Wieści

Na tym naszym rodzimym kretowisku jestem tym kretem, który ryje całkiem niezłe korytarze…

Jacek Piekara

Na fali zainteresowania najnowszą książką cyklu inkwizytorskiego i jako pokłosie spotkania, które odbyło się niedawno w Oświęcimiu, mamy dla Was kochani wywiad z jednym z najpoczytniejszych autorów polskiej fantastyki – Jacek Piekara odpowiada na nasze pytania.

Kocham Książki: Debiutował Pan opowiadaniem „Wszystkie twarze szatana” opublikowanym w Fantastyce w 1983 roku. Ile z Jacka Piekary lat 80. jest w dzisiejszej Pana twórczości?

Jacek Piekara: Tyle już lat minęło… Niesamowite, prawda? Kto by pomyślał, że za dwa lata będę obchodził 30-lecie literackiego debiutu. A co dzisiaj zostało z tamtego zaczynającego zabawę w pisanie młodzieńca? Od strony literackiej pewnie niewiele, natomiast od strony egzystencjalnej pozostał cały czas duży apetyt na życie. No i jakoś zapewne przekłada się on na to co piszę i jak piszę.

W rodzimej fantastyce jest Pan obecny od niemal 30 lat. Jaka jest tajemnica pańskiego sukcesu?

Ja zawsze proponuję ostrożność w używaniu słów takich jak „kariera”, „sukces”, „gwiazda”. Owszem na tym naszym rodzimym kretowisku jestem tym kretem, który ryje całkiem niezłe korytarze, ale prawdziwy sukces to odnieśli na przykład Martin, Gaiman, King, Koontz, czy Pratchett. Jak HBO zrobi serial oparty na moich powieściach, Hollywood zrealizuje wysokobudżetowy film, w którym zagrają Robert de Niro lub Jack Nicholson, a fotosami z licznych filmów opartych na mojej twórczości będę mógł wykleić sobie stumetrowy salon w domu na wybrzeżu Pacyfiku, to wtedy pogadamy o sukcesie.

W Polsce jest w ogóle ogromna skłonność do nadużywania wielkich określeń. Podam kilka przykładów. Podstarzałą aktoreczkę, która za komuny zasłynęła pokazywaniem gołych cycków, nazywa się „wielką damą polskiego kina”. Aktor znany głównie z mądrzenia się na temat braci Kaczyńskich, wystąpieniu w pierwszej polskiej telenoweli i pokazujący się nie w kinie, a w reklamach banku jest określany „megagwiazdą”. Pewnej skądinąd sympatycznej aktorce, która miała szczęście (lub nieszczęście) zostać zapłodnioną przez amerykańskiego gwiazdora (i jest to jej jedyny do tej pory sukces) poświęca się tyle miejsca jak by była nowym wcieleniem Poli Negri. A wyjąco – piszcząca szansonistka znana głównie z wypchania się silikonem oraz ze skandali obyczajowych jest nazywana „królową”. Ręce opadają…

W swoim dorobku ma Pan powieści i opowiadania – jest ich mnóstwo. Skąd biorą się pomysły, skąd inspiracje?

Do Kraszewskiego jeszcze mi daleko. A jeśli chodzi o polską fantastykę, to pewnie zakasowaliby mnie ilościowo i Eugeniusz Dębski i Andrzej Pilipiuk i Feliks Kres… Nie mówiąc już o Jacku Dukaju, którego powieść musi mieć tysiąc stron druku, opowiadanie co najmniej trzysta, a „short story” koło setki (ale żeby zrównoważyć tę drobną złośliwość powiem, że „Wroniec” Jacka Dukaja jest naprawdę znakomitym utworem. I w dodatku wcale nie ma tysiąca stron). No ale co do inspiracji… Otóż inspiracja może narodzić się w każdym momencie i pod wpływem każdego bodźca. W czasie rozmowy, oglądania filmu, czytania książki, słuchania muzyki… Zawsze mówię, że oczywiście bardzo ważny jest ten pierwszy zapłon, jednak potem musimy zadecydować o tym gdzie jedziemy, jak szybko, jaką trasą i jakie zabieramy bagaże. Więc inspiracja jest zaledwie przekręceniem kluczyka. Fakt, że bez tego pierwszego ruchu nigdzie nie zajedziemy, ale wyprawa nie polega przecież na tym, by bez przerwy tylko kręcić kluczykiem.

