Premiery

Recenzje

Najnowsze
0

Drugi fragment „Zaginionych Wrót”

Orson Scott Card, "Zaginione Wrota"

Orson Scott Card, "Zaginione Wrota"

Wczoraj publikowaliśmy pierwszy fragment nowej książki Orsona Scotta Carda, przyszedł więc czas na ciąg dalszy tej przyjemności!

Zaginione wrota

Orson Scott Card

Fragment drugi

Wdrapał się więc na drzewo drugi raz tego dnia, tym razem pomału, sprawdzając przed chwyceniem każdej kolejnej gałęzi, czy lewa ręka i bark utrzymają jego ciężar.

Kiedy był już tak wysoko, że nie widział ludzi na dole, znalazł się w miejscu, gdzie nie miał się czego przytrzymać. Następna gałąź nad nim była poza jego zasięgiem. A mimo to poprzednio wchodził tędy. Na tej wysokości nie było żadnych innych dróg wspinaczki.

Wtedy szybciej się ruszałem, pomyślał Danny. Prawie wbiegłem na drzewo. Musiałem podskoczyć i złapać się gałęzi, nawet tego nie zauważając.

Wiedział jednak, że to nieprawda. Zauważyłby i zapamiętał taki skok – choćby po to, żeby potem się nim chwalić.

Wspinał się wtedy na drzewo w takim samym transie, w jaki wpadał podczas biegu. Kiedy biegł co sił, nie pamiętał, żeby wybierał trasę czy patrzył pod nogi; tak samo podczas swojej poprzedniej wspinaczki nie zwracał uwagi na to, których gałęzi się łapał, choć teraz, za drugim razem, miał w pamięci każdy chwyt, każde wyciągnięcie ręki.

Zamknął oczy. Jakże mógłby zejść na dół i powiedzieć im, że nie jest w stanie wspiąć się tak wysoko jak przedtem? Uznaliby, że nie chce tego zrobić na złość. A gdyby ktoś inny wdrapał się na tę samą wysokość i zobaczył T-shirt wiszący daleko poza zasięgiem ręki? Co by sobie pomyślał? Że Danny nie chce uwolnić dziewczyn z ich więzienia, ot co. Wówczas wujek Poot poprosiłby drzewo, żeby poświęciło i ułamało żywą gałąź, a Danny’ego spotkałaby sroga kara. I wtedy już na pewno stałby się dla nich zwykłym drekką.

A mimo to wiedział, że jest droga na górę, i nie tylko dlatego, że logicznie rzecz biorąc, skoro koszulka była zawiązana na gałęzi, to musiał tam dotrzeć. Wiedział, że jest droga na górę, bo ją wyczuwał – i gdzie się zaczyna, i dokąd prowadzi, mimo że nie widział nic, czego mógłby się złapać.

Zamknął oczy i wyciągnął rękę do góry, sunąc dłonią po szorstkim pniu. Ach, gdybyś mógł do mnie przemówić, dębie szkarłatny, gdybyśmy byli przyjaciółmi! Gdybyś mógł przygiąć mi gałąź…

I kiedy to pragnienie zmieszało się z rozpaczą, wykręcił się w bok i podskoczył. Nawet jeśli nie złapie gałęzi i runie na ziemię, to co? Jeśli nie ściągnie tych dziewczyn na dół, jego dni i tak będą policzone.

Dłoń zacisnęła się na gałęzi. Otworzył oczy.

To nie była następna gałąź z kolei, ta, do której daremnie sięgał przed chwilą. To była gałąź, na której wisiał T-shirt.

Jak stamtąd dostałem się tutaj?

Od razu sam sobie odpowiedział na to pytanie. Nie mogłem tego dokonać przy użyciu rąk i nóg. Nie ma też takiej magii, która pozwoliłaby dwunastoletniemu chłopcu podskoczyć na wysokość trzy razy większą od jego wzrostu.

Chociaż nie, taka magia istniała, tylko że Danny nigdy się z nią nie zetknął. Nikt na świecie nie zetknął się z nią od 632 roku naszej ery. Musiał zamknąć oczy i odetchnąć głęboko, żeby ogarnąć myślą to, co się stało.

Musiałem zrobić wrota. Małe, takie, które przenoszą mnie tylko stamtąd tutaj. Musiałem je zrobić podczas pierwszej wspinaczki i teraz przeleciałem przez nie, kiedy podskoczyłem.

Czytał o takich wrotach w książkach. To były wrota, które leżały w zasięgu możliwości Braci Ścieżek, może nawet niektórych Przyjaciół Zamków, w dawnych czasach, kiedy na świecie jeszcze praktykowano magię wrót. I teraz, kiedy myślał o tym w ten sposób, dostrzegł, gdzie dokładnie wrota się zaczynają, a gdzie kończą. Nie było to nic widzialnego, nawet nie drganie powietrza czy zmiana układu liści, jaka powstała przy wędrówce tymczasowego klantu wujka Poota. Po prostu wiedział, że tam są, wiedział, gdzie mają początek, a gdzie koniec.

Zrobił wrota. Ile innych nieświadomie stworzył? Niechybnie takie wrota jak te pozwalały mu ominąć drzewa strzegące granicy ziemi Northów. Od kiedy je robił? Ile ich było?

Ledwie to pytanie uformowało się w jego myślach, a już przyszła odpowiedź. Wyczuwał rozmieszczenie wszystkich wrót, jakie kiedykolwiek stworzył. Było ich trochę ponad dwadzieścia, ale ze swoich lektur wiedział, że to naprawdę dużo. Nawet Brat Ścieżek mógł zrobić najwyżej tuzin wrót wszelkich rozmiarów, bo w każdych z nich mag musiał zostawić część swojego zewnętrznego ja. Przeszkolony, doświadczony mag wrót mógł pozamykać wszystkie stworzone przez siebie wrota, usunąć je i poskładać fragmenty swojego zewnętrznego ja z powrotem. Danny jednak nie miał pojęcia, jak to się robi. I nie było nikogo, kto mógłby go tego nauczyć.

Zrobiłem ponad dwadzieścia wrót, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, w ogóle tego nie czując. A mimo to znajdowałem te, które prowadziły poza osadę, bo intuicyjnie wiedziałem, gdzie dokładnie są, dokąd wiodą i jak z nich korzystać.

Wszystkie nadal były na ziemi rodziny Northów i tylko czekały, aż ktoś przypadkiem wpadnie w któreś z nich i błyskawicznie przeniesie się w inne miejsce. Wystarczy, że zdarzy się to raz, i przypadkowy znalazca zrozumie, że na świecie znów pojawił się mag wrót, i to dość silny, by stwarzać własne wrota, a nie tylko znajdować i otwierać cudze.

Danny radował się, że jednak nie jest drekką, lecz całkiem potężnym magiem, i to najrzadszego rodzaju. Jednak upajające poczucie triumfu studził fakt, że w rodzinie Northów gorzej było być magiem wrót niż drekką.

Albowiem ostatnim magiem wrót na świecie był Loki psotnik, potwór Loki, który zatrzasnął wszystkie Wielkie Wrota na świecie tak skrupulatnie, że momentalnie ustał wszelki ruch między Westilem a Mittlegardem. To zdruzgotało potęgę wszystkich rodów, gdyż zachowanie najpotężniejszych mocy wymagało regularnego przemieszczania się między tymi dwoma światami. Magia zgromadzona w jednym powiększała się stokrotnie w wyniku przejścia Wielkimi Wrotami do drugiego. Małe wrota jak te, które stworzył Danny, takiej mocy nie posiadały – prowadziły z Ziemi w inne miejsce na Ziemi i nie znaczyły nic oprócz tego, że jego ciało przenosiło się stąd tam. Za to Wielkie Wrota zmieniły magów z Westilu w bogów, kiedy przybyli tutaj, do Mittlegardu.

