. – Gdy popatrzyła na niego i spotkały się ich spojrzenia, zauważył, że ona świetnie go rozumie. Teraz się cieszył, że wygadał jej swoje marzenie.

– A ja nie – rzekł Bjorn i wzruszył ramionami dla podkreślenia swojego zniechęcenia. – Mówmy o rzeczach realnych.

Obok nich wylądowała zięba szukająca schronienia. Kręciła główką na wszystkie strony, żeby spojrzeniem swoich maleńkich czarnych oczu ogarnąć całe otoczenie. Ciepła dłoń, przykrywająca rękę Erika, zacisnęła się, kiedy Injeborg mimowolnie znieruchomiała, aby nie wystraszyć ptaszka. Erik w tym momencie doświadczał szczęścia – co wobec ponurej rzeczywistości wydawało się szczególnie cenne. Przyjaciele dawali mu poczucie więzi braterskiej, które było mu wielką pociechą, toteż perspektywa ich utraty dręczyła go bardziej niż myśl o harówce w kopalni.

Wietrzyk, który ledwie wichrzył piórka zięby – wyglądającej przez to tak, jakby nosiła na szyi futrzany kołnierz – nagle dmuchnął silniej. Ptak zniknął.

W tej krótkiej chwili coś się w Eriku przełamało: powziął decyzję, w dodatku taką, która sprawiła mu prawdziwą frajdę. Zamierzał bowiem – wbrew zdrowemu rozsądkowi – wyzwać w szranki Biuro Przesiedleń i pomścić śmierć matki.

2

Wszystko dla piękna

Znowu śmierć.

Erik westchnął głośno i z irytacją podrapał się po uchu, wyobrażając sobie zrozpaczony głos matki, kiedy dowie się o tym. Usiłował wszelkimi sposobami wyzwać na pojedynek Biuro Przesiedleń, podejmował więc ryzyko, na jakie nie odważył się w Epicu nigdy wcześniej. Był przygotowany na śmierć w pogoni za zemstą i potrzebnymi mu informacjami. Ale podejrzewał, że matka tego nie zrozumie. Nadzieję pokładała już tylko w tym, że Erik wymiga się od przesiedlenia dobrą postawą w dorocznym turnieju zaliczeniowym. W tym kontekście każda śmierć była tragedią, ponieważ pozbawiała go bogactw i ekwipunku, które zdobyła jego postać. Jeśli nie będzie uważał, przystąpi do turnieju goły i wesoły – stanie się łatwym łupem nawet dla dziesięciolatka, który wojuje zardzewiałym sztyletem.

Akurat gdy zamierzał wypiąć się z Epica, przyszło mu do głowy, że przynajmniej powinien przygotować nową postać. Dzięki temu odsunie w czasie chwilę, kiedy będzie trzeba oznajmić rodzicom złą wiadomość.

płeć: kobieta

Dokonał wyboru praktycznie nieświadomie i zdziwił się niepomiernie. Po raz pierwszy wybrał kobietę. Zazwyczaj ludzie pozostawali przy swojej płci; próbowali nadać postaci wygląd jak najbardziej zbliżony do własnego – być może dlatego, że spotkania w grze bardzo często skutkowały małżeństwem. W każdym razie cieszył się, że tak to wyszło. Może szczęście uśmiechnie się do niego, jeśli będzie kobietą?

Przemknął przez olbrzymią bibliotekę kobiet i wybrał figurę. Zdecydował się na niewysoką pieguskę o jasnej cerze, rudych włosach i zielonych oczach. Pod względem budowy ciała postać przypominała Erika, on jednak odziedziczył po matce czarne włosy i brązowe oczy. Na koniec, perwersyjnie, wszystkie punkty startowe przeznaczył na urodę.

Poważni gracze – a z takich składał się świat – nie marnowali na urodę nawet punktu, który można było przeznaczyć na ważniejsze cele, takie jak umiejętności bojowe, zdolności rzemieślnicze, broń, przedmioty magiczne i zaklęcia. W efekcie wspólnotę graczy tworzyli wyłącznie przeciętni, nudni humanoidzi.

Jego przyjaciele będą w szoku. W żaden sposób nie zdoła im wytłumaczyć, co skłoniło go do takiej decyzji, tak samo jak żaden rozsądny argument nie przemawiał za rezygnacją z wszystkich praktycznych korzyści na rzecz urody. Może po prostu powie, że stworzył atrakcyjną lalunię dla kaprysu, bo wiedział, że i tak nie pożyje za długo. Takie wyjaśnienie nie odbiegałoby zbytnio od prawdy, lecz Erik czuł, że ona znakomicie odzwierciedla nastrój, który go ogarniał – nastrój sprzeciwu i buntu wobec skostniałych reguł gry.

