Wieści

„Księga Sandry” – fragment III

Tamora Pierce, "Księga Sandry"

Tamora Pierce, "Księga Sandry"

Oto kolejny fragment „Księgi Sandry”. Przyznaję, że zaczyna mnie to intrygować i ciekaw jestem jak te różne wątki splotą się w jedną całość. Miłej lektury!

Tamora Pierce, Księga Sandry, fragment trzeci:

Hajra, miasto portowe w Sotacie

Kiedy za pierwszym razem Płotka został przyłapany przez hajrańskiego strażnika z ręką na czyjejś sakiewce, wytatuowano mu znak X na fałdzie skóry pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym jego prawej dłoni, a następnie zamknięto go na noc w ogromnej celi. Ściskając nabrzmiałą od bólu rękę, Płotka natychmiast schował się w odległym kącie pomieszczenia, gdzie wąski promień słońca przebijał się przez szparę w ścianie. Rosły tam kępy miękkiego mchu. Usiadłszy na posadzce, Płotka odkrył, że jedna z nich uformowała się w całkiem niezłą poduszkę.

Kilka miesięcy później sklepikarz złapał Płotkę na tym, jak chłopiec przywłaszczył sobie kilka jego szali. Hajrańscy strażnicy zabrali go, wytatuowali mu znak X na lewej dłoni i wrzucili go do tej samej celi. Mech porastał już wtedy większą część kąta. Posłużył chłopcu za wygodne łóżko, na którym Płotka mógł się przespać w oczekiwaniu na uwolnienie o świcie.

Obecna wizyta w celi była jego trzecią z kolei – strażnicy nakryli całą uliczną szajkę, do której należał również Płotka, w sklepie jubilerskim. Większość z tych dzieciaków miała już wytatuowane na dłoniach po dwa znaki X, co oznaczało, że trzeci raz nie uda im się uniknąć kary. Wszystkich wrzucono do ogromnej celi. Znajomy mech pokrywał już cały kąt i sporą część podłogi. Było to najwygodniejsze łóżko, na jakim chłopcu kiedykolwiek przyszło spać, a i dla reszty jego bandy znalazło się dość miejsca, aby każdy mógł przyłożyć głowę do snu.

Podczas gdy pozostali rzucili się na pomyje, szumnie zwane tutaj przez strażników kolacją, Płotka zbliżył twarz do swego mchu.

– Już tutaj nie wrócę – wyszeptał. – Trzeci raz jest przeklęty. Poślą mnie do kopalni, na galery albo do stoczni. Tam spędzę resztę życia, no chyba że zwieję. – Uśmiechnął się niemrawo. Długie życie raczej nie było mu pisane. W takich miejscach nikt nie był w stanie przetrwać więcej niż dwa lata, a ucieczki rzadko kiedy się udawały.

Mimo to spał dobrze. Kiedy się obudził, w Hajrze nastał Dzień Sądów.

– Ryjkowiec! – ryknął stojący przy drzwiach strażnik.

Przebudzeni członkowie bandy Płotki usiedli.

– Tancerz! Kocur! Żmija! Ślimak!

Płotka syknął ze złością. To Ślimak wpakował ich w tę całą kabałę – stał i patrzył, jak kradną, zamiast rozglądać się za strażnikami patrolującymi ulicę.

– Kanciarz! Żółw! Płotka!

Chłopiec zawahał się. Czy powinien poczekać, aż sami po niego przyjdą?

Strażnik, patrząc na niego, strzelił z bicza. Płotka zdecydował, że lepiej będzie uniknąć razów, które na pewno by otrzymał, gdyby ten człowiek musiał go stąd wyciągać siłą. Miał już na obu dłoniach znak X, więc i tak w przyszłości czekało na niego sporo batów.

– Dziękuję – zwrócił się do mchu i dołączył do reszty towarzyszy.

Maszerowali w szybkim tempie. Minęli inne cele, a następnie ruszyli w górę długich schodów. Gdy byli już na ich szczycie, strażnicy przyspieszyli, poganiając więźniów uderzeniami batów. Płotce brakowało już tchu, gdy w końcu zapędzono wszystkich do ogromnej, dudniącej echem komnaty.

Za długą ławą siedziała kobieta w popielatych szatach sędziego. Za nią stali ludzie w zwyczajnych, ulicznych ubiorach. Po obu stronach ławy spoczywali kanceliści, spisujący zeznania strażników i mieszkańców składane przeciwko przestępcom. Płotka puszczał mimo uszu zeznania dotyczące jego bandy. Oni i tak już wydali na nich wyrok, więc po co wysłuchiwać całej tej gadaniny?

Gdy zakończono składanie zeznań, głos zabrał jeden z pisarzy:

– Ryjkowiec.

Przywódca szajki został wypchnięty przed sędzię.

– Ręce!

Strażnicy przycisnęli dłonie Ryjkowca do ławy, przytrzymując je tak, aby tatuaże w kształcie znaku X były dobrze widoczne. Ryjkowiec, tak samo jak Płotka, miał już takie dwa.