A kiedy się zamknęły, kiedy Loki dopilnował, by nikt nigdy nie mógł ich odnaleźć – nawet tych wrót, które istniały trzy tysiące lat przed jego epoką – bogowie stali się zwyczajnymi magami, których łatwo odszukać i zabić, gdyby komuś na tym zależało. Mogli zginąć od ciosów mieczy suszłaków albo strzał z ich łuków. Musieli nauczyć się ostrożności, żyć w odosobnieniu, udawać zwykłych ludzi. Ukryć się tak, jak rodzina Northów ukryła się tutaj, wśród wzgórz Wirginii, gdzie wielu ludzi stroniło od świata i inni na ogół zostawiali ich w spokoju.

Na początku toczono wojny, by zmusić Northów do ponownego otwarcia wrót, nikt bowiem nie wierzył, że czyn Lokiego nie jest częścią jakiegoś niecnego planu. Dopiero kiedy rody zdziesiątkowały się nawzajem i Northowie uciekli z Leivem Eirikssonem do Winlandii – dopiero wtedy, widząc ich bezsilność w obliczu pięciu stuleci zmasowanych ataków, wszyscy w końcu uwierzyli, że Loki działał w pojedynkę, że Northowie nie ukrywają jakichś tajnych wrót do Westilu, które pozwoliłyby im posiąść moc, jakiej nie oparłaby się żadna inna rodzina.

Mimo to, po podboju Ameryki, rodziny znów od czasu do czasu wypowiadały wojnę Northom – zawsze wtedy, gdy ból rozłąki z Westilem stawał się nie do zniesienia – choćby po to, żeby ich pokarać albo może doszczętnie zniszczyć, bo i na cóż innego zasługiwali?

Jednak wszystkie rozejmy i traktaty, które podpisywano i łamano, by potem podpisać je i złamać znowu, nieodmiennie zawierały jedną klauzulę: że jeśli na świat przyjdzie mag wrót, bez względu na to, w której rodzinie, ale szczególnie u Northów, zostanie on zabity. Nie tylko zabity, ale i pocięty na kawałki, które następnie miano rozesłać wszystkim rodom w dowód przestrzegania układu.

W przeciwnym razie rodzina, która pierwsza by miała maga wrót, zyskałaby druzgocącą przewagę i mogła zniszczyć pozostałe. Każda z rodzin bała się, że inne będą oszukiwać, ponieważ wszystkie tak by postąpiły w podobnej sytuacji.

Gdyby któryś z dorosłych obserwował Danny’ego przez swojego klanta i zobaczył, co zrobił, żeby wspiąć się na tę wysokość, po zejściu na ziemię chłopiec zostałby zaszlachtowany na miejscu. Nikomu by ręka nie drgnęła. Jeśli bowiem ktoś przyłapie Northów z magiem wrót o choćby najmniejszej mocy, pozostałe rodziny zjednoczą się na nowo i tym razem nie spoczną, dopóki nie wybiją ich do nogi.

Jestem magiem obdarzonym mocą robienia czegoś, czego nie potrafi żaden spośród żyjących magów; a mimo to już jestem trupem, myślał Danny. Gdyby Loki nie spłatał swojego potwornego, niewytłumaczalnego psikusa i nie zamknął wrót, odkrycie mojej mocy byłoby powodem do świętowania. Natychmiast zostałbym jednym z najważniejszych członków rodziny, prości magowie zwierząt jak Zog musieliby być mi posłuszni, a Lem i Stem już nigdy by nie ośmielili się podnieść na mnie ręki. Jednak Loki pozamykał wrota i teraz samo to, że oddycham, jest zbrodnią. Gdybym był grzecznym chłopcem, rzuciłbym się z tego drzewa i umarł, oszczędzając im trudu zabicia mnie.

Jednak aż tak grzeczny nie był.

Nie był im nic winien. Nie był jednym z nich. Nie akceptował ich władzy nad sobą. Zrobi wszystko, żeby nie dać się zabić.

Lecz tak naprawdę nie potrafił posługiwać się swoją mocą. Zrobił wrota, ale nieświadomie; potrafił wykreślić w myśli mapę wskazującą, gdzie są wszystkie pozostałe, które stworzył, nie miał jednak pojęcia, jak zrobić nowe. Choć przydałyby mu się teraz wrota, które zabrałyby go z czubka tego drzewa do Kanady czy Brazylii, nigdy jeszcze nie stworzył takich, które przeniosłyby go na odległość większą niż pięćdziesiąt metrów, i ani jednych nie powołał do istnienia świadomie.

Dlatego powoli, ostrożnie przesunął się w miejsce, gdzie przywiązał koszulkę, rozplątał ją, rozłożył i uwolnił dwa słabe duszki. Zewnętrzne ja dziewczyn natychmiast odrzuciły od siebie wszystkie części klantów i gałązki, liście i skorupy orzechów spadły i sfrunęły na ziemię. W tej samej chwili na piętrze szkoły Tina i Mona otwierały oczy; bez wątpienia ryczały, tuliły się do siebie i przeżywały to, jak przerażające doświadczenie je spotkało.

I prawie na pewno więcej nie będą machać mi przed nosem swoimi klantowymi cyckami i tyłkami, pomyślał Danny, jeśli jeszcze kiedyś będę ich musiał pilnować. Czyli mój plan jednak się sprawdził, pomijając ten drobiazg, że omal nie przypłaciłem go życiem.

Zaczął powoli schodzić z drzewa, zatrzymując się tu i tam, żeby spróbować dosłyszeć, co się dzieje na dole. Nagle się zorientował, że bark już wcale go nie boli. Że przestał boleć w chwili, kiedy wskoczył we wrota i zawisł na gałęzi, na której zawiązał koszulkę. Spojrzał na swoje ramię i nie zobaczył najmniejszego śladu urazu – ani sińca, ani zadrapania.

Wrota uzdrawiają. Coś na ten temat słyszał, ale że było to zaletą magii wrót, niewiele się o tym mówiło. Kiedy ciocia Uck wspomniała, że nie mają pierwszorzędnego uzdrowiciela, chodziło jej o brak Przyjaciela Łąk, który specjalizował się w ziołach i potrafił wzmocnić ich lecznicze działanie. Jednak do 632 roku naszej ery wszelkie urazy można było leczyć, przeciągając bądź przepychając kogoś przez wrota.

Jeśli zobaczą jego bark, wszystkiego się domyślą. Uraz był na tyle poważny, że nie mógł się zagoić, nie zostawiając śladu. Tylko mag wrót mógł tego dokonać.

0

„Zaginione wrota” – pierwszy fragment i trailer

Orson Scott Card, "Zaginione Wrota"

Orson Scott Card, "Zaginione Wrota"

Niedawno, bo 15 maja br., miała miejsce premiera nowej książki Orsona Scotta Carda Zaginione Wrota. U mnie książka już trafiła do kolejki „koniecznie do przeczytania”, ale nie wytrzymałem i zajrzałem do środka. Okazała się na tyle interesująca, że postanowiłem z Wami się podzielić jej fragmentami, które mamy dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka. Pierwszy dzisiaj, drugi jutro.