Niech sobie mówią, co chcą – robiła wrażenie. Więcej nawet: powalała. Brakowało jej zbroi, stała więc w samej tunice i spodniach, gibka i pewna siebie. Czuć było energię, która z niej promieniowała.

#uśmiechnij się

Uśmiechnęła się zadziornie do Erika i serce w nim podskoczyło. Animacja mimiki twarzy była perfekcyjna. Gdyby polecił uśmiechnąć się którejkolwiek z poprzednich postaci, przesuwające się szare poligony głowy utworzyłyby tylko nieczytelny grymas. Zachichotał głośno. Zły humor po niedawnej śmierci prędko go opuścił. Szykowała się niezła zabawa. Pewnie nie pożyje dłużej niż tydzień – biorąc pod uwagę to, co sobie zaplanował – ale już teraz łączyła go nić sympatii z jego alter ego. Będzie się odróżniała od innych, wywoła mnóstwo pytań. Przypominała bardziej NPC, postać generowaną i sterowaną przez komputer, niż gracza.

#pomachaj na pożegnanie

Pomachała.

Po odpięciu od komputera hełmu i rękawic Erik wstał i przeciągnął się. Znowu podrapał się za uchem, które swędziało go w miejscu, na które przez cztery godziny naciskał sprzęt. Podarowano mu te bezcenne godziny, żeby podgonił w Epicu inne postacie ze swojej grupy wiekowej.

W czasie gdy zmagał się z rzeczywistością gry, na dworze zapadł zmierzch. Prawdopodobnie rodzice i sąsiedzi wrócili już z pól i teraz starannie czyścili żelazne narzędzia, żeby nie chwyciła ich rdza. Może nawet przygotowywali kolację. Migotliwe światło w korytarzu świadczyło o tym, że na dole rozpalono już ogień. Czas przyznać się do porażki. Erik zaczął schodzić po surowych drewnianych schodach – wolno i cicho.

– Jasna cholera! – doleciał z kuchni głos matki.

– Co się dzieje, mamo? – Erik zjawił się przy niej.

– O! Nie wiedziałam, że tu jesteś. – Westchnęła. – Piec nam się psuje. Nie mamy ciepłej wody.

Wyglądała na zmęczoną, lecz nagle na jej twarzy zajaśniała nadzieja.

– Zrobiłeś dziś jakiś postęp?

– Hm, tak i nie. – Nie chcąc jej rozczarować, Erik usiadł przy stole i wbił wzrok w słomianą podkładkę.

– Tak i nie?

– Zginąłem. Ale nauczyłem się…

– O, nie! Znowu to samo? Eriku, czemu tak ciężko ci idzie w świecie? Turniej zaliczeniowy lada dzień, a ty nie masz najmniejszych szans. – Pohamowała się wreszcie. Oboje wałkowali ten temat wiele razy. Usiadła przy stole i popatrzyła na niego, aż łzy zaświeciły jej w oczach.

Unikając jej wzroku, Erik wpatrywał się w swoje dłonie, totalnie przybity. Doskonale ją rozumiał, lecz nie zamierzał zmieniać swojego nowego buntowniczego podejścia do gry.

– Posłuchaj mnie dla własnego dobra. Ja i tata niedługo zostaniemy gdzieś przesiedleni, ale ty masz jeszcze szansę wybrać dla siebie przyszłość. Nie mieści mi się w głowie, że możesz być taki uparty.

Erik wolał nic nie mówić, żeby nie doprowadzać matki do rozpaczy, ale nie chciał zaakceptować jej spojrzenia na rzeczywistość.

– Zobaczymy, co powie tata. – Freya wstała i otworzyła drzwi na podwórko. – Możesz przyjść, Harald? – zawołała.

– Co, już kolacja? – Ojciec przyniósł z szopy drewno na opał. Uśmiechnął się do Erika, ale szybko wyczuł skwaszoną atmosferę. – O co chodzi?

– Erik znowu zginął.

– Chwila, moment.

Czekali bez słowa, kiedy Harald przenosił drewno. Erik, zaniepokojony, czuł ucisk w żołądku. Ojciec w końcu wrócił, strzepując kawałeczki kory ze swetra.

– Co cię załatwiło? – zapytał obojętnie.

– Czerwony Smok, jak zwykle – przyznał się niechętnie. Wychodził na jakiegoś matoła. Nie wiedział, jak się wytłumaczyć.

– Znowu? Który to już raz? Trzeci? – Harald usiadł naprzeciwko niego.

– Czwarty.

Ojciec wolno pokiwał głową.

– Ile ci trzeba, żebyś dał sobie z nim spokój?

– Nie wiem… – odparł cierpko Erik. – Słuchaj, dopiero wtedy się poddam, kiedy będę na sto procent pewny, że on jest nie do przejścia. Ale mam jeszcze parę pomysłów. Dam radę.

Kup książkę Epic już teraz w Centrum Taniej Książki!

About the author

Agnieszka Noglik

Leave a Comment