Wieści

„Księga Sandry” – fragment II

Tamora Pierce, "Księga Sandry"

Tamora Pierce, "Księga Sandry"

Jak wam się podobał pierwszy fragment Księgi Sandry? Widać, że Sandra będzie zaskoczeniem w sowim świecie. Teraz poznamy kogoś innego, a mianowicie Daję. Ta też ma coś, czego się nie spodziewała. Coś, co pozwoli jej przetrwać w trudnej chwili. Zresztą, poczytajcie:

Tamora Pierce, Księga Sandry, fragment drugi:

Południowo-wschodnie rejony Morza Kamienistego

Daja usiadła, wyprostowała się i spoglądając na siebie, stwierdziła, że wygląda jak duch. Cała jej skóra była biała i błyszcząca. Czy to jakiś wrogi mimander przemienił ją z Brązowego Kupca w Białego? Ale, na niebiosa, po cóż ktoś miałby robić coś takiego?

Przesunęła spuchniętym językiem po spękanych wargach, wyczuwając na nich sól, i skrzywiła się na myśl o własnej głupocie. Tego nie zrobił żaden mimander. Tak właśnie się dzieje, gdy przemoknięta do suchej nitki dziewczynka zasypia i budzi się dopiero wówczas, gdy słońce jest już wysoko na niebie. Zaczęła zeskrobywać ze skóry płaty soli, ścieląc nimi pokład prowizorycznej tratwy. Białe kryształki pozostawiły na jej ciele wiele skaleczeń i zadrapań, które paliły teraz żywym ogniem.

Jej rodowy statek przepadł, zatonął podczas sztormu tak silnego, że ich mimander nie był w stanie nad nim zapanować. Koma, bóg Kupców, znany ze swoich osobliwych poczynań, zdecydował, że jedyną ocalałą będzie Daja, dryfująca teraz na kwadratowej drewnianej pokrywie ładowni.

Dookoła niej morze usiane było odpływającymi coraz dalej i dalej szczątkami. Widziała splecione ze sobą liny i belki, roztrzaskane skrzynie oraz rozmazujące się kolorowe plamy – niegdyś cenne barwidła stanowiące ich ładunek. Były tam też ciała unoszone przez wodę – ciche szczątki członków jej rodziny. Wargi Daji zadrżały. Jak długo potrwa, zanim do nich dołączy? A może powinna już teraz skoczyć do wody i zakończyć to wszystko? Śmierć przez utonięcie będzie szybsza niż konanie z głodu.

Gdzieś niedaleko rozległ się głuchy łomot. To otwarte skórzane pudło obijało się o maszt. Uderzyło po raz kolejny o drewno, w miarę jak napełniała je woda, a następnie zanurzyło się pod belką. Daja tylko przez chwilę widziała jego zawartość: jakieś pakunki i butelki z ciemnego szkła. To było coś, co Kupcy nazywali suraku – skrzynka ocalenia. Na statkach trzymano je wszędzie. Musiała ją zdobyć i modliła się tylko, aby zawartość nie była zniszczona.

Daja sięgnęła ręką, ale pudło było za daleko. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś dłuższego kawałka drewna, którym mogłaby o nie zaczepić, ale nic takiego nie znalazła. Powoli nadpłynęła kolejna fala i jej tratwa oddaliła się od wraku statku. Pudło zaś pozostało na swoim miejscu.

– Nie! – krzyknęła. – Nie! – Wyciągnęła się jak najdalej, aby pochwycić cenną zdobycz, choć od ładunku dzieliły ją już całe jardy. – Chodź tutaj! Chodź tu! Ja… ja ci rozkazuję! – Roześmiała się histerycznie, słysząc, jakie głupoty wygaduje. – No chodź – wyszeptała zupełnie tak, jakby nakłaniała okrętowe psy, by podeszły do swoich misek. Przecież tak naprawdę nie była jeszcze stara ani gotowa na śmierć. Łzy pociekły jej po policzkach, wyciągnęła rękę, a jej palce poruszyły się tak, jak gdyby kiwała nimi do swoich ulubieńców.

Później często zastanawiała się, czy to tylko wyobraźnia spłatała jej figla, wykorzystując, że była na wpół oszalała od słońca i lęku przed końcem życia. Teraz jednak po prostu przyglądała się z szeroko otwartymi ustami, jak pudło wypływa spod masztu i dryfuje w jej kierunku. Po drodze dwukrotnie zatrzymywało się i za każdym razem groziła mu tylko palcem, bojąc się uczynić jakikolwiek inny gest. I dwukrotnie pudło zaczynało płynąć naprzód, aż w końcu dotknęło jej dłoni.