Ma Pan jakieś preferencje odnośnie formy? Lepiej pisze się powieść czy opowiadanie?

I w tym i w tamtym wypadku można wpaść na mielizny albo nadziać się na rafy. Opowiadanie musi być błyskotliwe, tworzyć zwartą, ciekawą historię i najlepiej zostać zakończone zaskakującą, poruszającą lub zabawną puentą. Powieść z kolei wymaga ogromnej dyscypliny formalnej: nakreślenia konspektu, synchronizacji wątków, wyważenia fabuły. Kiedyś wolałem opowiadania, teraz jest mi to w zasadzie obojętne, chociaż przy pisaniu powieści trzeba zdecydowanie bardziej uważać.

Jakie jest Pana zdanie o polskiej fantastyce? Jest dobrze, a może najlepsze już za nami?

Sądzę, że jeśli najlepsze byłoby za nami, to byłaby to smutna konkluzja. Mam nadzieję, że boom na polską fantastykę wywołany przez wydawnictwa Fabryka Słów i Runa i podtrzymany przez zainteresowanie rynku, utrzyma się. Szkoda jedynie, że nie mamy wsparcia choćby ze strony pism społeczno-politycznych, które na swoich stronach kulturalnych wolą onanizować się jakimiś półpornograficznymi bzdetami Gretkowskiej, czy grafomanią Masłowskiej, a niemal całkowicie ignorują książki utrzymane w konwencji szeroko rozumianej fantastyki. Oczywiście gdyby ktokolwiek z nas, pisarzy kojarzonych z literaturą fantastyczną, napisał powieść, w której głównym pozytywnym bohaterem byłby pedał – Żyd – kosmopolita, a głównym negatywnym Polak – katolik – patriota, to niezależnie od otoczki s-f, cała „michnikowszczyzna” brandzlowałaby się tym tematem przez wiele miesięcy. Teraz wygląda to tak, że w pismach jak „Wprost”, „Newsweek”, „Polityka”, czy „Gazeta Wyborcza” prędzej znajdziecie recenzje z książek o nakładzie tysiąca egzemplarzy (bo autor pochodzi z tego samego środowiska co recenzent) niż z tytułów kupowanych przez dziesiątki tysięcy czytelników. Zresztą pal ich diabli! Gretkowskiej pełno w telewizji, radiu i kolorowej prasie, a i tak moje książki są chętniej kupowane niż jej. Czyli liczy się nie wsparcie kumpli z mediów, a sympatia czytelników. Póki czytelnicy będą nas tą sympatią darzyć, póty będzie nie najgorzej. Natomiast żeby było naprawdę dobrze musiałby powstać obok książek cały przemysł: filmy, komiksy, gadżety. Żeby dobrze rozpalić ognisko, wypada do niego podrzucić sporo paliwa.

Natomiast jeśli mowa o rynku książki fantastycznej nie jako o przedsięwzięciu gospodarczym, a o wydarzeniu artystycznym, to moim zdaniem poziom artystyczny potężnie zwyżkuje. Najlepszym dowodem na to niech będzie fakt, że większość tekstów Sapkowskiego w tej chwili śmieszy mnie swoim niedopracowaniem, infantylizmem, płytkością i sztucznością, a sto razy bardziej wolę poczytać książki Komudy, czy Grzędowicza, gdzie akcję oraz bohaterów „słychać, widać i czuć”.

Skąd pomysł na postać Mordimera? Czy jest w nim coś z Jacka Piekary, czy odwrotnie, to w Piekarze jest coś z Inkwizytora?

Sądzę, że wszyscy mieli już dość szlachetnych paladynów, zgorzkniałych, lecz prawych i uczciwych szeryfów lub łajdaków o złotym sercu. Wprowadziłem do polskiej fantastyki postać człowieka, który nie jest ani szlachetny ani prawy ani nie ma złotego serca, a w zamian za to jest nieprzewidywalnym fanatykiem. Potrafi być ideowcem, żeby zaraz potem ukazać się nam jako materialista. Raz wydaje się mieć silny kodeks moralno – etyczny, innym razem sprawia wrażenie, jakby nawet nie znał pojęcia „sumienie“. Krótko mówiąc jest nieprzewidywalny i niebezpieczny. A mimo to, jak informują mnie czytelnicy, budzi sympatię i wiele osób kibicuje jego poczynaniom. Może o tyle łatwo się z nim identyfikować jako że każdy z nas jest zdolny zarówno do szlachetności jak i podłości? Każdy z nas potrafi być zarówno miłosiernym altruistą jak i bezwzględnym egoistą… Mordimer przejął ode mnie na pewno  dwie cechy: przekonanie, iż sprawiedliwość jest ważniejsza od prawa, oraz szacunek dla naszych „braci mniejszych”, czyli zwierząt.