– Kopalnie – zawyrokowała sędzia. Strażnik wepchnął Ryj-kowca do drewnianej klatki na tyłach komnaty.

Stróżowie prawa rozprawiali się z kolejnymi członkami bandy, ale Płotka przestał zwracać uwagę na to, co się wokół niego dzie­je. Zamiast tego chłopak rozmyślał o roślinach w celi i o tym, w jak kojący sposób mech porastał wszystkie te miejsca, na które padała choćby odrobina promieni słonecznych. Zieleń żywej rośliny była dla niego cenniejsza od blasku skrzącego się w szmaragdach. Ich barwa była twarda, podczas gdy poświata mchu delikatna. Roślina ta najwyraźniej nie potrzebowała wiele ziemi, by rosnąć, lubiła jednak wodę. Płotka niekiedy oddawał jej część swojej porcji, gdy nikt nie patrzył. Nie przeszkadzało mu, że wyświadczał przysługę roślinie, ale nie lubił, gdy inni wyśmiewali się z niego.

Dwie pary szorstkich dłoni uniosły go, a następnie posadziły przed ławą sędzi, wykręcając mu kostki u nóg. Warknął i zaczął się szarpać, gdy strażnicy wyciągnęli jego dłonie do przodu. Wiedział, że na nic się zdadzą jego protesty, ale nie dbał o to. Przynajmniej dobrze go zapamiętają!

Sędzia nawet nie spojrzała mu w twarz, zerknęła jedynie na ręce.

– Doki – powiedziała i ziewnęła przeciągle.

Płotkę zaczęto ciągnąć w stronę osobnej klatki, obok tej, w której siedzieli już Ryjkowiec i Żmija, gdy dał się słyszeć pogodny męski głos:

– Zaczekajcie.

To nie była prośba, lecz rozkaz. Strażnicy obejrzeli się za siebie. Płotka pozostał w bezruchu.

– Czy mógłbym raz jeszcze przyjrzeć się temu chłopcu? – zapytał ów człowiek.

– Przyprowadźcie go. – Głos sędzi zdradzał oznaki znudzenia.

Płotka został zaciągnięty z powrotem i stanął przed obliczem jakiegoś mężczyzny. Na pewno nie był to ławnik ani żołnierz. Jego długa, luźno zwisająca wierzchnia szata miała barwę głębokiego błękitu. Farbowany materiał, taki jak ten, kosztował przy alei Sukienników srebrny grosz za jard. Szata ta nie była niczym spięta, a jedynie narzucona swobodnie na luźne, szare bryczesy i jasnoszarą koszulę. Również buty tego mężczyzny były dobrej jakości. Miał przy sobie jedynie sztylet podwieszony u pasa, tuż obok sakiewki.

Był to zatem Skarbona albo jakiś oficer. W każdym razie na pewno ktoś ważny. Ktoś, kto okrywał się władzą swobodnie i naturalnie niczym płaszczem.

Skarbona szepnął coś sędzi, a jej twarz wykrzywił grymas dezaprobaty. Pokazał jej list z widoczną na nim ozdobną pieczęcią. Sędzia rzuciła Płotce piorunujące spojrzenie, ale skinęła głową i Skarbona odsunął się od niej.

– Ich Wysokości skłonni są okazać ci miłosierdzie z uwagi na twój młodzieńczy wiek. – Sędzia szybko wygdakała wyuczoną na pamięć formułkę. – Masz wybór: doki albo wygnanie z Sotatu i udanie się na służbę do… – urwała nagle.

Skarbona pochylił się i zaczął coś szeptać. Jego długie, siwe, poprzecinane czarnymi pasmami włosy opadły mu na twarz. Płotka zastanawiał się, czy człowiek ten nie szukał przypadkiem słodkiego chłopca w charakterze osobistego sługi, i uśmiechnął się pod nosem. Mężczyźni, którzy lubili tego typu igraszki, zawsze żałowali spotkania z nim.

Człowiek wyprostował się i rozejrzał dookoła, aż w końcu jego ciemne oczy złowiły szarozielone spojrzenie Płotki i zatrzymały się na nim. Było w nich coś, co nie miało nic wspólnego z żadnymi chłopięcymi igraszkami. Wrażenie drzemiącej w tym człowieku władzy, jakie wcześniej ogarnęło Płotkę, wzmogło się. Oczy wyrażały przestrogę, a jednocześnie uspokajały go.

Chłopiec spuścił wzrok.

– Masz wybór. Doki albo terminowanie w Świątyni Wietrz-nego Kręgu w Emelanie – podjęła na powrót sędzia – do momentu złożenia oficjalnych ślubów w świątyni bądź też do chwili, gdy rządzący tym krajem uznają, że jesteś gotów, aby stać się członkiem tego społeczeństwa. Świątynia albo doki, chłopcze. Wybieraj.

Wybierać? W dokach były straże, wredne i zawsze czujne typki. A jaka świątynia mogłaby zatrzymać takiego bystrego łobuza jak on? Nawet lepiej: Emelan leży daleko na północ od Sotatu. Nowe tereny łowieckie, gdzie nikt go nie zna.