Orson Scott Card zabiera czytelników w kolejną niezwykłą podróż!

Rodzina Northów to klan magów przebywający na wygnaniu w naszym świecie. Żyją oni w stanie kruchego rozejmu z innymi klanami do czasu, gdy narodziny Dana rozniecają na nowo płomień wojny. Bowiem Danny jest pierwszym od tysiąca lat magiem wrót, które bronią rodzinie Northów i jej wrogom dostępu do wspólnej ojczyzny, świata Westil. Niestety chłopiec nie zdaje sobie sprawy z wielu spraw. A to może doprowadzić Northów do katastrofy…

Orson Scott Card opowiada historie jak nikt inny!

„The Seattle Times”

Orson Scott Card (ur. 1951) – jeden z najbardziej popularnych autorów science fiction. Debiutował w wieku 26 lat opowiadaniem Gra Endera, które zostało później rozbudowane do rozmiarów powieści. Zapoczątkowała ona kultowy cykl. Do najsłynniejszych utworów autora należą ponadto: cykl o Alvinie Stwórcy, Glizdawce czy saga Powrót do domu. Zaginione wrota to pierwsza część nowej serii młodzieżowej autora.

Autor: Orson Scott Card
Tytuł: Zaginione wrota
Tytuł oryginału: The Lost Gate
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Data wydania: 15.05.2012 r.
ISBN: 978-83-7839-151-7
Oprawa: miękka
Format: 140 x 205 mm
Liczba stron: 448
Cena detaliczna: 36,00 zł

Fragment nr 1

Inne dzieci znielubiły go i albo z niego drwiły, albo w ogóle nie chciały z nim rozmawiać, jako z drekką. „Nie jesteś jednym z nas”, mówiły – często dokładnie tymi słowami. W czasie wolnym nie zabierały go na swoje eskapady; nie wybierały go do swoich drużyn; nigdy mu nie mówiły, kiedy jedna z ciotek rozdawała ciastka albo inne przysmaki; i zawsze musiał sprawdzać, czy nie ma w swojej szufladzie pająków, węży albo psich kup. Szybko się do tego przyzwyczaił i wiedział, że nie może o tym powiedzieć żadnemu z dorosłych. Co by mu to dało? Jak dobrze by się bawił, gdyby jakiś dorosły zmusił pozostałe dzieci, żeby zabrały go ze sobą? Jakie psikusy płatałyby po tym, jak dostałyby w skórę za umazanie kupą jego czystych ubrań?

Dlatego w owym idyllicznym świecie duszków i duchów, bogów i mówiących zwierząt Danny był bardzo samotny.

Znał wszystkich; wszyscy byli z nim spokrewnieni. Jednak kazano mu wstydzić się za wszystko, co robił dobrze, a jeszcze bardziej za to, czego robić nie potrafił, i nawet tych kuzynów, którzy traktowali go życzliwie, postrzegał tak, jakby ich życzliwość była litością. Któż bowiem mógł szczerze lubić chłopca tak mało wartego, przez którego linia rodu Northów, już osłabiona, słabła coraz bardziej, a on był z nich wszystkich najsłabszy.

Ironia polegała na tym, że Danny od urodzenia wychowywany był osobno, a nie z innymi dziećmi – ale z dokładnie przeciwnego powodu. Jego ojciec, Alf, Brat Skały z darem do czystych metali, znalazł sposób, jak wniknąć do żelaza, z którego zrobione są maszyny, i sprawić, by działały prawie bez tarcia i bez konieczności smarowania. Była to tak pożyteczna i dotąd niespotykana umiejętność, że wybrano go na głowę rodziny i, co za tym idzie, mianowano Odynem, Danny jednak mówił do niego z szacunkiem „Baba”.

Matka Danny’ego, Gerd, była tylko trochę mniej nadzwyczajna; magini światła, nauczyła się zmieniać barwę załamanych promieni światła tak, by różne rzeczy stawały się niewidoczne, chowały się w cieniu bądź świeciły jasno jak słońce. Stary Gyish, ówczesny Odyn, przez wiele lat nie pozwalał na ślub Alfa i Gerd w obawie, że połączenie dwu tak potężnych gałęzi rodu zaowocowałoby wydaniem na świat kogoś strasznego – maga wrót, którego Northom nie wolno było już nigdy mieć, albo zaklinacza ludzi, którego wszystkie rodziny przysięgły unicestwić.

Kiedy jednak Gyish ustąpił po ostatniej przegranej wojnie i mag maszyn Alf został mianowany Odynem na jego miejsce, rodzina niemal jednogłośnie wyraziła zgodę na to małżeństwo. Jego owocem był Danny, dziecko, które jak żadne od wielu pokoleń zasługiwało na miano królewicza.

Wszyscy dorośli rozpieszczali Danny’ego we wczesnym dzieciństwie. Był złotym chłopcem i wiele się po nim spodziewano. Od małego inteligentny, szybko nauczył się czytać, biegle opanował wszystkie języki Northów, miał zręczne palce, biegał i skakał jak sportowiec, był aż nazbyt ciekawy i prawie każdego potrafił rozśmieszyć. Jednak w miarę jak dorastał, te cechy nie mogły przysłonić jego zupełnego braku harmonii z którąkolwiek z magii rodziny.

Danny próbował wszystkiego. Uprawiał ogródek u boku kuzynów obeznanych z ziołami, drzewami i trawami – tych, którzy jako dorośli magowie mieli dopilnować, by farmy Northów pozostały tak zadziwiająco urodzajne jak dziś. Jednak rośliny wysiane jego ręką wschodziły słabo, nie potrafił też wyczuć tętniącego pulsu drzewa.

Wałęsał się po lesie z tymi, którzy znali się na zwierzętach – tymi, którzy, jeśli tylko zdołają ustanowić głęboką więź z wilkiem, niedźwiedziem czy (kiedy z niczym większym się nie uda) wiewiórką lub wężem, zostaną Przyjaciółmi Oka albo Braćmi Szpona i będą przemierzać świat w zwierzęcej postaci, gdy tylko zechcą. Jednak wszelkie stworzenia uciekały przed nim, warczały lub wręcz brały się do gryzienia, nie znalazł więc wśród zwierząt przyjaciół.

Próbował zrozumieć, co to znaczy służyć kamieniowi, wodzie, wiatrowi czy elektryczności przeszywającej powietrze błyskawicy. Jednak kamienie siniaczyły mu palce i poruszały się na jego wezwanie, tylko kiedy je rzucał; wiatr jedynie kołtunił mu włosy; a z burz i stawów wychodził przemoczony, zmarznięty i bezsilny. Nie był cudownym dzieckiem, przeciwnie, jeśli chodzi o magię, uczył się powoli. Gorzej niż powoli. Nie robił żadnych widocznych postępów.

A mimo to, pomijając samotność, nie narzekał na los. Długie wędrówki po lesie sprawiały mu przyjemność. Jako że nie przyciągał drzew ani zwierząt, po prostu biegł, szybki i niestrudzony. Na początku biegał tylko w obrębie osady, bo inaczej drzewa strzegące granic pochwyciłyby go i podniosły alarm, sprowadzając dorosłych Strażników Nasion i nawet wujka Poota, aktualnie jedynego Żywicznika w rodzinie – a oni nie daliby mu odejść.

