Artykuły Wywiady

„Fantasy to moje naturalne środowisko” – wywiad z Martyną Raduchowską

Martyna Raduchowska
Written by Jan Oko
Martyna Raduchowska

Martyna Raduchows

Redakcja Kocham Książki: Witam panią serdecznie. Niedawno wydała pani swoją pierwszą książkę. Jakie to uczucie?

Martyna Raduchowska: Przerażająco wspaniałe. To jest jeden wielki chaotyczny, zmieniający się jak w kalejdoskopie, uczuciowy miszmasz. Pamiętam, jak na wieść, że wydajemy, najpierw skakałam z radości i piszczałam jak oszalała, ale potem, gdy pierwsze emocje odrobinkę opadły i znów mogłam logicznie myśleć, przestraszyłam się tak, że aż sobie przysiadłam i pomyślałam tylko: „O rany, ale się porobiło…”. A potem znowu miałam ochotę śpiewać, jak zobaczyłam okładkę „Szamanki…”. Ochota ta przeszła jak ręką odjął na myśl o tym, co powiedzą Czytelnicy. No bo może się nie spodoba? Może jeszcze dla mnie za wcześnie na powieść, może powinnam była poczekać, dopracować bohaterów, fabułę? Tu coś dodać, stamtąd coś wywalić, ten fragment napisać jeszcze raz, bo się nie nadaje, o, a ten rozdział wystrzelić w kosmos, bo woła o pomstę do nieba, następny zresztą też, a ten dialog jakiś taki niemrawy, ten opis do bani, tego bohatera na pewno nie polubią… O matko, teraz wszyscy się dowiedzą, że ja nic nie umiem, BO PRZECIEŻ TEGO SIĘ W OGÓLE NIE DA CZYTAĆ! Pisać chciałam od nie pamiętam kiedy, ale gdy już stanęłam oko w oko z wizją mojego własnego książkowego debiutu, nogi się pode mną ugięły ze strachu. A jednak mimo całego obezwładniającego przerażenia, coś się tam we mnie uparcie cieszy i szczerzy jak głupie, nie wiadomo z czego. No cóż, optymistyczni pesymiści już tak mają, że nie bardzo potrafią dojść do ładu z własnymi emocjami.

Red.: Dlaczego wybrała pani klimaty fantasy? Skąd pomysł na medium, skoro czarodzieje, magowie itp. są bardziej popularni?

MR: Ja niczego nie wybierałam, samo się wybrało. Fantasy to moje naturalne środowisko, zawsze tak było, nawet jeszcze zanim zaczęłam czytywać fantastykę, to już fantastykę skrobałam pieczołowicie w zeszycie w linię. Nic nie poradzę na to, że do głowy przychodzą mi takie wariactwa i jak już mam pomysł, to koniecznie postrzelony i gdzieś tam w tle muszą, po prostu muszą wyprawiać się różniaste niesamowitości i pętać nie do końca zwyczajni ludzie. Tak już mam, to pewnie jakaś wada genetyczna. A dlaczego na główną bohaterkę wybrałam medium, podczas gdy czarodzieje i magowie cieszą się dużo większą popularnością? Właśnie dlatego. Magia troszkę mi się przejadła, co prawda nie na tyle, by całkowicie wykluczyć ją z kreowanego przeze mnie świata, lecz na tyle, by zdecydowanie zepchnąć ją z pierwszego planu. Nie chciałam tworzyć kolejnego superbohatera-wybrańca z misją, którego życiem kieruje przeznaczenie, który posiada niewyobrażalną moc i jest jedynym zdolnym ocalić ludzkość przed wielkim złem. Przeciwnie, Ida od początku miała być kimś, kto marzy o zwyczajnym, nudnym życiu, jednak realizację tych przyziemnych planów uniemożliwia jej dar, którego pozbyłaby się bez żalu przy pierwszej nadarzającej się okazji. Postać wiecznie zmuszana do działania wbrew swojej woli jest dużo ciekawsza. Kiedy dumałam nad tym, jakaż to nadprzyrodzona umiejętność byłaby najbardziej denerwująca i utrudniająca życie, szybko doszłam do wniosku, że stała obecność umarłych jest strzałem w dziesiątkę.

Red.: Osobiście urzekła mnie postać Tekli z jej charakterem i sposobem zwracania się do innych osób. Jestem ciekaw, czy ma ona jakiś pierwowzór w rzeczywistości?

MR: Ha, czekałam, aż ktoś mnie o to zapyta. Tak, Tekla ma pierwowzór, ba, nawet dwa, a co się będzie. Jednym z nich jest redaktor Dominika Repeczko z „Fabryki Słów”, która zwykle zwraca się do mnie z tą specyficzną manierą, a ja tak to polubiłam, że gdy kreowałam postać ciotki od razu wiedziałam, że będzie przemawiać właśnie w ten sposób. Drugim pierwowzorem jest moja młodsza siostra, Magdalena, która zawsze ma odpowiedź na wszystko i jest chyba jeszcze bardziej pyskata i złośliwa niż ja, a to już nie lada osiągnięcie. I przyznam, że Tekla to również moja ulubiona postać, najlepiej wspominam pisanie scen z jej udziałem. A jeśli chodzi o resztę bohaterów, to cechy zdecydowanej większości z nich wzorowałam na charakterach moich najbliższych i w pewnym stopniu również na moim własnym.

Red.: Odejdźmy trochę od tematu książek. Fabryka Słów pisze o pani”Wrocławianka całym sercem i duszą”. Czy to prawda? Co takiego jest we Wrocławiu urzekającego?