– Świątynia – odparł.

– Przygotować dokumenty przekazania – oznajmiła sędzia kanceliście. – Mistrzu Niklarenie – te słowa skierowane były już do człowieka w niebieskiej szacie – czy zamierzasz wziąć go pod swoją pieczę?

– Oczywiście.

Przez krótką chwilę serce Płotki zabiło szybciej – być może udałoby mu się uciec, jeszcze zanim w ogóle ujrzy Emelan! Wówczas jednak jego wzrok napotkał oczy Skarbony i chłopiec szybko porzucił ten pomysł. Ów człowiek (Mistrz Niklaren?) wyglądał na zbyt bystrego, żeby dać się złapać na jakikolwiek numer, który chłopak byłby w stanie wykręcić.

– Nie mogę przygotować dokumentów z danymi jakiegoś „Płotki” – jęknął bezradnie kancelista. – Nie dla świątyni.

– To twoja szansa, młodzieńcze. – Niklaren, jak na mężczyznę, przemawiał bardzo delikatnym tonem. – Możesz wybrać sobie imię. Takie, które będzie wyłącznie twoją własnością. Możesz zdecydować, jak od tej chwili będziesz postrzegany.

„Ale tylko tak długo, jak długo tu będę” – pomyślał Płotka. A jednak Skarbona miał rację. Płotce nie podobało się jego przezwisko, ale nikt nigdy nie sprzeciwiał się mianu nadawanemu przez samego Króla Złodziei.

– No, chłopcze, pospiesz się i wybieraj! – rzuciła ostrym tonem sędzia. – Mam tu jeszcze innych poza tobą.

Doki znajdowały się zbyt blisko, aby można było pozwolić sobie na ryzyko rozgniewania tych ludzi. Jakie imię spodobałoby się gościowi ze świątyni? Nazwy roślin i zwierząt, otóż to. Wyobraził sobie mężczyzn i kobiety odzianych w szaty, uśmiechających się do niego i wręczających mu klucz do bramy świątyni.

Nazwy roślin i zwierząt. Oczyma wyobraźni ujrzał nagle obraz przedstawiający zielony, aksamitny kąt – to jednak nie było to. Potrzebował porządnego imienia, takiego, które powie temu człowiekowi, że nie można go lekceważyć. Starając się skoncentrować, przyglądał się uważnie swoim rękom i nagle zauważył wąskie blizny ciągnące się w poprzek jego prawej dłoni. Była to pamiątka po pnączach porastających mur w ogrodzie pewnego handlarza.

– Jak się nazywa to coś, co wygląda jak winorośl z igłami? Takimi dużymi, ostrymi, co wyrywają kawałki ciała, gdy się je chwyta rękami.

Skarbona uśmiechnął się.

– Róże. Pewnie te dzikie, czyli briary.

Płotce spodobało się brzmienie ostatniego z tych słów.

– No to niech będzie Briar.

– Jeszcze nazwisko – odparł kancelista, przeszywając go na wylot spojrzeniem.

„Nazwisko?” – zdziwił się chłopiec. „Ale po co?”

Zniecierpliwiona sędzia zabębniła palcami w blat ławy.

– Moss – powiedział wreszcie Płotka. I tak nikt się nie domyśli, że potrafi być miękki jak mech, bo nie będzie używał tego miana.

– Briar Moss – potwierdził kancelista i wypełnił puste miejsce w swoim dokumencie. – Mistrzu Niko, potrzebny będzie pański podpis.

Briar zmarszczył brwi. Określenie „mistrz” odnosiło się do profesorów, sędziów i czarodziejów. W świątyniach mężczyzn i kobiety nazywano „służebnymi”. Kim w takim razie był ten człowiek?

– Uwolnijcie go! – Skarbona, czyli Mistrz Niklaren, wydał rozkaz strażnikom.

– Proszę o wybaczenie, panie, ale chyba nie wiecie, kim on jest! – wycedził przez zęby jeden z nich. – Urodził się i został wychowany do niegodzi…

Niklaren wyprostował się i zmierzył strażnika przenikliwym spojrzeniem swoich czarnych, potężnych oczu.

– Czy ta uwaga była skierowana do mnie?

Płotka zadrżał. Czy mu się wydawało, czy w komnacie nagle zrobiło się chłodniej? Sędzia nakreśliła na swojej szacie krąg ochrony. Twarz strażnika stała się biała jak mleko. Jego kolega rozluźnił więzy pętające Płotkę, tym samym uwalniając go.

– Briar nie ucieknie. Prawda, młodzieńcze? – powiedział Niklaren, pochylając się, aby podpisać dokument podsunięty mu przez kancelistę.

Briar-Płotka wyczuł, że Skarbona ma rację. Coś w tym człowieku sprawiało, że ucieczka nie wydawała się najlepszym pomysłem.

„Będę się go trzymał tak długo, aż dotrzemy do tej całej świątyni” – pomyślał. „Tam zgubię go bez problemu”.

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

Leave a Comment