Jednak ostatniej zimy – może dlatego, że drzewa były uśpione i mniej czujne – znalazł trzy różne trasy, które pozwalały mu obejść drzewa wartowników z daleka. Zdawał sobie sprawę, że jako prawdopodobny drekka jest obserwowany – nigdy nie wiedział, czy nie śledzi go zewnętrzne ja któregoś z dorosłych. Dlatego za każdym razem docierał do tych tajnych przejść inną drogą. Chyba nikt nigdy go nie widział, kiedy przekraczał granicę ziemi Northów. A przynajmniej nikt nigdy mu tego nie zarzucił.

Znalazłszy się na swobodzie, biegł i biegł w pierwszym lepszym kierunku. I jakże był szybki! Pokonywał wiele kilometrów, a mimo to zdążał na kolację do domu. Zatrzymywał się, dopiero gdy napotykał szosę, ogrodzenie, dom, fabrykę lub miasto, po czym pod osłoną lasu, chaszczy albo krzaków patrzył, jak suszłacy żyją swoim życiem, i myślał: Z natury jestem jednym z tych ludzi bez żadnych magicznych darów ani mocy, żyjących z pracy rąk albo ze słów płynących z ust.

Z jedną małą różnicą: suszłacy nie wiedzieli, że są pozbawieni wszystkiego, co na świecie szlachetne. Nie mieli poczucia utraconej spuścizny. Rodzina Northów ignorowała ich, zupełnie się nimi nie zajmowała. Gdyby jednak Danny spróbował odejść, wszelkie tajemnice rodziny byłyby zagrożone. Wszystkie opowiadane ciemnymi nocami historie o zdrajcach, o wojnach między westiliańskimi rodami kończyły się tym samym morałem: każdy, kto przeciwstawi się rodzinie i bez zezwolenia ucieknie z osady, zostanie odnaleziony i zabity.

W tym okresie swojego schyłku Northowie może nie mieli tyle mocy co w czasach, zanim Loki zamknął wrota, przed wiekami wojen z pozostałymi rodami. Byli jednak niezrównanymi myśliwymi. Nikt nie mógł im uciec. Danny wiedział, że ilekroć opuszczał osadę, brał swoje życie we własne ręce. Był szalony, że to robił. Jednak poza osadą czuł się wolny. Świat był tak wielki, tak pełen ludzi, którzy jeszcze nim nie gardzili.

Nie mają talentów jak nasze, a mimo to budują drogi, fabryki, budynki. Musimy sprowadzać ich maszyny, żeby klimatyzować nasze domy. Łączymy się z ich internetem, żeby czytać wiadomości i pisać e-maile do zaufanych zwiadowców, których rodzina wysyła w świat. Jeździmy samochodami, które kupujemy od nich. Jakim prawem czujemy się lepsi? Wszystkie te rzeczy są poza zasięgiem naszej mocy i kiedy westiliańskie rody władały światem jako bogowie Frygijczyków, Hetytów, Greków, Celtów, Persów, Hindusów, Słowian i oczywiście wikingów, życie zwykłych ludzi było okropne, brutalne i krótkie – a nasze wymagania wobec nich czyniły je jeszcze okropniejszym, krótszym i brutalniejszym.

Świat byłby lepszy, gdyby takich bogów w ogóle nie było. Braliśmy wszystko, co chcieliśmy, bo mogliśmy, zabijaliśmy każdego, kto wchodził nam w drogę, obalaliśmy królów i osadzaliśmy na tronie ich następców, wysyłaliśmy naszych uczniów na podboje – za kogo myśmy się uważali? W dawno zaginionym świecie Westil, gdzie talent miał każdy, może byłoby to sprawiedliwe, bo wszyscy mieliby mniej więcej równe szanse. Jednak tutaj w Mittlegardzie – na Ziemi – gdzie tylko kilka westiliańskich rodów posiadało takie moce, to było nie w porządku.

0

Spotkanie ze Stefanem Szczepłkiem

Stefan Szczepłek, "Deyna"

Stefan Szczepłek, "Deyna"

Przekazujemy informację od Wydawnictwa Marginesy o spotkaniu ze Stefanem Szczepłkiem autorem książki Deyna.

Stefan Szczepłek jest dziennikarzem sportowym, znawcą futbolu oraz autorem biografii Kazimierza Deyny. Rozmowę poprowadzi Mirosław Żukowski. Spotkanie będzie połączone z promocją książki Stefana Szczepłka pod tytułem „Deyna”.

Miejsce: Warszawa, we „Wrzeniu Świata” przy ul. Gałczyńskiego 7.

Czas: 18.05.2012 o godz. 19:00

0

Nieprzyzwoita premiera!

Monica Garcia Massague, "Historia burdeli"

Monica Garcia Massague, "Historia burdeli"

Wiecie jaki jest najstarszy zawód świata? Pewnie tak… Ale nie o o tym jest książka, która dzisiaj trafia do księgarń. Temat bardzo bliski, chodzi bowiem o… burdele. Wydawnictwo Bellona proponuje nam intrygującą porcję lektury… historycznej.

Burdel, kolorowy domek, łaźnia, klasztor, szkoła dla panienek, dom rozpusty, dom o złej sławie, dom diabła, dom zuchwały, dom tolerancji, dom publiczny, zamtuz, dom radości, dom dziwek, dom stręczycielstwa, lupanar, dom rozkoszy, dom prostytucji, dom schadzek, dom złego prowadzenia się, to tylko niektóre z wielu nazw odnoszących się do tego samego miejsca.

Nie wdając się w moralne osądy, spisana została w tej publikacji historia instytucji, która przetrwała tysiąclecia, zmieniając się i przybierając inny status w zależności od epoki. Pomimo to zawsze zachowywała formę uzależnioną od świadczonych przez nią usług.

Historia burdeli nie jest historią prostytucji. Najstarszy zawód świata wykonywany był wewnątrz i poza murami domu publicznego. Oczywiście dzieje płatnego seksu toczą się równolegle z historią tych małych przedsiębiorstw, które powstały w świątyniach i rozmnożyły się pod ochroną władzy (każdego rodzaju) w granicach społecznej tolerancji. Jednakże burdele mają własne dzieje, które ukazują społeczne zwyczaje, socjologiczne osobliwości, a nawet alternatywny kodeks wartości etycznych.

Historia burdeli
Monica Garcia Massague
Wydawca: Bellona
EAN 9788311122505
168 stron
format 165×235 mm
oprawa miękka

0

Cała prawda o Marlenie Dietrich – fragment książki

Charlotte Chandler, "Marlena Dietrich"

Charlotte Chandler, "Marlena Dietrich"

Po nieco skandalizującej biografii Elizabeth Taylor pióra Davida Breta nakładem Prószyńskiego i S-ki ukazała się kolejna książka poświęcona legendzie kina – „Marlena Dietrich” Charlotte Chandler. Mamy dla Was, na zachętę, krótki fragment tej książki.