MR: To proste: oprócz tego, że jest piękny, to mój dom, moje miasto, w nim się urodziłam, wychowałam i z niego wyruszyłam w szeroki świat, pozostawiając w nim cząstkę duszy – ależ poetycko zabrzmiałam, co nie? Paradoksalnie, gdybym nie spędziła ostatnich czterech lat na Wyspach, prawdopodobnie nie byłabym przywiązana do Wrocławia tak mocno, jak jestem teraz. Jednak tęsknota za domem robi swoje, pewnie stąd wzięła się u mnie ta tendencja do idealizowania rodzinnego miasta.

Red.: Studiuje pani obecnie w Anglii. Czym różni się środowisko fanów fantastyki tam i u nas w Polsce?

MR: Poprawka: w Anglii dopiero będę studiować, od października zaczynam przygodę na uniwersytecie w York. Natomiast w tym roku skończyłam studia w Walii, a dokładniej w Aberystwyth, małym, ciasnym miasteczku położonym nad zimnym jak pierun Morzem Irlandzkim. A jeśli chodzi o środowisko fanów, to pojęcia nie mam, bo jeszcze takiego brytyjskiego fana nie spotkałam, oczywiście nie licząc wielbicieli Tolkiena czy Rowling, których wszędzie pełno. Z przykrością zmuszona jestem stwierdzić, że czytanie – i nie mam tu na myśli wyłącznie fantastyki – nie jest tym, co wyspiarskie tygryski lubią najbardziej. Chociaż, co ciekawe, odtwórstwo fantastyczno-historyczne jest tu całkiem popularne i regularnie uskuteczniane. Latają wtedy po zielonych walijskich wzgórzach w ręcznie wykonanych kostiumach rycerzy, magów i białogłowych, machają drewnianymi mieczami, rzucają zaklęcia, ratują damy z opresji i takie tam. A potem idą do pubu na piwo. Nadal w tych kostiumach, co warto zaznaczyć.

Red.: A zamierza pani wrócić do Polski?

MR: Niech no tylko pomyślnie przeprowadzę operację „York”, a wtedy pakuję manatki i wracam zaraz po odebraniu dyplomu. I zrobię wszystko, by w kraju pozostać, a chociaż łatwo raczej nie będzie, jestem dobrej myśli.

Red.: Na koniec pytanie o plany. Czego mamy się spodziewać w przyszłości? Myślę, że nie tylko ja po lekturze Szamanki z wytęsknieniem czekam następnych pani książek.

MR: Powiem tak: pomysłów mam od groma. I jest wśród nich wszystko, od kryminałów, przez horrory, teksty humorystyczne, aż po klasyczne fantasy. Chyba łatwiej byłoby wymienić, czego wśród nich nie ma. I naprawdę pojęcia nie mam, w jakiej kolejności będę je realizować, a bardzo możliwe, że nawet jak już się za któryś zabiorę, to w procesie twórczym ni stąd ni zowąd zmieni mi się koncepcja i z horroru wyjdzie komedia. Dlatego niczego nie chcę obiecywać , nie tylko Czytelnikom, ale samej sobie, bo potem wyjdzie na to, że jestem niewiarygodna, niedobra autorka. Nie obiecuję zatem, bo szkoda nerw. Jednego tylko jestem pewna: drugi tom „Szamanki…” lada chwila powędruje na warsztat jako pierwszy. Zdecydowanie. I więcej nic nie powiem, bo jeszcze przez przypadek rzucę jakąś obietnicą i dopiero będzie.

Red.: Dziękuję bardzo za rozmowę! Życzę dalszych sukcesów.

MR: Cała przyjemność po mojej stronie.

Debiutancką książkę Martyny Raduchowskiej Szamanka można tanio kupić w księgarni Selkar.pl!

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

3 komentarze

  • Calkowicie sie nie zgadzam z wypowiedzia: Z przykrością zmuszona jestem stwierdzić, że czytanie – i nie mam tu na myśli wyłącznie fantastyki – nie jest tym, co wyspiarskie tygryski lubią najbardziej.
    Mieszkam na Wyspach od pieciu lat i wszyscy autochtoni jakich znam sa zafascynowani literatura. Moje przyjaciolki chlona kazda powiesc fantasy jaka znajda=] Widac po prostu obracamy sie wsrod innych grup, ale na pewno nie mozna generalizowac w ten sposob!

  • Bardzo fajny wywiad. Tak z wysp pochodzi wielu pisarzy, w tym fantastyki, np taki Terry Pratchett, albo Neil Gaiman – on tez z UK. Czytajac odpowiedzi Martyny mialam wrazenie ze to ja sie wypowiadam, normalnie taki sam tok myślenia i wrażenia, niesamowite 😀 Musze dorwac zatem jej ksiązkę. Koniecznie!! A i polecam jak najdluzej mieszkac w UK bo tam naprawde jest klimat do pisania. Mieszkam w Paryzu, gdzie tego klimatu nie ma, a fantastyka tylko dla dzieci raczej, koncze studia i w te wakacje bede juz w Anglii. Jestem ciekawa czy Martyna ma swoj blog? Bedzie ciezko pisać i studiować jednoczesnie, ale mam nadzieje, że autorka znajdzie czas na jedno i drugie. Pozdrawiam serdecznie! :))

  • Anno, faktycznie, wyszła mi krzywdząca generalizacja – powinnam była powiedzieć „lokalne wyspiarskie tygryski” bądź zwyczajnie „tygryski z Aberystwyth”, żeby uniknąć nieporozumienia. Zapewniam, że miałam na myśli jedynie o moje walijskie doświadczenia, zatem bez bicia przyznaję się do błędu. Pozdrawiam!

Leave a Comment