W książce „Przenajświętsza Rzeczpospolita” atakuje Pan w zasadzie wszystkich: prawicę, lewicę, kościół katolicki – każdemu dostaje się porcja drwin. Dlaczego?

Może lepiej powiedzieć, że w „Przenajświętszej Rzeczpospolitej” atakuję polityczny światek. To bagno, które wciąga ludzi, ten zły czar, który nawet, wydawałoby się, przyzwoite osoby często zmienia w zwykłe kurwy. Żeby oprzeć się temu zaklęciu trzeba wiele silnej woli i jeszcze więcej wewnętrznej szlachetności. Ja napisałem książkę o ludziach, którzy się nie oparli.

Tęsknię za Arivaldem 🙂 Jest jakaś szansa na kolejne jego przygody? Nie ukrywam, że „Ani słowa prawdy” to moja ulubiona pozycja w pańskim dorobku.

Sądzę, że Arivald powróci. Tylko wolałbym najpierw zakończyć cykl inkwizytorski, a ściślej mówiąc tę część cyklu którą zepnie niczym klamrą powieść Czarna śmierć. Może przed Rzeźnikiem z Nazaretu zabiorę się za dalszy ciąg przygód Arivalda oraz za dokończenie powieści Necrosis, o co baaardzo dopominają się czytelnicy.

Jest Pan jednym z najbardziej znanych polskich twórców fantastyki. dlaczego wybrał Pan akurat ten gatunek, skąd fascynacja tym klimatem?

Fantastyka jest niezwykle szerokim pojęciem. W obrębie tego gatunku jest przecież miejsce zarówno dla utworów Bułhakowa, Swifta, Huxleya, Vonneguta, Orwella, Zamiatina, Suskinda oraz Goldinga, jak i dla „sieczki” rąbanej przez autorów opisujących rolplejowe przygody. Utwory utrzymane w konwencji fantastyki pisali Kipling, Dostojewski, Tołstoj, Mann, Puszkin (świetna „Dama Pikowa”!), rzecz jasna traktując je jako margines swojej twórczości. Fantastykę uprawiał twórca Sherlocka Holmesa, Arthur Conan Doyle. Czym innym jak nie fantastyką jest genialna „Alicja w Krainie Czarów”? Wreszcie na odejściu w magię, czy surrealizm oparta jest w dużej mierze proza iberoamerykańska. Pół żartem pół serio możemy powiedzieć, że pisarzem fantastycznym był nasz wielki wieszcz, mistrz Adam, gdyż część „Ballad i romansów” to wręcz gotowe scenariusze filmów grozy :). Oczywiście nie uważam, że wszędzie jest konieczne szafowanie elementami fantastyki (przecież znamy kapitalne książki nie tylko pozbawione elementów cudowności, lecz którym wprowadzenie takich elementów potężnie by zaszkodziło), sam zresztą czasami wprowadzam je bardzo oszczędnie (np. w „Alicji”, „Charakterniku” lub w niektórych opowiadaniach z „cyklu inkwizytorskiego”).

Napisał Pan wiele książek i opowiadań. Czy jest wśród nich coś, z czego jest Pan wyjątkowo dumny, coś ulubionego? A może coś, czego dziś Pan się wstydzi?

Napisałem kilka utworów, na które spoglądam dzisiaj z pobłażliwym uśmiechem, jednak raczej bez uczucia wstydu. Nie ma się co wstydzić za dwudziestolatka, który próbował wypowiedzieć jakieś ważne we własnym przekonaniu myśli. I który nie miał, proszę to zauważyć!, niemal żadnych wzorców. Moje opowiadania były pierwszymi współczesnymi utworami fantasy, które wyszły spod pióra polskiego autora. A książek fantasy z obszaru literatury anglosaskiej w zasadzie nie było wtedy na rynku poza Tolkienem i jakimś zbiorkiem LeGuin. Dzisiejsi debiutanci mają o wiele łatwiej, bo nie muszą przecierać szlaków, a dzięki internetowi mają dostęp do każdej informacji, jaką sobie wymarzą.