Życie Marleny Dietrich jest jednym z najbardziej bajkowych w historii Hollywood. Rozpoczęła karierę w rodzinnym Berlinie jako modelka, potem aktorka estradowa i filmowa kina niemego, stała się gwiazdą po międzynarodowym sukcesie „Błękitnego Anioła”. Następnie przyjechała do Ameryki i została jedną z największych gwiazd Hollywoodu. Grała w odnoszących ogromne sukcesy obrazach: „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Blond Wenus”, „Destry znowu w siodle” i wielu innych, które zapewniły jej pozycję międzynarodowej gwiazdy. Dietrich szczerze rozmawiała z Chandler o swoim niekonwencjonalnym prywatnym życiu: chociaż nigdy nie rozwiodła się z mężem, Rudim Sieberem, miała liczne głośne romanse, o których on doskonale wiedział (sam miał wieloletnią kochankę za zgodą żony). W drugiej połowie lat siedemdziesiątych po wypadkach, które odbiły się na jej zdrowiu, Dietrich zaszyła się samotnie w swoim mieszkaniu w Paryżu, komunikując się ze światem zewnętrznym niemal wyłącznie za pomocą telefonu.

Charlotte Chandler wykorzystała rozmowy z osobami, które dobrze znały aktorkę, w szczególności zaś fascynujące, szczere wywiady, jakie w połowie lat 70. przeprowadziła z gwiazdą w jej paryskim mieszkaniu.

Chandler potrafi tak przeprowadzić wywiad, by ludzie dostarczali jej więcej informacji, niż spisują w swoich wspomnieniach…

„Los Angeles Times”

Charlotte Chandler jest autorką wielu biografii reżyserów i aktorów, między innymi Groucho Marxa, Federico Felliniego, Billy’ego Wildera, Alfreda Hitchcocka, Ingrid Bergman, Mae West i Katharine Hepburn.

ISBN: 978-83-7839-145-6
Tytuł oryginału: Marlene: Marlene Dietrich, a Personal Biography
Data wydania: 10.05.2012
Format: 163mm x 234mm
Liczba stron: 320
Cena detaliczna: 39,90 zł
Wyd. Prószyński i S-ka

Książkę można taniej nabyć w księgarni internetowej!

Fragment książki Marlena Dietrich Charlotte Chandler

– Wie pani, nie musiałam zostawać aktorką filmową – wyznała mi Marlena. – Istniały inne rzeczy, które mogłam robić z równym powodzeniem. Jestem doskonałą szwaczką. Naprawdę potrafię szyć i cenię szwaczki, zwłaszcza te najlepsze. Tym w studiu przynosiłam upieczone własnoręcznie ciastka. Szanuję porządny szew. Dla mnie najważniejsze było to, że mogłam naprawiać swoje ubrania i szyć swoje stroje. Moja matka nauczyła mnie perfekcyjnie równego ściegu oraz sztuki stosowania go w taki sposób, by osiągnąć najrozmaitsze efekty. Mój ścieg był niemal jak haft. Ta umiejętność okazała się bezcenna, kiedy znajdowałam się w trasie, a moje kostiumy, sukienki i bielizna potrzebowały naprawy. Zazwyczaj nie było nikogo, kto szył równie dobrze jak ja, i zajmowanie się tym sprawiało mi przyjemność. Czasami zajmowałam się ubraniami innych członków obsady. Dziękuję ci, mamo. Mogłam też być modystką. Robię cudowne kapelusze.

– Ale czy sądzi pani, że byłaby szczęśliwa, zajmując się całe życie robieniem kapeluszy? – zapytałam.

– Dlaczego nie? Ale nie wiem tego, ponieważ nie tak potoczyło się moje życie. Pamiętam, jak marzyłam, kiedy byłam bardzo zajęta, żebym mogła zatrzymać się na chwilę i zrobić kapelusz, jednak być może gdyby to było moje jedyne zajęcie i miałabym się tym zajmować całe życie, znienawidziłabym kapelusze. Człowiek nie wie, dopóki czegoś nie wypróbuje. Nic nigdy nie jest dokładnie takie, jak to sobie wyobrażałaś. Ale mogę powiedzieć pani jedno. Nie muszę występować na scenie lub w filmach, żeby czuć się szczęśliwą. Jest wiele osób, które czują to inaczej – wszystkie nadzieje i marzenia pokładają w karierze, która może być krótkotrwała lub też nigdy się nie rozwinąć. Największym szczęściem było dla mnie zawsze moje kochane dziecko i rodzina. Mogłam przestać pracować w jakimś momencie, ale uznałam, że jestem na to zbyt biedna. Podatki, sama pani wie. I co niby miałabym robić? Siedzieć w domu i ściubolić na drutach? Myślę, że byłabym wspaniałą pielęgniarką. Uwielbiam pomagać ludziom, którzy potrzebują opieki, sprawiać, że lepiej się czują. Lubię mieć przekonanie, że na coś się przydaję, że dokładam swoją cegiełkę. Obserwowanie, jak zdrowieją, to cudowne uczucie, a wiem, że mam wyjątkowy dar sprawiania, by stan innych się poprawiał.

– Mam piękną biżuterię, żałuję, że nie mogę jej pani pokazać. Nie jest tego zbyt wiele, za to wszystko najwyższej jakości. Pokazałabym pani, ale trzymam te rzeczy w banku. Teraz już ich nie noszę, ponieważ prowadzę inne życie i prawda jest taka, że nie stać mnie na ubezpieczenie. Nie jestem pozbawiona środków do życia, ale trzeba płacić ogromne sumy, jeśli mieszka się samotnie w mieszkaniu i nie ma zbyt wielu osób, które chroniłyby twój dobytek, zwłaszcza biżuterię. A nawet jeśli ma się taką ochronę, trzymanie precjozów w domu, gdzie można się nimi cieszyć, jest bardzo kosztowne, nawet jeśli nie wynosi się ich na zewnątrz. Przyznaję, chciałabym poprzymierzać tę biżuterię, sama dla siebie, tu, w swoim apartamencie. Lubię na nią patrzeć i jej dotykać. Lubię czuć jej dotyk na skórze. Pamiętam, jak wygląda, ale czasami nie pamiętam, jakie to uczucie. Sprawiało mi przyjemność noszenie biżuterii w filmach i w teatrze. Ludzie teatru są wspaniali i nigdy nic nie zginęło. Mam nadzieję, że spędzę w tym mieszkaniu resztę swoich dni, nie wspominając już o nocach. Ono bardzo mi odpowiada. Gdy tylko je zobaczyłam, wiedziałam, że będzie dla mnie odpowiednie. Nie za duże, nie za małe. Zajmowanie się nim nie jest zbyt wielkim obciążeniem. I mogłam je wynająć, nie musiałam kupować. Zawsze miałam za dużo pudeł i już nie daję rady ich chować, nawet przed sobą. Przyzwyczaiłam się do nich, ale to irytujące, gdy przyjmuję u siebie gości, co nie zdarza się zbyt często. Obserwuję ich miny. Widzę własny rozgardiasz ich oczami. Unikają ponownego spojrzenia w tym kierunku, ja podobnie.

