Fantastyka Fantasy Recenzje

Marta Kisiel, „Dożywocie”

Marta Kisiel, "Dożywocie"
Written by Jan Oko

Być debiutantem pewnie nie jest łatwo. Potem też jest trudno, ale jak już się autor przebije, to chyba ma łatwiej. Przynajmniej w kwestii sprzedawalności książek. Poza tym „ci nowi” to jeszcze muszą sporo popracować, nauczyć się i tak dalej, a pierwsze książki wychodzą ot, przeciętne. Marta Kisiel nie należy do pisarzy znanych, właściwie to dzięki Dożywociu staje się coraz bardziej znana. Co więcej jak ulał nie pasuje do narysowanego przed chwilą obrazu młodego pisarza. Ta młodziutka autorka zaczyna mocnym uderzeniem.

Marta Kisiel, Dożywocie, [Fabryka Słów] Lublin 2010.

Dożywocie to książka prosta jak pięć metrów sznurka w kieszeni. Konrad dostaje w spadku Lichotkę. Cóż, spadek jak spadek, tyle że z dożywotnikami. Sam fakt, że Konrad jest miłośnikiem betonu, plastiku i ruchomych schodów jeszcze nie oznacza katastrofy w rustykalnej okolicy. Jedno Licho w bamboszkach raczej też nie. Krakers w piwnicy mimo bycia złym stworem z natury, zły nie jest, więc też nie. Zmora? Szczęsny? Rudolf? Każdy z nich nic nie zapowiada. Razem dają mieszankę wybuchową.

Marta Kisiel w mojej opinii jest rewelacyjnie zapowiadającą się autorką. Znajoma przestrzegała mnie, że Dożywocia nie powinno czytać się w obecności innych osób. Nagłe napady śmiechu mogą zostać źle odebrane, a czytelnik nie jest w stanie się przed nimi obronić. Autorka świetnie operuje słowem, zapowiadając się na mistrzynię w kwestiach języka. Dzięki temu książka sama się czyta (no prawie sama). Pomysł, humor, świetny język, jednym słowem coś, co powinno zainteresować wielu czytelników. Czytając książkę miałem nieodparte wrażenie, że czytelniczkom bardziej się spodoba, gdyż książka ma trochę taki kobiecy charakter. Jednak to przechylenie nie jest na tyle mocne, żeby odrzucało mężczyzn. Dlatego z czystym sumieniem polecam książkę wszystkim razem i każdemu z osobna, a na zachętę mały fragmencik.

Wszystko było nie tak.
Siła wyższa, bez uprawnień kierująca światem, postanowiła udowodnić, że dysponuje niekończącymi się pokładami czystej, małpiej złośliwości. Najpierw w cudowny sposób rozmnożyła bagaże, zaopatrując ich właściciela w ubrania na dowolną porę roku i okazję, łącznie z balem debiutantów i kolejną powodzią stulecia. Tak na wszelki wypadek. Nie zapomniała też o zestawie naczyń stołowych, karbidówce, środkach higieny mniej lub bardziej osobistej, dmuchanym materacu i wielu, naprawdę wielu absolutnie niezbędnych rzeczach. Bez wątpienia siła była kobietą, i to nad wyraz zaradną.
Rozochocona pierwszym sukcesem, w jakiś sposób unieruchomiła na amen blokadę skrzyni biegów w tico. Dopiero wezwany na pomoc syn sąsiada zdołał przerzucić dźwignię ze wstecznego na luz, a w tym czasie etui z okularami przeciwsłonecznymi, nieodzownymi w upalny, sierpniowy poranek, zawędrowało pod siedzenie kierowcy. Korek na trasie wylotowej z miasta, którą w końcu ruszył załadowany aż po dach samochodzik, także był zasługą siły, podobnie jak atrakcje uprzyjemniające dalszą jazdę. Ot, kilka kontroli radarowych, peletony półgłuchych rowerzystów i bezstresowo hodowane, hasające po szosie krowy. I wreszcie we wczesnych godzinach popołudniowych, na pustej, leśnej drodze siła zebrała się w sobie i popsuła coś. Nieważne co, ważne, że skutecznie. Tico jęknęło, stęknęło i umarło.
Cedząc pod elegancko przystrzyżonym wąsem równie eleganckie przekleństwa, Konrad włączył awaryjne i wygrzebał się z enklawy wolnej przestrzeni między kierownicą, oparciem fotela i wszechobecnymi bagażami. Znał się na samochodowych bebechach gorzej niż kura na pieprzu. Nie zajrzał nawet pod maskę, tylko od razu przepchnął tico na pobocze. Komórkę mógł spokojnie wyłączyć albo zakopać w malinowym chruśniaku, bo na tym odludziu zasięgu, rzecz jasna, nie było.

About the author

Jan Oko

Antykwariusz i bukinista. Zakochany w książkach.

2 komentarze

Leave a Comment