Mam kilka tekstów, które szczególnie lubię, między innymi „Krew, śmierć i świt” ze zbioru Necrosis, opowieść o człowieku, które całe życie traktuje niczym przedstawienie teatralne i nie zastanawia się nad stroną moralną swych uczynków, lecz nad tym, jak zostałyby one ocenione przez publiczność. A kiedy każe zabijać wrogów, to duma nad tym, jak powinien być wyposażony aktor, by krew była widoczna nawet w ostatnim rzędzie teatru. Przy tym wszystkim jest zakochany w sobie samym. No to akurat chyba cecha, jaką odziedziczył po mnie :).

Czy kiełkuje w Panu pomysł na książkę, którego nie było czasu rozwinąć? Idea klująca się od lat?

O, tak! I to niejedna. Na przykład mam w głowie dwie powieści traktujące o ostatnich dniach istnienia III Rzeszy, obie pozbawione elementów fantastyki.

Miewa Pan czas na czytanie książek? Po jakich autorów sięga Jacek Piekara w wolnej chwili?

Czytanie książek to nie tylko przyjemność, to również moja podstawowa inwestycja w samego siebie! Nie napisałbym tego, co napisałem, gdybym nie interesował się wieloma problemami i sprawami. Z tym, że czytam raczej książki naukowe i popularnonaukowe, nie beletrystykę (jeśli chodzi o beletrystykę to właśnie jestem w połowie „Diabłów z Loudun” Aldousa Huxleya i zacząłem czytać „Dziennik roku zarazy” Daniela Defoe). Brak czytania beletrystyki rekompensuję sobie nałogowym oglądaniem seriali (ale tylko na DVD, nigdy w telewizji!). Ostatnio skończyłem trzeci sezon „Czystej krwi” i „Being Human”, obejrzałem mini serial „Filary ziemi” i oglądam „4400” oraz „Criminal Minds”. Z dużą satysfakcją po raz drugi obejrzałem szósty sezon „Dr House’a”. I oczywiście z wielką niecierpliwością czekam na dalsze przygody Dextera, którego pozostawiłem w łazience pełnej krwi…

Na koniec pytanie, które pojawia się pewnie najczęściej. Jakie ma Pan plany pisarskie na najbliższe miesiące (lata)? Co się ukaże, nad czym Pan pracuje?

W przyszłym roku ukażą się dwie powieści historyczne, których tematyki ani tytułów nie będę jeszcze zdradzał oraz ostatni już tom „Ja, inkwizytor” prawdopodobnie zatytułowany „Dzieci z kolorowymi oczami”. Dalej ukaże się (wreszcie!) drugi tom „Płomienia i krzyża” oraz powieść „Czarna śmierć”, która będzie klamrą spinającą wszystkie opowieści o inkwizytorze, a także opowiadająca historie jego wrogów i sprzymierzeńców. Później zamierzam napisać drugi tom „Necrosis”, być może skuszę się również na drugi tom opowieści o czarodzieju Arivaldzie, a także zbiór opowiadań science – fiction „Planeta Masek”. Bardzo bym chciał zrealizować projekt „Stowarzyszenie Nieumarłych Polaków”, którego tytułowe opowiadanie znają czytelnicy „Science Fiction”. Oczywiście im szybciej przyjdzie czas na „Rzeźnika z Nazaretu” tym lepiej, gdyż będzie to kolejna książka opowiadająca o alternatywnym świecie, w którym Jezus nie umarł na krzyżu, lecz zniszczył swych prześladowców. Z tymże „Rzeźnik z Nazaretu” w 95 procentach będzie opartą na źródłach (m.in. ewangeliach) powieścią z gatunku „fikcji historycznej”, a element szeroko rozumianej fantastyki pojawi się w zaledwie 5 procentach tej książki. Wreszcie spoza beletrystyki chciałbym skończyć zbiór politycznych felietonów, mam również koncepcję przygotowania zbioru esejów traktujących o filmie. Już choćby z tego pobieżnego wyliczenia widać więc, że pracy starczy mi na długie lata…

Panu Jackowi bardzo dziękujemy za wywiad a Was kochani zachęcamy do sięgania po jego książki 🙂

Książki Jacka Piekary można niedrogo kupić w księgarni internetowej Selkar.pl!

About the author

Agnieszka Noglik

Leave a Comment