Osobiście uwielbiam świadomość, że wszystkie te rzeczy są tutaj, bezpieczne: to moje wspomnienia. Muszę tylko je przejrzeć, ale zawsze szkoda mi na tę robotę czasu. To oznaczałoby podejmowanie decyzji, co wyrzucić, co jest po prostu śmieciem. Zawsze boję się pozbyć czegoś, czego będę później potrzebowała, a nie uda się już tego znaleźć. Jednak muszę coś z tym zrobić, żeby nie obciążać tą selekcją Marii. Nie będzie chciała tego robić. Jest moją córką. To dla niej niemożliwe. Nie mieszka w Paryżu i ma swoją własną rodzinę. Zatrzymuje się w rozkosznym Plaza Athénée, ale to bardzo kosztowne. Mam teraz więcej czasu niż kiedyś, lecz mniej energii. Jedyne, co można zrobić z takim problemem jak przeglądanie rzeczy, to wyrzucić go z głowy. Życie to nieustanna walka, walka o zachowanie iluzji. Ludzie bardzo chętnie uświadamiają ci prawdę, ale to ich prawda, nie twoja. Z pewnością nie moja. Iluzje są delikatne i trzeba je chronić. Rzeczywistość, którą ludzie chętnie przyjmują, jest zazwyczaj czymś negatywnym i często stanowi sposób na to, żebyś czuła się równie źle jak oni. Ale ja nie chcę być taka poważna. Kiedy byłam dzieckiem, tak małym, że nie pamiętam nawet, ile dokładnie sobie liczyłam lat, wiem tylko, że to było dawno temu, pewnie skończyłam wtedy pięć lub sześć, miałam przeczucie. Chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam, co znaczy to słowo. (…)

 

0

„Kuba i Mela. Dodaj do znajomych” – fragment

Maciej Orłoś, Henryk Sawka, "Kuba i Mela"

Maciej Orłoś, Henryk Sawka, "Kuba i Mela"

Prezentujemy dziś coś dla dzieci. Mamy fragment bardzo przyjemnej i wesołej książki Macieja Orłosia i Henryka Sawki, pt. Kuba i Mela. Dodaj do znajomych. Mamy nadzieję, że lektura fragmentu zachęci Was do przeczytania całości :)

Dowcipna wizja świata według Kuby i Meli, dwojga inteligentnych i niepokornych dzieci Macieja Orłosia. Kuba, lat jedenaście, i Mela, lat siedem, przeżywają to wszystko, co przeżywają ich rówieśnicy – przygody w szkole, w domu i na wakacjach. Wydarzenia opisywane są z dziecięcej perspektywy, bawią i uczą nie tylko najmłodszych, ale również ich rodziców.

Z niewymuszonym humorem i rozbrajającą szczerością Maciej Orłoś w krótkich epizodach opisuje kolejne przypadki rodzinne – wyprawę za miasto, zakończoną fiaskiem naukę gry w popularną karciankę, czy spowodowany serią niefortunnych SMSów konflikt na linii tata – dyrektorka. Na książkę „Kuba i Mela” składa się dwadzieścia osiem krótkich rozdziałów, których lektura sprawi przyjemność całej rodzinie. Każdy epizod opatrzony jest graficznym komentarzem Henryka Sawki. Maciej Orłoś skonsultował treść książki z dziećmi, gwarantujemy więc, że wszystkie opisane w niej przygody naprawdę miały miejsce!

Książka dedykowana jest dzieciom oraz rodzicom i znakomicie nadaje się do wspólnej lektury.

Fragment

DŁUGI WEEKEND

 

Bardzo lubię jeździć z rodzicami samochodem na ferie albo na wakacje, albo w ogóle gdzieś daleko. Jest wtedy tak fajnie, bo wszyscy jesteśmy razem, możemy pobyć ze sobą przez dobrych kilka godzin. I nigdy nie jest nudno. Opiszę wam, tak dla przykładu, naszą niedawną wyprawę do rodziny we Wrocławiu, na długi weekend. Ta rodzina, ze strony mamy – czyli wujek, ciocia i ich córka – ma duży dom i czasem tam jeździmy na kilka dni. No więc zaczęło się od tego, że tata postanowił założyć bagażnik na dach, żeby zmieściły się wszystkie bagaże. I wcześnie rano, czyli około dziesiątej (zdaniem mamy o dwie godziny za późno) tata zszedł na parking pod naszym blokiem, żeby zamocować ten bagażnik. Wrócił po godzinie, umorusany i bardzo zły, i oświadczył, że on ma dość tych bagażników, bo nigdy nie wiadomo, jak je przymocować i tak dalej. Mama też już była trochę zła, bo czekaliśmy długo na tatę, gotowi, spakowani, i nie wiadomo było, co robić, bo tata uprzedził, że dopóki nie wróci, to mamy siedzieć i czekać. No, ale nieważne – zeszliśmy, zapakowaliśmy bagaże na dach. Było przy tym trochę nerwów, bo mama przygotowała tyle tych toreb i walizek, że tata nie mógł domknąć i zamknąć bagażnika na dachu. Jedna walizka, ogromna, trafiła do bagażnika z tyłu, a przy tym też było zabawnie, bo tata ledwo tę walizkę tam zmieścił i gderał, że po co w ogóle produkuje się takie walizki, skoro one nie mieszczą się w zwykłych bagażnikach zwykłych samochodów zwykłych ludzi takich jak my?! I jeszcze dodał, że po co mama bierze tyle rzeczy w tylu torbach i walizach na zaledwie kilka dni?! Mama się wtedy zdenerwowała i posprzeczali się trochę, a mnie i Meli (moja siostra, gdyby ktoś z was nie wiedział; bardzo fajna, ale czasem mnie potwornie wkurza), też się dostało, bo jak rodzice się sprzeczali, to my zaczęliśmy się kłócić o to, kto pierwszy będzie oglądał DVD, i wtedy tata kazał nam natychmiast się uspokoić, bo nigdzie nie pojedziemy, ponieważ on ma już tego wszystkiego dosyć. Ja się uspokoiłem od razu, ale Mela, oczywiście, zaczęła chichotać i to była przesada. Na szczęście, rodzice nie zwrócili uwagi na jej chichoty, bo jeszcze kończyli kłótnię o bagaże. W końcu wszystko było gotowe i już około dwunastej wyruszyliśmy. Co prawda, mieliśmy wyjechać rano, tak ustalali rodzice dzień wcześniej, ale uważam, że dwunasta po południu to jeszcze wcale nie jest tak źle. Mniej więcej przy pierwszym skrzyżowaniu ze światłami Mela poprosiła o kanapkę. Jakby nie mogła poczekać, przynajmniej aż wyjedziemy z miasta. Nie, ona musi natychmiast! Ja przy okazji też poprosiłem o kanapkę, bo jak Mela ma dostać, to dlaczego ja niby miałbym być gorszy – bez przesady! Mama nie mogła jednak dać nam kanapek, bo okazało się, że tata wsadził torbę z wałówką do bagażnika na dachu. Mama, na szczęście, nie skomentowała tej wtopy, i słusznie – i tak widać było, że tata jest wściekły. Zatrzymał się na przystanku autobusowym, wrzucił światła awaryjne, wysiadł i zaczął dobierać się do bagażnika. Po kilku minutach usłyszeliśmy trąbienie tuż za naszym samochodem – okazało się, że trąbił autobus, który pewnie chciał zatrzymać się na przystanku. I to jak trąbił! – na maksa, bez przerwy. Usłyszeliśmy tylko, jak tata krzyczy:

– Chwileczkę, chyba widzi pan, że nie mogę odjechać?!

Read the rest of this entry »

0

Premiera ze Słowacji

Juraj Červenák, "Władca Wilków"

Juraj Červenák, "Władca Wilków"

Dzisiaj ukazuje się w Polsce pierwsza część słynnej serii fantasy rynków czeskiego i słowackiego, Władca Wilków. Jest to pierwszy tom cyklu Czarnoksiężnik. Oto jak reklamuje książkę wydawnictwo:

Najsłynniejsza seria fantasy rynków czeskiego i słowackiego!