Bardzo, bardzo ostrożnie wyciągnęła zdobycz na pokrywę ładowni. Istotnie, było to suraku, obite od wewnątrz miedzianą blachą, tak aby izolować od wilgoci ukryte bezpiecznie w środku życie. Pakunki owinięte zostały naoliwionymi szmatami, co pozwalało utrzymać ich zawartość w suchym stanie. Korki na butelkach zapieczętowano woskiem. Daja ostrożnie przejrzała wnętrze pudła i chwyciła butelkę. Wyjęcie korka wymagało użycia niemal całych sił, jakie jej pozostały. Kiedy w końcu wyskoczył, ciecz ochlapała jej twarz. Słodka woda! Wypiła zachłannie większość zawartości butelki, zanim udało jej się odzyskać rozsądek. Jeśli wyżłopie to wszystko teraz, na jutro zostanie jej znacznie mniej. Musiała oszczędzać. Niechętnie zakorkowała butelkę. Przyglądając się zawartości pozostałych, stwierdziła z radością, że one również były wypełnione wodą.

– Dzięki ci, Kupcze Koma – wyszeptała pod adresem boga handlu i nagród.

W zawiniątkach znalazła ser, chleb i jabłka. Jadła je ostrożnie, małymi kęsami, ponieważ spękane wargi krwawiły boleśnie. Wszystkie jej rozmyślania na temat przeszłości rozwiały się – w tej konkretnej chwili była cudownie żywa.

Zapasy z suraku wystarczyły na trzy dni i mogłyby starczyć jeszcze na kolejne dwa, gdyby Daja zdecydowała się jeść mniej. Przez cały ten czas nie udało jej się dostrzec nawet śladu statków. Była to dość wczesna pora roku jak na wyprawy handlowe i kapitanowie – bardziej ostrożni od jej matki – ciągle jeszcze cumowali w porcie.

Wiedząc, że jej zapasy żywności są już na wyczerpaniu, Daja próbowała ubić interes z Komą i jego żoną, Rachmistrzynią Oti.

– Może na to nie wyglądam – powiedziała, a jej głos brzmiał niczym ciche skrzeczenie – ale jestem warta więcej, niż wam się wydaje! Jestem silna i znam większość żeglarskich węzłów… no, może poza skrótem łańcuchowym, ale nad tym też popracuję. – Przygryzła wargę. Nie odważyła się płakać, bo to wiązałoby się z utratą cennej wody, której nie miała czym uzupełnić.

W oddali, tak daleko, że aż wydawało się to nieprawdziwe, usłyszała trzask płótna. Czy to był sen? Powoli odwróciła głowę. Znajdowała się w zagłębieniu pomiędzy falami i jedyne, co mogła dostrzec, to piętrząca się ze wszystkich stron woda.

Nozdrza Daji rozszerzyły się. Zawiał wiatr i zagłębienie, w którym się znajdowała, podniosło się i wyrównało. Jej nos wyczuł nowe zapachy. Oddychając głęboko, rozpoznała mdły zapach mosiądzu, a zaraz potem głęboką, rdzawą woń żelaza.

Metal oznacza ludzi, nieprawdaż? Cały metal – za wyjątkiem tego, który wiązał kawałki jej tratwy oraz spoczywającego u jej boku pudła – poszedł prosto na dno, gdy zabrakło statku, który mógłby go utrzymać na powierzchni.

– Ahoj! – rozbrzmiał ponad falami męski głos. – Ahoj! Żyjesz?

– Tak! – krzyknęła Daja. Jedną ręką cały czas przytrzymywała swoje bezcenne suraku. Drugą wyciągnęła tak wysoko, jak tylko się odważyła, i zamachała nią ostrożnie. Gdyby teraz wpadła do wody, nie miałaby dość sił, by płynąć.

Straciła poczucie czasu. Wydawało jej się, że upłynęła cała wieczność do chwili, gdy usłyszała chlupot wioseł i ujrzała podpływającą do niej szalupę. Na dziobie siedział chudy biały człowiek. Jego duże, ciemne oczy osadzone były głęboko, poniżej gęstych brwi i grubego zarysu czarnych rzęs. Miał długie, srebrno-czarne włosy związane z tyłu głowy. „Kupiec, aż do szpiku kości” – oceniła, widząc, że jego żółta koszula i szare bryczesy były uszyte z lnu, a nie z taniej wełny, jaką z reguły nosili żeglarze.

– Dzień dobry – odezwał się swobodnie, tak jakby spotkali się przypadkiem na jakimś targowisku. – Nazywam się Niko, Niklaren Złotooki. Szukałem cię. Przykro mi, że nie zdołałem odnaleźć cię wcześniej.

Gdy tylko marynarze podprowadzili łódź bliżej, mężczyzna wyciągnął Daję na pokład. Ktoś inny przytknął do jej warg butelkę z wodą.

– Zaczekajcie! – zawołała chrapliwym głosem, starając się z całych sił podnieść i usiąść. – Moje… moje pudło! Tam! – Wskazała ręką. – Proszę, zabierzcie je!

Marynarze spojrzeli na Nika, który skinął głową. Dopiero gdy wciągnęli skrzynkę na pokład i ułożyli ją obok Daji, ona sama rozluźniła się i przyjęła ofiarowaną jej wodę.

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

Leave a Comment