Władca wilków to pierwszy tom opowieści o zemście potomka bogów, wojownika Rogana, wspieranego przez wilka z zaświatów, Gorywałda.

Prawie dziesięć lat walczył w wojnach, które doprowadziły do rozbicia imperium Awarów, rozciągającego się na równinach pomiędzy Dunajem a Cisą. Należał do drużyn słowiańskich książąt, był najemnikiem, walczącym po stronie Karola Wielkiego, służył w szeregach armii bułgarskiego chana Kruma. Czarny Rogan. Osławiony łucznik, bezlitosny pogromca Awarów. Każdy wódz pragnie mieć go po swojej stronie.

Działa teraz na własną rękę, zapuszcza się w ciemne, zamieszkane przez duchy i demony lasy za Hronem. Tropi ślady Krwawych Psów – najokrutniejszych awarskich oprawców. Dzięki spotkaniu z wiedźmą Mireną i władcą wilków, Czarnobogiem, szybko się dowie, że jego powołaniem jest nie tylko zemsta za dawno nieżyjących bliskich. Aby sprawdzić, jakie drzemią w nim siły i jakie posłannictwo przypadło mu w spadku po nieznanych dotąd przodkach, będzie musiał udać się do królestwa Moreny, bogini śmierci…

Czarnoksiężnik, to znakomita seria, która błyskawicznie wciąga w świat słowiańskich herosów, książąt oraz magii, kapryśnych bogów i żądnych krwi biesów, a wszystko to na tle prawdziwych wydarzeń historycznych.

W przygotowaniu kolejne tomy przygód Rogana i jego wilczego towarzysza.

Juraj Červenák (ur. 1974 r.) to słowacki pisarz, który mistrzowsko łączy trzymającą w napięciu fantastyczną przygodę z historycznymi detalami. Za serię Czarnoksiężnik otrzymał Nagrodę Akademii Science Fiction, Fantasy i Horroru w kategorii „Najlepsza czeska i słowacka książka roku”. Nareszcie ukazuje się w języku polskim, co więcej w nowej, poprawionej przez autora wersji.

Władca wilków to naprawdę pełnokrwiste, brutalne i mocne fantasy, solidnie umocowane w słowiańszczyźnie, wypełnione po brzegi mięsistą narracją.(…) Czyta się rewelacyjnie!

Maciej Sabat, Literadar

Tytuł: Władca wilków
Wymiary: 140 x 205 mm
Liczba stron: 376
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-62329-40-3
EAN: 9788362329403
Cena detaliczna: 34,90 zł
Wydanie: pierwsze
Data wydania: 15.05. 2012
Wydawca: Wydawnictwo ERICA
Przekład:  Agata Mickiewicz-Janiszewska

0

Jak co poniedziałek :)

Konkurs PoniedziałekZ czym Wam kojarzą się poniedziałki? Mamy nadzieję, że nie tylko z okropnym początkiem tygodnia, ale także z naszymi konkursami. Miło jest nam, gdy ktoś ucieszy się wygraną w taki dzień. Tak więc dzisiaj też mamy miłą wiadomość dla kogoś. Tym kimś jest Bernard Blanc, który otrzymuje od nas książkę Roberta Rankina Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne atrakcje. Nagrodę wyślemy pocztą.

W tym tygodniu można powalczyć o może już znaną, z publikowanego u nas fragmentu, powieść Inne okręty Romualda Pawlaka. Książkę ufundowało Wydawnictwo ERICA.

„A co by było gdyby koń Pizzara się potknął?”

Wojna i honor, miłość i zdrada oraz niesamowite opisy walk to składowe wyjątkowej podróży w głąb alternatywnej historii upadku Imperium Inków! Barwna, pełna przygód i niebezpieczeństw opowieść, w której bohaterowie walczą o wolność i miłość w świecie, gdzie nie wszystko jest tak oczywiste jakby się mogło wydawać…

Romuald Pawlak, "Inne okręty"

Romuald Pawlak, "Inne okręty"

Pierwsza próba podboju państwa Inków kończy się klęską. Francisco Pizarro pada w bitwie pod Saran, a konkwistadorzy zostają krwawo odparci. Nieliczni Europejczycy osiedli na wybrzeżu, ale Inkowie okazali się zdumiewająco odporni na pokusy zachodniej cywilizacji i próby nawracania. Z Hiszpanii wyrusza potężna armada, by zniszczyć wrogów i rozstrzygnąć, kto będzie panował nad tą częścią Nowego Świata. Pedro de Manjarres, kapitan hiszpańskiej karaweli, ma szczególne powody, by się tej wojny obawiać. W jednym z inkaskich miast pozostawił swoją ukochaną, Indiankę Asarpay. Wojna może bezpowrotnie ich rozdzielić. Razem z armadą wyruszają rządni bogactw i przygód polscy szlachcice…

Fragment książki znajdziecie tutaj: „Inne okręty” – fragment książki.

A zadanie konkursowe brzmi następująco: Wymień dwie książki Wydawnictwa ERICA recenzowane na naszej stronie. Odpowiedzi przysyłajcie jak zawsze na adres: konkurs[małpa]kochamksiazki.pl. Powodzenia!

Regulamin konkursu:

1. Kolejne edycje konkursu ogłaszane są w wybrane przez redakcję „Kocham Książki” poniedziałki.
2. Konkurs polega na rozwiązaniu zadania podanego w odpowiednim poście na stronie kochamksiazki.pl .
3. Termin nadsyłania rozwiązań upływa o północy z piątku na sobotę.
4. W konkursie biorą udział zgłoszenia przesłane drogą mailową na adres konkurs[małpa]kochamksiazki.pl z poprawnie rozwiązanymi zadaniami.
5. Spośród poprawnie rozwiązanych zadań zostaje wylosowane jedno i nagrodzone wcześniej ustaloną nagrodą. Nagrody wysyłane są pocztą.
6. Uczestnicy nagrodzeni zostają o tym powiadomieni pocztą elektroniczną. Aby otrzymać nagrodę należy podać adres wysyłki (dane adresowe te po użyciu w celach wysyłki nie są przechowywane ani przetwarzane).

0

„Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone” – fragment

Tom Bower, "Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone"

Tom Bower, "Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone"

Dzisiaj przedstawiamy Wam najnowszą publikację Wydawnictwa Marginesy Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone. Książka ukazała się na rynku wydawniczym 9 maja. Publikujemy fragment książki.

„Nie jestem aniołem” – przyznaje bezwzględny zwycięzca, miliarder i władca absolutny Formuły 1

Hobby garstki entuzjastów zamienił w spektakl oglądany na całym świecie. Zanim ktokolwiek spostrzegł, przejął całkowitą kontrolę nad sportem wartym miliardy dolarów. Udało mu się, bo nie trafił na nikogo sprytniejszego, bardziej bezwzględnego i bezczelnego od siebie. Z wyjątkiem chorwackiej hostessy spotkanej na torze w Monzy, młodszej o 28 lat i wyższej o 30 cm. Tylko jej pozwalał dmuchać sobie w kaszę.

Większych emocji w Formule 1 dostarcza to, co dzieje się poza torem. Tom Bower odkrył Ecclestonea jak żaden z jego biznesowych rywali. Afery, podstępy, spiski, drobne matactwa i prawdziwe oszustwa wypełniające kulisy Formuły 1 czyta się jak powieść sensacyjną.

Tom  Bower – dziennikarz śledczy, któremu sławę przyniosły biografie m.in. Roberta Maxwella, Mohameda Al-Fayeda i Gordona Browna. Za Broken Dreams, książkę o korupcji w angielskim futbolu, w 2003 roku otrzymał nagrodę William Hill Sports Book of the Year.

Książkę po angielsku można kupić w polecanej przez nas księgarni :)

Autor: Tom Bower
Tytuł: Formuła 1 to ja Bernie Ecclestone
Ilość stron: 368
ISBN: 978 – 83-933758 – 9-9
Premiera: 9.05.2012
Opracowanie graficzne: Anna Pol
Redakcja: Maja Lipowska
Cena: 54.90
Format: 158 x 240 mm
Oprawa: twarda

Fragment

 

W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku Ecclestone uchylił narzucony sobie zakaz angażowania się w wyścigi samochodowe. Odsunąwszy na bok smutek po śmierci Stuarta Lewisa-Evansa, wyruszył w podróż z Royem Salvadorim i Johnem Cooperem, aby obejrzeć Grand Prix Meksyku i zakosztować nocnego życia stolicy. Tuż przed wyścigiem Cooper popadł we frustrację. Jego cooper-climax się psuł i Jochen Rindt, niemiecki kierowca wynajęty do udziału w wyścigu, nie krył złości. Ecclestone zaproponował, że pojeździ po Mexico City i poszuka zapasowej chłodnicy, ale samochód i tak odpadł w połowie wyścigu. Wygrał John Surtees jadący innym cooperem. Przez następny rok Ecclestone jeździł za Rindtem po europejskich torach i podzielał jego bezustanne rozczarowanie. Mimo starań Ecclestone’a i Salvadoriego o poprawę wyników coopera, Rindt ciągle odpadał w wyścigach. „Prowadzisz ostro – lamentował Ecclestone – a cooper tego nie wytrzymuje”. Zjednoczeni pechem, w czasie niekończących się partyjek w bakarata i tryktraka, które rozgrywali o niskie stawki, Ecclestone i Rindt bardzo się zaprzyjaźnili. Pragmatyzm Ecclestone’a działał łagodząco na rozpacz Rindta. Uprawiając hazard w dniach poprzedzających nieudany start Rindta na torze Kyalami w Johannesburgu, uzgodnili, że Ecclestone zostanie doradcą Jochena w interesach. Ecclestone od razu zasugerował, że Rindt powinien przejść do Brabhama, zespołu stworzonego przez dwóch Australijczyków: byłego mistrza kierownicy Jacka Brabhama, i projektanta Rona Tauranaca. Wśród nielicznych osób, które poszły za przykładem Rindta i przeszły z nim z Coopera do Brabhama znalazł się Ron Dennis, młodszy mechanik wyspecjalizowany w smarach.

Ecclestone i Rindt stali się nierozłączni. Małomówny nałogowy palacz często przychodził do domu Ecclestone’a i Tuany, i czekał w kuchni, aż „Bernie” – jak nazywał swojego przyjaciela – wróci, by rozpocząć kolejny maraton bakarata. Ubrany w dzwony kupione przy Carnaby Street, w kwiecistą koszulę i ręcznie robione buty, Rindt posługiwał się rwaną angielszczyzną najeżoną wulgaryzmami. Urodził się w Niemczech w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku, a po śmierci rodziców podczas nalotu aliantów wyjechał do Austrii. Osierocony, traktował Ecclestone’a jak starszego brata, którego lojalność i rady umacniały ich przyjaźń. Rindt nalegał nawet, żeby Ecclestone i Tuana towarzyszyli jemu i jego żonie Ninie podczas miodowego miesiąca w Meksyku w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku. Dwaj mężczyźni grali na plaży w bakarata od południa aż do zmierzchu. Ta więź zjednoczyła ich również na torze wyścigowym przeciwko Jackie’emu Stewartowi. Rindt był daleko w kolejce do tytułu mistrza świata, a Szkot, który w tamtym roku zajął drugie miejsce, zrobił afront Ecclestone’owi. Tuana zauważyła zniewagę. „Bernard nigdy mu tego nie zapomni. Ma pamięć słonia”.

Read the rest of this entry »

0

Andrzej Ziemiański, „Za progiem grobu”

Andrzej Ziemiański, "Za progiem grobu"

Andrzej Ziemiański, Za progiem grobu, [Fabryka Słów], Lublin 2012

Książkę można kupić w księgarni internetowej Selkar w świetnej cenie!

Andrzej Ziemiański jest polskim autorem science-fiction i fantasy. Debiutował na łamach Sigmy. W roku 1997 założył wraz z Eugeniuszem Dębskim pierwsze polskie czasopismo internetowe poświęcone fantastyce – Fahrenheit. Współpracę z pismem zakończył w 2004 roku. Jego opowiadania publikowane były zarówno w antologiach, jak i w czasopismach (np. Science Fiction). Za progiem grobu to kolejna powieść autora, która trafiła na księgarskie półki w tym roku.

Andrzejewski to pracujący samodzielnie śledczy, a może detektyw, ciężko określić jednym słowem to, co robi. w tej chwili pracuje nad zleceniem otrzymanym od Richtera – urzędnika skarbowego. Ma odnaleźć chłopaka z dobrego domu, który uciekł, wcześniej czyszcząc konto z pokaźnej kwoty. Andrzejewski jest piekielnie skuteczny, więc znalezienie młokosa nie jest dla niego zadaniem ani trudnym, ani wymagającym. Nadopiekuńcza matka chłopaka chce koniecznie wiedzieć, dlaczego służby państwowe nie poradziły sobie ze śledztwem i zleca kolejne zadanie. Jego wykonawcą jest oczywiście niezawodny Andrzejewski.

Do sprawy Richter włącza również doktor Beatę Bader – psycholog, która służyła w Afganistanie. Lekarka jest bardzo atrakcyjną kobietą, uzależnioną od męża, który kontroluje każdy jej krok i stosuje wymyślne kary cielesne. Co ciekawe, Beata akceptuje to i lubi, sama wręcz doprasza się ukarania.

Nasza para detektywów (nazwę ich tak dla ułatwienia) zajmuje się sprawę, w której większość pytań pozostaje bez odpowiedzi. W mieście giną bezdomni, ktoś porywa ich i nikną bez śladu. Jednocześnie nieznani sprawcy czyszczą konta bankowe wpływowych ludzi. Obie sprawy nie mają na pozór z sobą wiele wspólnego. Czy jednak na pewno?

Do czego jest w stanie posunąć się człowiek, aby zdobyć pieniądze? Jak bardzo może zaryzykować, aby poznać odpowiedź na nurtujące go pytania? Andrzej Ziemiański oprócz świetnej powieści stworzył studium ludzkiej natury. Na kilkudziesięciu ostatnich stronach poznajesz motywację, jaką kierowali się przestępcy. Dowiadujesz się, co jest w stanie zrobić dla miłości, pieniędzy czy sławy i ile ludzkich dusz może poświęcić. Książkę czyta się rewelacyjnie, jak zawsze (przynajmniej w moim przypadku) książki Ziemiańskiego. Kawał dobrej sensacji, z wartką akcją i ciekawymi postaciami. Jeśli lubisz lekturę z dreszczykiem – ta książka jest dla Ciebie. Polecam!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...